Izabela Wudarczyk - Uzdrawianie przez świadomość

Izabela Wudarczyk - Uzdrawianie przez świadomość Towarzyszę w przywracaniu zdrowia i równowagi w życiu- psychobiologia, chirurgia fantomowa.

CO Z TYM ŚNIADANIEM?Pierwszy raz o tym, że śniadanie jest zbędne przeczytałam w książce pewnego Hawajczyka, który przyje...
27/08/2026

CO Z TYM ŚNIADANIEM?

Pierwszy raz o tym, że śniadanie jest zbędne przeczytałam w książce pewnego Hawajczyka, który przyjeżdżał do Polski z kursami Mana Lomi. To było kilka ładnych lat temu. Na chwilę mnie to zatrzymało, bo burzyło powszechnie panujące przekonanie pod tytułem: śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Ale wtedy jeszcze nie byłam gotowa sprawdzić, czy to dla mnie prawda.
Dziś rozumiem dlaczego. Nie tylko miałam wryte, że śniadanie jest najważniejsze.
Ze śniadania uczyniłam rytuał. Poranna kawka, a potem królewskie śniadanie we dwoje. I gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że mam zrezygnować z tego pięknego początku dnia, pognałabym go na drzewo 🤣
Aż zdarzyło się, że zostałam sama. I co się okazało? Że nie jestem głodna rano.
Dopiero około południa czułam pierwsze ssanie.
Przez miesiące jadałam 2 posiłki dziennie i było mi dobrze. W ogóle odkryłam, że nie potrzebuję wiele.
Ale kiedy po roku weszłam w nową relację, śniadania wróciły. Jako rytuał. I wróciło duuużo jedzenia w domu.
Kilogramy też zaczęły wracać, jeszcze zanim przestałam palić. Mam trochę hipotez, dlaczego tak się stało, ale na hipotezach się nie chudnie. Faktem jest, że będąc w relacji jadłam o wiele więcej niż będąc sama. I nie, to nie jest o tym, że relacja jest zła :)
Raczej o tym, na ile przystosowuję swój tryb życia do partnera i rodziny. Z wygody, z pozornego braku czasu, z lęku przed odrzuceniem… Do tego jeszcze wrócę, bo okazało się ważne.

Kto musi nosić nadmiarowe kilogramy, wie, jakie to niewygodne. I wygląd jest tu najmniejszym z problemów.
Szukałam więc sposobu, żeby … pozwolić samej sobie pójść za sobą będąc w relacji i gotując dla rodziny. Żeby było jasne, lubię gotować.
Kiedy waga zaciążyła mi już nieznośnie, coś we mnie pękło i oznajmiłam rodzinie, że od stycznia śniadań nie jadam.
Po miesiącu przeprosiłam swoje dzieci za to, że całe życie kazałam im jeść śniadanie mimo, że nie byli głodni.
Bo okazało się, że ta niewielka zmiana nawyku JEST DLA MNIE ZBAWIENNA. I że moje ciało czekało na to. Było więcej niż gotowe.
Wreszcie uspokoiły się moje jelita. Wow! Nie osiągnęłam tego żadnym innym sposobem.
Trawienie dostało ognia 🔥
A jedzenie zaczęło smakować wybornie.
Waga poszła w dół. Nieznacznie, ale zauważalnie.
A rodzina sobie poradziła. Marudzili trochę, że zmieniam im porę obiadu i o co mi w ogóle chodzi. Ale ostatecznie przyzwyczaili się, że obiad o 13.00 :)
A wiecie, co w tym było najfajniejsze?
Że w trakcie całej zabawy, jakoś w kwietniu zaczęłam słuchać mądrych ludzi, dietetyków, praktyków medycyny chińskiej. I oni mówili, że śniadanie jest ważne i nie należy go pomijać.
Bo rano mamy największy ogień trawienny. Bo rytm dobowy. Bo lepiej nie jeść kolacji. Pamiętacie? Śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, kolację oddaj wrogowi.
I zwątpiłam. I na chwilę wróciłam do śniadań, a przestałam jeść kolację.
I wiecie co się stało? Rozjechał mi się cały rytm. Bo wieczorem byłam głodna. I miałam tak spięty brzuch, że nie mogłam zasnąć.
Wszystko się unormowało, kiedy wróciłam do siebie, do swojego ciała.
I o tym jest też moje 8-miesięczne doświadczenie. O odnalezieniu tego, co najlepsze dla mnie i podążaniu za tym, nawet, jeśli cały świat mówi inaczej. I nawet jeśli ja sama całe życie myślałam inaczej.
Co nie oznacza automatycznie, że śniadania są złe. Bo może komuś jest z nimi wspaniale. Ale dla mnie, na ten moment, są zbędne.

