02/09/2026
Czasami podczas poszukiwań rodzinnych trafia się dokument, który nie tylko dopisuje kolejną datę do drzewa genealogicznego, ale nagle pokazuje człowieka w sytuacji, o której po ponad stu latach w rodzinie nie zachowała się już żadna pamięć. Takim znaleziskiem okazał się dla mnie artykuł opublikowany 18 października 1895 roku w krakowskim „Głosie Narodu”, zatytułowany bardzo w duchu ówczesnej prasy: „Zemsta i samobójstwo w płomieniach”.
Bohaterem tekstu był mój krewny Feliks Wojciech Krajewski, pochodzący z Grochów Starych, należący do rodziny Krajewskich herbu Jasieńczyk. Urodził się w połowie XIX wieku jako syn Stanisława i Marianny Krajewskich. Jego młodszym bratem był Jólian Krajewski, ur. w 1855 roku, późniejszy właściciel około 19 hektarów ziemi w Grochach Starych.
Już tutaj artykuł wymaga pierwszej poprawki. Gazeta podaje, że stary Stanisław Krajewski miał dwóch synów: Feliksa i „Stanisława”. Z zachowanych aktów rodzinnych wynika jednak, że chodziło o Feliksa i Jóliana. Najprawdopodobniej korespondent pomylił imię młodszego syna z imieniem jego ojca.
Według artykułu starszy z braci, Feliks, miał objąć ojcowiznę, natomiast młodszy został wyposażony przez ojca i nabył oddzielną zagrodę w tej samej wsi. I tutaj pojawia się kolejny problem. W rodzinnej tradycji to właśnie z Jólianem wiąże się stare rodzinne siedlisko, a późniejsze dokumenty pokazują go jako posiadacza około 19 hektarów. Nie wiadomo więc, czy reporter uprościł wcześniejszy podział majątku, czy rzeczywiście początkowo wyglądał on inaczej, a dopiero później nastąpiły kolejne zmiany własnościowe.
Dalsza część artykułu opisuje już ostatni okres życia Feliksa.
Gazeta przedstawia go jako człowieka, którego gospodarstwo zaczęło podupadać. Winą obarcza przede wszystkim jego pociąg do alkoholu. Według relacji żona Feliksa miała w końcu zabrać dzieci i wyjechać do Warszawy.
Dziś wiem, kogo dotyczyło to jedno krótkie zdanie.
Żoną Feliksa była Julia z Kulikowskich Krajewska. Ich dzieci to:
Wanda Julia, urodzona w Warszawie 14 września 1881 roku,
Kazimierz, urodzony w Warszawie 13 stycznia 1886 roku,
oraz Stanisław Feliks, urodzony w Warszawie 21 września 1889 roku.
Cała trójka została później, 14 września 1890 roku, ochrzczona jednego dnia w parafii Gzy. Fakt, że wszystkie dzieci przyszły na świat w Warszawie, sprawia, że prasowa informacja o wyjeździe Julii z dziećmi właśnie do Warszawy brzmi wiarygodnie, choć oczywiście nie dowodzi, że cała opisana przez gazetę historia małżeństwa została przedstawiona dokładnie.
Według „Głosu Narodu” Feliks, nie widząc innego wyjścia, zdecydował się sprzedać ojcowiznę. Przy sprzedaży potrzebna była zgoda żony. Gazeta twierdzi, że Julia zgodziła się na transakcję, zabrała uzyskane pieniądze, a mężowi pozostawiła jedynie niewielkie środki.
Ten fragment jest jednak szczególnie zagadkowy.
Ponad trzydzieści lat później, w dokumentacji scaleniowej z 1928 roku, w Grochach Starych nadal występują „sukcesorzy po Feliksie Krajewskim” posiadający aż 25,66 ha ziemi.
Nie da się więc bezkrytycznie przyjąć prasowego stwierdzenia, że Feliks po prostu sprzedał całą ojcowiznę i utracił wszystko. Być może sprzedaż dotyczyła tylko części nieruchomości, może później coś odzyskali jego spadkobiercy, a może korespondent zwyczajnie uprościł bardziej skomplikowaną sytuację majątkową. Na dziś pozostaje to jedną z większych zagadek tej historii.