Dziś jadam śniadanie raz w tygodniu. Z Ukochanym. Kawałek rytuału we dwoje.
Y aquí paz y después gloria – ja mawiają Hiszpanie.
I nie wiem, czy zawsze tak będzie.
Podążam za tym, co służy mojemu ciału, a ono pięknie się mi odwdzięcza 🌷

Izabela Wudarczyk

JESZCZE O ŻAŁOBIE -------------------------------------------Żałoba. Samo słowo już boli. Czasami chciałam, żeby go nie ...
27/05/2026

JESZCZE O ŻAŁOBIE
-------------------------------------------

Żałoba. Samo słowo już boli.
Czasami chciałam, żeby go nie było w słowniku.
Takie … ciągnące się w nieskończoność. Niepasujące do dzisiejszego świata, który chce wszystko szybko.
Szybki rozwój, szybkie wyzdrowienie, szybkie schudnięcie, szybki awans … natychmiastowe oświecenie.
Pośpiech to przy łapaniu pcheł jest wskazany – mawiają starzy ludzie.
Ale młodzi już o tym nie pamiętają.
A ja gdzieś pomiędzy. Taka staro-młoda.
Wciąż jakaś część wyrywna, ale coraz więcej prześwieca tej, która może czekać. Która daje czas.
Która pielęgnuje życie jak ogród a w ogrodzie, jak wiemy rzeczy dzieją się sezonowo.
Jest czas spania i czas motylków. Czas przetrwania i czas ekspansji.

Czy żałoba po stracie też może ciągnąć się tak leniwie i w swoim tempie? Kiedyś uważałam, że nie. Że trzeba ją przeżyć tak, jak w podręcznikach psychologii prawią.
Odbyć prawilnie wszystkie etapy i puścić. I żyć dalej.
Co mi po podręcznikach, kiedy życie pisze po swojemu.

Kiedy 4 lata temu zmarł mój mąż, pomyślałam zdruzgotana, że znowu będę musiała przechodzić przez tę okropną żałobę!!! I że nie dam rady drugi raz. Bo ten pierwszy, 10 lat wcześniej po stracie syna, zapamiętałam jako wieloletnie zamknięcie w bańce, do której ani słońce ani bodźce nie dochodziły.
I kiedy ta bańka wreszcie pękła, poczułam jakby spadła gruba zasłona oddzielająca mnie od świata. Mogłam wreszcie odetchnąć.
Nie chciałam przechodzić przez to po raz kolejny! Nie tak!
Musi być inny sposób!
A gdyby tak przestać się bronić? Tak jak w morzu, wyczekać moment, kiedy nadchodzi fala i poddać się jej bez walki. Wskoczyć na falę smutku i pozwolić jej się chwilę ponieść. Tylko chwilę. Bo ból przychodzi falami. Nie jest ciągły.
Aktywują go wspomnienia, obrazy, zapachy…
Napływa i odpływa. Nauczyłam się w nim pływać. Nie blokować, ale też nie zatrzymywać, kiedy odchodzi. A odchodzi zawsze. Do następnego razu.

Zobaczyłam, że żałoba nie jest liniowa, nie zaczyna się z punkcie A i nie kończy w punkcie Z.
Jest wielowymiarowa, wielopoziomowa, wielokolorowa i wielosmakowa.
I w jej trakcie można żyć, śmiać się, radować, podróżować, bawić się a nawet … zakochać się ponownie…
I że nie trzeba się spieszyć, żeby ją odhaczyć i móc dalej żyć.
Nie trzeba też wydzielać dla niej jakiegoś specjalnego kawałka życia. Wpleciona w codzienność po prostu się dzieje. W swoim rytmie.
A ja nie muszę się już bronić. W końcu od czego mam te nielubiane przez wszystkich mechanizmy obronne, jak nie po to, żeby mnie broniły!
I broniły. Stare kochane mechanizmy wyparcia, zaprzeczenia czy izolacji zadziałały u mnie bez zarzutu. Panicznie się bałam, że pewnego dnia, nagle i bez ostrzeżenia dotrze do mnie cała świadomość straty i że nie tego przeżyję. To się nigdy nie wydarzyło.
Świadomość przychodziła powoli, stopniowo, małymi kroczkami… czekając na moją gotowość.

Wciąż przychodzi…
A ja już nie potrzebuję, żeby było szybciej. Ani raz a dobrze.
Tak jak jest jest dobrze.

Dziś, w czwartą rocznicę śmierci Krzysztofa zadzwoni jego syn i razem powspominamy, ja męża, on ojca. Będziemy się przy tym śmiać i może trochę płakać, nie wiem... Pośmiejemy się też wspólnie i popłaczemy w moim młodszym synem. Będziemy sobie towarzyszyć w tym dniu. A życie popłynie dalej♥️

Izabela Wudarczyk 🙏🙏🙏

------------------------------------------------------------------------
Jeśli jesteś w miejscu, że potrzebujesz pobycia z Tobą w stracie, mogę potowarzyszyć.

Ludzie przychodzą po ulgę. Jednemu ulgą będzie szybkie zniknięcie objawów, innemu zapewnienie, że wszystko jest z nim w ...
07/01/2026

Ludzie przychodzą po ulgę. Jednemu ulgą będzie szybkie zniknięcie objawów, innemu zapewnienie, że wszystko jest z nim w porządku, jeszcze innemu uznanie całej jego drogi.
Czasem zniknięcie objawów zajmuje sporo czasu. Często nie znikają w całości. Jak u jednego z moich klientów, z którym pracowałam pół roku w temacie nowotworu. Objawy co prawda zniknęły, ale po jakimś czasie wróciły. Warto zaznaczyć, że jednocześnie korzystał z leczenia alopatycznego.
Ale jak ktoś ma żyć, to nawet chemioterapia mu nie przeszkodzi ;)
Wiedząc, jak bardzo zmienił się przez te pół roku, zadałam mu wtedy pytanie:
- Czy gdybyś w tym momencie wyzdrowiał całkowicie i definitywnie, kontynuowałbyś nowo obraną ścieżkę czy wrócił do starego?
Chwilę myślał, po czym stwierdził, że nie da się już wrócić do tamtej wersji jego, bo bycie tamtą wersją bardzo bolało.
O ile istnieją dobre odpowiedzi, ta była dobra. Dobrze wróżyła.
Bo czasem szybka ulga zatrzyma nas w połowie drogi, albo wręcz zawróci na stare tory.
Czując to, wiele Istot wybiera drogę wyboistą i trudną, żeby mieć pewność, że proces przebudowy ich struktur będzie gruntowny.
Pewien bliski mi człowiek wybrał dla siebie taką trudną drogę. Taką, której ja, choć zaprawiona w życiu nigdy bym nie przeszła. Lecz kiedy w pewnym momencie zobaczyłam stojącą za tym intencję, jedyne, co mogłam powiedzieć to:
- Kłaniam się twojej decyzji i podziwiam, jak genialnie to sobie wymyśliłeś.
Natychmiast też przestałam cierpieć z jego powodu. Zobaczenie tego nazywam łaską.