Po utracie własnego gospodarstwa Feliks miał szukać pomocy u brata. Według gazety spotkał się jednak z niechęcią bratowej, która uważała, że jej mąż otrzymał od rodziców mniej niż Feliks i nie powinien ponosić konsekwencji jego wcześniejszych decyzji.
Artykuł opisuje Feliksa w ostatnich dniach jako człowieka praktycznie bezdomnego, nocującego tam, gdzie ktoś pozwolił mu przenocować, i żyjącego z tego, co dali mu inni mieszkańcy wsi.
W piątek wieczorem jeden z parobków miał pozwolić mu spać w stodole należącej do gospodarstwa jego brata. Przed snem Feliks miał prosić jeszcze o kawałek chleba. Według relacji prasowej spotkał się z odmową.
Kilka godzin później mieszkańcy gospodarstwa zauważyli łunę.
Płonęła stodoła. Ogień zaczął przenosić się również na oborę. Zwierzęta udało się uratować, ale zabudowania i znajdujące się w nich zapasy spłonęły.
Następnego dnia w pogorzelisku znaleziono zwęglone ciało Feliksa Krajewskiego.
Datę można dziś ustalić bardzo dokładnie. Numer „Głosu Narodu” ukazał się 18 października 1895 roku i mówi o wydarzeniu z „piątku zeszłego tygodnia”. Był to 11 października 1895 roku, dokładnie ta sama data, która występuje w rodzinnych ustaleniach jako dzień śmierci Feliksa.
Gazeta przedstawiła pożar jako możliwy akt zemsty zakończony samobójczą śmiercią Feliksa. Trzeba jednak bardzo mocno zaznaczyć, że nawet autor artykułu nie wiedział, co rzeczywiście się wydarzyło. W ostatnim zdaniu przyznano, że nie ustalono, czy Feliks świadomie zaprószył ogień i pozostał w stodole, czy też pożar powstał przypadkowo, na przykład od papierosa.
Dlatego sensacyjnego tytułu nie należy traktować jako ustalonego faktu.
Po 131 latach możemy powiedzieć z dużą pewnością jedynie tyle: 11 października 1895 roku w Grochach Starych doszło do pożaru zabudowań, a w pogorzelisku odnaleziono ciało Feliksa Krajewskiego. Cała reszta, czyli przyczyna pożaru, motyw zemsty, dokładny przebieg rodzinnego konfliktu oraz przedstawiony przez gazetę obraz ostatnich miesięcy jego życia, pochodzi z prasowej relacji i wymaga dalszego sprawdzania.
Dla mnie ten artykuł ma jednak ogromną wartość.
Feliks do tej pory był przede wszystkim człowiekiem z metryk: synem Stanisława, bratem Jóliana, mężem Julii Kulikowskiej, ojcem Wandy, Kazimierza i Stanisława Feliksa, właścicielem ziemi i człowiekiem zmarłym 11 października 1895 roku.
Jedna pożółkła kolumna gazety sprawiła, że za tymi datami pojawiła się nagle dużo bardziej skomplikowana historia: Warszawa, rodzinny konflikt, sprzedaż majątku, rozpad małżeństwa, bieda, pożar i śmierć, której rzeczywistych okoliczności prawdopodobnie już nigdy nie poznamy do końca.
Co ciekawe, historia Feliksa nie kończy się wraz z jego śmiercią. W 1928 roku nadal pojawiają się w Grochach Starych „sukcesorzy po Feliksie Krajewskim” z ponad 25 hektarami ziemi. Nie udało mi się jeszcze ustalić dalszych losów jego trojga dzieci ani tego, jak dokładnie ziemia ta znalazła się w ich rękach.
To kolejny przykład tego, jak mocno historia jednej rodziny potrafi być ukryta poza księgami metrykalnymi. Czasem odpowiedź leży nie w parafialnej księdze, ale w zapomnianej gazecie wydanej setki kilometrów od rodzinnej wsi.
Źródło: „Głos Narodu”, 18 października 1895 r., artykuł „Zemsta i samobójstwo w płomieniach”.