Podobnie szybkiej ulgi nie doznała jedna z pięknych istot, z którymi miałam przyjemność pracować. Bardzo sobie cenię taką dojrzałą pracę z drugą osobą.
Pracowałyśmy już razem kilka lat wcześniej, efektem było ustąpienie dolegliwości obecnych przez całe dorosłe życie klientki.
Cieszyłam się więc, kiedy odezwała się do mnie ponownie, ciekawa z czym tym razem.
Okazało się, że potrzebuje delikatnego wsparcia w procesach, które obecnie przechodzi. Nic dramatycznego, więc przyszła kilka razy w odstępie miesiąca. Na jednym spotkaniu powiedziała:
- Iza, czy ty sobie wyobrażasz, że ja wciąż nie pozwalam sobie odpoczywać? Kiedy na przykład leżę na kanapie i słyszę, że ktoś idzie, mąż lub dziecko, natychmiast się zrywam gotowa do działania. Przecież to nienormalne!
Zrobiłam oczyszczanie fantomu i w pewnym momencie „zobaczyłam” na jej sercu coś na kształt odznaki.
- Czy wiesz, co to może być? - zapytałam.
- Jedyne, co przychodzi mi do głowy to odznaka wzorowej uczennicy. Kurcze, ja nawet mam jeszcze taką odznakę z czasów szkolnych.
- Dla kogo to było?
- Dla mamy. Wszystko robiłam, żeby mama mnie zobaczyła. Pracowałam ponad swoje dziecięce siły, żeby tylko dostać pochwałę od mamy.
- I co? Działało?
- Nie bardzo.
- Jak czujesz? Czy możemy to wyjąć? Bo to coś widocznie kaleczy twoje serce.
- Tak.
Wyjęłyśmy, a wraz z odznaką uwolnił się ogromny ładunek emocjonalny u nas obu. Obie w jednym momencie poczułyśmy wielki smutek małej dziewczynki, która straciła dzieciństwo, żeby zasłużyć na miłość mamy. Na próżno.
Miesiąc później spotkałyśmy się po raz ostatni.
- Iza, chciałam do ciebie dzwonić po tygodniu od tamtej sesji, żeby zapytać, kto teraz będzie ogarniał moją chatę – zaśmiała się na dzień dobry – bo ode mnie wszystko odpadło.
- I jak ci z tym?
- Zdałam sobie sprawę, że to był najważniejszy program w moim życiu i teraz, kiedy odpadł czuję smutek i dziwną pustkę. A także niewyobrażalne zmęczenie w ciele.
- Straciłaś punkt odniesienia?
- Tak.
- Coś odpadło, a na to miejsce nie ma nic nowego?
- Dokładnie.
- Jeśli mogę coś doradzić to … nie próbuj na siłę zapełnić tej pustki. Pozwól sobie być w tym stanie zawieszenia, bez naciskania na siebie.
- Wiesz, ja stwierdzam, że właściwie siebie nie znam poza tym programem.
- Szykuj się na najlepsze zatem. Jak wytrzymasz, to w pewnym momencie objawisz się ty prawdziwa. Dowiesz się, jaka jesteś i co lubisz, kiedy nic cię nie przymusza. A za rolę wzorowej uczennicy, córki, żony, matki należą ci się brawa. Świetnie odegrałaś!
- Oskar mi się należy!
- Tak! Oskar dla tej pani 😁😁😁
Śmiech. Kurtyna.

Jak widać, nie musi być natychmiastowej i ewidentnej ulgi po odinstalowaniu programu rządzącego życiem.
Jest pustka, bo coś było przez lata, a nagle zniknęło.
Jest żałoba, bo jakże inaczej wyglądałoby moje życie, gdyby nie ta rola.
Jest cisza.
Jako preludium nowego.
Ale trzeba wyczekać.
A czekanie dla umysłu jest bardzo niewygodne.
To taki pas ziemi niczyjej, mogą pojawić się strach, niepewność, zniecierpliwienie.
I tendencja, żeby natychmiast zapełnić czymś tę pustkę.

Warto wyczekać.

Dziękuję P. za zgodę na publikację 🙏🙏🙏

Izabela Wudarczyk

Poprzedni post „Kiedy rozwój wchodzi za mocno” spotkał się z dużym odzewem z Waszej strony. Dziękuję za wszystkie koment...
10/12/2025

Poprzedni post „Kiedy rozwój wchodzi za mocno” spotkał się z dużym odzewem z Waszej strony.
Dziękuję za wszystkie komentarze, bo dzięki nim poszerza się moja perspektywa.

I oto z tej poszerzonej perspektywy zrodziła się we mnie potrzeba napisania tego posta, bo czuję, że bez niego obraz rozwoju nie byłby pełny.
Post ten ma na celu uhonorowanie w każdej Istocie jak również w Sobie całej drogi, którą przeszliśmy od momentu, kiedy pierwszy dzwonek na pobudkę rozbrzmiał w naszych sercach.
Dla mnie samej budzik zadzwonił 14 lat temu.
14 długich lat, w czasie których zaszła we mnie radykalna zmiana w rozumieniu tego, kim a raczej czym jestem.
I choć dziś moje zrozumienie, o co w tym wszystkim chodzi jest zupełnie inne niż na początku, kocham i szanuję wszystko, co wtedy było dla mnie ważne.
I z czułością uśmiecham się do wszystkich narzędzi, których wtedy próbowałam, żeby poczuć się lepiej.
Z tego miejsca uszanowuję również wszystkie Istoty, które na różnego rodzaju formach terapii i rozszerzania świadomości dołożyły swoją cegiełkę do mojego rozwoju.

Cóż to za epicka droga Kochani!
I cóż z tego, że wielokrotnie trafiałam w ślepe zaułki?
Cóż z tego, że przeżyłam wiele rozczarowań?
Cóż z tego, że dziś wiele rzeczy zrobiłabym inaczej?

To nie było po to, żeby teraz to obśmiać (choć na niektóre moje pomysły nie ma właściwszej reakcji jak śmiech😂). Nie po to też, żeby się tego wstydzić. Albo z pogardą i wyższością patrzeć na wszystkich, którzy jeszcze potrzebują szukać na zewnątrz.
Nie po to, żeby stwierdzić jaka byłam głupia, bo dałam się wkręcić w dziwne terapie. Bo to wciąż stara narracja. I świadczyłaby o tym, że niczego się nie oduczyłam.
Kilka lat temu usłyszałam od pewnego znajomego, że jestem strasznie naiwna robiąc to, co robię, poszukując, czytając, słuchając, inspirując się kimś z zewnątrz.
Bo według niego wszystko mamy w sobie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że
powiedział to człowiek, który ledwo co zaczął zadawać jakiekolwiek życiowe pytania.
Po kilku głębszych duchowych wglądach, z zapałem typowym dla neofity uważał, że wie już wszystko i z pogardą patrzył na moją drogę. Pewnie, że miał wszystko w sobie, w tym tonę żalu i zawiści.
Duchowe ego level master.
Ale… każdy lub prawie każdy z nas przez to przeszedł. Ja również przechodziłam przez iluzję „oświeconego ego”, więc rozumiem, że ktoś może być na tym etapie.

Czy zastanawialiście się, dlaczego osobom, które dopiero się budzą jest o wiele łatwiej niż tym, którzy tak jak ja zaczynali te kilkanaście lat temu?
I ich procesy idą o wiele szybciej i lżej niż nasze? Albo wręcz w ogóle ich nie potrzebują!
Właśnie dlatego, że tacy jak ja i wielu innych przecierali szlaki i każdy, kto zaczął później miał już łatwiej.
Nasze dzieci nie będą już musiały w wieku 30 czy 40 lat odkrywać Ameryki, bo my ją dla nich odkryliśmy.
Nie potrzebują przedzierać się przez dżunglę nieświadomości, bo my już wycięliśmy maczetami co większe haszcze.
Nie potrzebują już stosować ciężkich i mało skutecznych narzędzi, bo my już je sprawdziliśmy i w polu jest już informacja, że można inaczej.
Że wcale nie musi być tak trudno.
Że odkryliśmy łatwiejsze drogi.
Ale żeby je odkryć często potrzebowaliśmy zbłądzić wiele razy.
W nieskończoność taplać się w traumach rodowych, wcieleniowych, dziecięcych.
Po to, żeby na koniec stwierdzić, że nie do końca o to chodziło, żeby to wszystko odkryć i uzdrowić.
Po to, żeby zatoczyć koło i stwierdzić ze zdziwieniem, że zwyczajne życie bez procesów może być piękne i wartościowe.
Po to, żeby przyjąć, że życie czasem po prostu boli i nie wszystko wymaga interwencji, bo niektóre rzeczy po prostu są jakie są.
Po to, żeby zrozumieć, że celem życia tutaj nie jest przepracowanie wszystkich traum, bo, po pierwsze nie jest to możliwe, a po drugie to droga na manowce, praca, która nigdy się nie kończy.

Celem życia jest żyć. I być w nim obecnym.

Teraz, kiedy energia na Ziemi jest o wiele lżejsza niż 20 lat temu, wszystkie Istoty na ścieżce rozwojowej mają z automatu łatwiej.
Ale ktoś tę robotę musiał wykonać, żeby teraz było lżej ;)
Każda Istota, która ukochała i rozpuściła swoje traumy wniosła piękną informację do zbiorowego pola i swoją pracą stworzyła zmianę wibracji, której obecnie doświadczamy.

I nie chodzi o to, żeby na swojej historii zbudować nową opowieść i nową tożsamość. Tak wielu utyka w tym, jaką to trudną drogę przeszli i jakimi są teraz bohaterami. Budują na tym biznesy i całe swoje życie.
A to wciąż duchowy matriks.

Tak sobie myślę, że może warto wybrać drogę środka, czyli na przykład wyjąć co większe kamienie, które blokują przepływ, a potem pozwolić, żeby rzeka życia sama zajęła się resztą.
I umieć wyczuć ten moment. Że to już. Że dalsze „uzdrawianie” nie ma sensu, a jest już tylko ucieczką od życia.
Że może wystarczy podążać za rozwijającym się życiem, a jeśli coś jeszcze trudnego się pojawia, spojrzeć na to z miłością.

Jak to czujecie?

Izabela Wudarczyk 😘

Wolne terminy na sesje w styczniu.

KIEDY ROZWÓJ WCHODZI ZA MOCNOPrzychodzą do mnie osoby, dla których terapia stała się niejako sposobem na życie. Takie os...
04/12/2025

KIEDY ROZWÓJ WCHODZI ZA MOCNO

Przychodzą do mnie osoby, dla których terapia stała się niejako sposobem na życie.
Takie osoby chętnie opowiadają, u kogo już były, jakich narzędzi używały, co odkryły na ustawieniach czy regresjach do poprzednich wcieleń.
Kiedy trafiam na taką osobę, wiem, że nie będzie łatwo.
- Iza! Czy ty wiesz, ile jak już kasy wydałam na terapie?
Moje ciało wiotczeje, kiedy słyszy podobne zdanie, a słyszy wcale nierzadko.
Pojawia mi się pytanie: po co do mnie przychodzisz w takim razie? Czasem zadaję je głośno.
Kiedy patrzę na energię takiej osoby, widzę … mgłę. Gęstą energetyczną mgłę, często wielowarstwową, która sprawia, że nie widzę, jak mogłabym jej pomóc.
Zazwyczaj ktoś taki próbuje wtedy pomóc mi, opowiadając co też w tych poprzednich wcieleniach wyszło czy co spotkało prababcię ze strony ojca i to pewnie dlatego dzieje mi się to, co się dzieje.
W takich momentach potrzebuję maksymalnej trzeźwości, żeby nie dać się wciągnąć.
I przyznaję, że nie zawsze mi się to udaje od razu.
Kiedy moje ciało słabnie, wiem, że właśnie pozwoliłam się zmanipulować.
Odwołuję się wtedy do nadludzkiej mocy we mnie w niemej prośbie:
-Proszę, pokaż mi, jak z tego wyjść! Pokaż jak mogę tu pomóc!
Pomoc przychodzi zawsze.
O ile poproszę.
Czasem dopiero na sam koniec sesji.
Przychodzi wtedy jedno zdanie, albo jedna informacja, która rozsypuje misternie ułożony domek z kart.
Boże, co za ulga!
Dlaczego nie byłam taka mądra, żeby poprosić wcześniej 😁

Ostatnio powiedziałam klientce na koniec sesji:
- To teraz przez 2 tygodnie odpierdol się od siebie.
- Ale jak to? Mam nic nie robić?
- Dokładnie tak.
- Ale ja od lat coś robię! Myślałam, że im więcej tym lepiej.

No właśnie.
Czy to jest prawda?
Tak jak ja to widzę, to więcej nie znaczy lepiej.
Więcej metod, więcej koncepcji, więcej wiedzy to więcej chaosu w systemie. Dlatego właśnie nie mam czystego obrazu, tylko mgłę.
I widzę cokolwiek dopiero wtedy, kiedy zdejmiemy pierwszą warstwę.
To obieranie człowieka z koncepcji, obcych energii i wiedzy zewnętrznego pochodzenia to czasami syzyfowa praca. Czasem na takie osoby działa tylko piąchopiryna.
Gwałtowny wstrząs, jakieś wydarzenie, które swoją siłą wytrzęsie nieco tej brei z pełnego naczynia.
Zrobi miejsce na ciszę.
Skąd ja to wiem?
Z autopsji. Sama do pewnego momentu byłam naćkana koncepcjami duchowymi i wciąż dążyłam do lepiej, mocniej i szybciej.
Aż przyszła tragedia, pozamiatała mnie i jednym czystym cięciem skalpela odpadły wszystkie koncepcje.
Umysł próbował je jeszcze później zbierać, bo rozpaczliwie chciał się czegoś trzymać.
Ale nie dało się.
Bo nie chciało się już zlepić ponownie do kupy.
I całe szczęście.
Bo rozwój to nie nabywanie, jak ezosystem próbuje nam wmówić.
Rozwój to pozbywanie się.
Obieranie się, odłupywanie cegiełka po cegiełce, albo jak kto woli rozpierdol z użyciem dynamitu.

To się chyba powinno nazywać zwój :)

Izabela Wudarczyk 😇

Ps. To przesłanie jest dla osób, które przeszły już długą drogę różnych terapii i nie poczuły się lepiej, albo nie na tyle lepiej by przestać.
Nie jest dla tych, którzy śpią mocnym snem i nie zadali sobie jeszcze wewnętrznie pytania kim jestem.

NARZĘDZIA W PRACY TERAPEUTYCZNEJKiedy w 2018 roku kończyłam Akademię Psychobiologii i podjęłam decyzję, że chcę pracować...
02/12/2025

NARZĘDZIA W PRACY TERAPEUTYCZNEJ

Kiedy w 2018 roku kończyłam Akademię Psychobiologii i podjęłam decyzję, że chcę pracować jako terapeuta, odczuwałam ogromną potrzebę posiadania jakichś narzędzi do swojej pracy. To, czego nauczyłam się w szkole było czystą wiedzą o tym, jak biologia działa i jak łączy się z psychiką. Zarówno ja jak i wielu moich kolegów odczuwało niedosyt w temacie, bo wiedzieliśmy, dlaczego chorujemy, ale nie wiedzieliśmy jak wyzdrowieć. Część moich współkursantów poszła od razu na roczny kurs ustawień systemowych, ale ja nie chciałam. Już wtedy czułam, że nie chcę iść tą drogą. Pamiętam jak zapytałam mojego męża, co mam dalej robić, na co pójść, jakie narzędzia zdobyć a on z charakterystycznym dla niego uśmieszkiem powiedział:
- Ty! Wyrywna! Usiądź na dupę i czekaj. Wszystko samo do Ciebie przyjdzie.
- Tia, łatwo ci mówić, kiedy tobie wystarczy spojrzeć na człowieka, żeby wiedzieć, co mu dolega, gdzie go boli i gdzie zaboli za 5 lat. Ja nie mam takich zdolności!
- Teraz nie masz, ale przyjdą.

No i usiadłam na dupie, choć ciężko było usiedzieć. Korzystając ze znajomości francuskiego i hiszpańskiego zaczęłam szperać w literaturze tematycznej z obszaru Francji, Hiszpanii i całej Ameryki Łacińskiej. Znalazłam kilka fajnych pozycji i kilku ciekawych terapeutów. Niektóre z poznanych narzędzi zmodyfikowałam i zaadaptowałam do swojej pracy. W tym miejscu potrzebuję dodać, że zawsze miałam ogromną potrzebę działania inaczej niż reszta świata i ta potrzeba odrębności towarzyszyła mi również te 7 lat temu. Chciałam narzędzi, które będą tylko moje i nikt nie będzie takich miał. No i będą w 100% skuteczne. O święta naiwności! I nieświęta pycho ;)
Tak było.
W ciągu tych 7 lat pracy przeszłam z klientami przez pracę z drzewem rodowym, regresje do życia płodowego, pracę z wewnętrznym dzieckiem, Byron Katie, pisanie listów do rodziców, malowanie, śpiewanie, darcie się pod mostem, TRE, Petera Levine’a, Lowena i pierdylion innych technik.
W 2021 roku poczułam chirurgię fantomową i poszłam na kurs I i II stopnia. Natychmiast włączyłam ją do swojej pracy i miałam fajne efekty. I mam nadal.

Jednocześnie stopniowo zaczęły otwierać się we mnie nowe obszary, które nie opierały się na zewnętrznej wiedzy. Początkowo były to zaledwie przebłyski informacji z pola i trochę trwało, zanim zaczęłam im ufać.
Ale kiedy odważyłam się powiedzieć klientowi, co widzę lub czuję w jego polu, często okazywało się to strzałem w 10.

W miarę jak widziałam coraz więcej i czyściej, odpadały techniki, narzędzia i sposoby.
Chirurgia fantomowa jest ze mną do dziś, ale… kiedy wróciłam do sesji po przerwie wiedziałam, że nie będę pracować tak jak dawniej.
I wiedziałam, że tego nie chcę. Bo strasznie się męczę, kiedy pracuję schematami.

Już przy pierwszych sesjach przyszła informacja, że mam każdemu robić oczyszczanie fantomowe, bez względu na to czy ma jakąś fizyczną dolegliwość czy nie.
Poszłam za tym, nie wiedząc po co.
No i okazało się, że kiedy łączę się z ciałem/ciałami klienta korzystając z technik chirurgii fantomowej, widzę różne konstrukty zawieszone w jego ciele. Podświetlają mi się też nieprawidłowości w energii organów.
Czy temu ufam? Z początku nie, bo do tej pory korzystałam raczej z wiedzenia niż z widzenia, a obrazom z różnych względów nie ufałam. Ale kiedy zaczęłam pytać klientów o to, co widzę, okazywało się, że w większości przypadków widzę całkiem precyzyjnie.
Tak, miałam uraz w kości ogonowej.
Tak, mam faktycznie taką odznakę, która widzisz wbitą w moją pierś.
Tak, zawsze marzyłam o psie.
Macica? Mam tam mięśniaka!
Nie, z moją wątrobą wszystko w porządku, ale czekaj, przecież mam kamienie w woreczku żółciowym.
Faktycznie, często odczuwam chłód w klatce piersiowej.
O kurcze, a tak ciężko mi się oddycha przez ostatnie tygodnie.
Ania? To przecież moja mama!

Trochę się tym jaram, bo, Bóg mi świadkiem, nie znoszę nudnej powtarzalnej roboty.
Ale zachowuję pewien dystans, obserwuję, pilnuję się, żeby przypadkiem nie wcisnąć ludziom kitu no i przede wszystkim patrzę, jak to działa w czasie.
Pierwsze informacje zwrotne, które do mnie spływają są całkiem obiecujące.
Co sprawia, że znowu wspaniale się bawię prowadząc sesje.
I cenię sobie ten kontakt 1:1, bo widzę, że to co najlepiej działa to nie narzędzia, nie techniki, nie jeden schemat dla wszystkich, ale zwyczajne bycie z drugą osobą, widzenie jej, zobaczenie jej piękna, wyjątkowości, upewnienie, że wszystko z nią w porządku, a te ozdoby, co ma pozawieszane w ciele wcale nie są o niej i nie muszą tam tkwić.
Że możemy je wyjąć jeśli chce, a gdyby okazało się, że jednak chce je z powrotem, zawsze może :)
Mało kto chce z powrotem.
Tak że tak…
Ciekawa jestem, jak to się dalej rozkręci, ale już się jaram 😁

Izabela Wudarczyk

Adres

Dębogóra
Kcynia Gmina

Telefon

+48600335445

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Izabela Wudarczyk - Uzdrawianie przez świadomość umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Izabela Wudarczyk - Uzdrawianie przez świadomość:

Skróty

Udostępnij