27/08/2026
CO Z TYM ŚNIADANIEM?
Pierwszy raz o tym, że śniadanie jest zbędne przeczytałam w książce pewnego Hawajczyka, który przyjeżdżał do Polski z kursami Mana Lomi. To było kilka ładnych lat temu. Na chwilę mnie to zatrzymało, bo burzyło powszechnie panujące przekonanie pod tytułem: śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Ale wtedy jeszcze nie byłam gotowa sprawdzić, czy to dla mnie prawda.
Dziś rozumiem dlaczego. Nie tylko miałam wryte, że śniadanie jest najważniejsze.
Ze śniadania uczyniłam rytuał. Poranna kawka, a potem królewskie śniadanie we dwoje. I gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że mam zrezygnować z tego pięknego początku dnia, pognałabym go na drzewo 🤣
Aż zdarzyło się, że zostałam sama. I co się okazało? Że nie jestem głodna rano.
Dopiero około południa czułam pierwsze ssanie.
Przez miesiące jadałam 2 posiłki dziennie i było mi dobrze. W ogóle odkryłam, że nie potrzebuję wiele.
Ale kiedy po roku weszłam w nową relację, śniadania wróciły. Jako rytuał. I wróciło duuużo jedzenia w domu.
Kilogramy też zaczęły wracać, jeszcze zanim przestałam palić. Mam trochę hipotez, dlaczego tak się stało, ale na hipotezach się nie chudnie. Faktem jest, że będąc w relacji jadłam o wiele więcej niż będąc sama. I nie, to nie jest o tym, że relacja jest zła :)
Raczej o tym, na ile przystosowuję swój tryb życia do partnera i rodziny. Z wygody, z pozornego braku czasu, z lęku przed odrzuceniem… Do tego jeszcze wrócę, bo okazało się ważne.
Kto musi nosić nadmiarowe kilogramy, wie, jakie to niewygodne. I wygląd jest tu najmniejszym z problemów.
Szukałam więc sposobu, żeby … pozwolić samej sobie pójść za sobą będąc w relacji i gotując dla rodziny. Żeby było jasne, lubię gotować.
Kiedy waga zaciążyła mi już nieznośnie, coś we mnie pękło i oznajmiłam rodzinie, że od stycznia śniadań nie jadam.
Po miesiącu przeprosiłam swoje dzieci za to, że całe życie kazałam im jeść śniadanie mimo, że nie byli głodni.
Bo okazało się, że ta niewielka zmiana nawyku JEST DLA MNIE ZBAWIENNA. I że moje ciało czekało na to. Było więcej niż gotowe.
Wreszcie uspokoiły się moje jelita. Wow! Nie osiągnęłam tego żadnym innym sposobem.
Trawienie dostało ognia 🔥
A jedzenie zaczęło smakować wybornie.
Waga poszła w dół. Nieznacznie, ale zauważalnie.
A rodzina sobie poradziła. Marudzili trochę, że zmieniam im porę obiadu i o co mi w ogóle chodzi. Ale ostatecznie przyzwyczaili się, że obiad o 13.00 :)
A wiecie, co w tym było najfajniejsze?
Że w trakcie całej zabawy, jakoś w kwietniu zaczęłam słuchać mądrych ludzi, dietetyków, praktyków medycyny chińskiej. I oni mówili, że śniadanie jest ważne i nie należy go pomijać.
Bo rano mamy największy ogień trawienny. Bo rytm dobowy. Bo lepiej nie jeść kolacji. Pamiętacie? Śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, kolację oddaj wrogowi.
I zwątpiłam. I na chwilę wróciłam do śniadań, a przestałam jeść kolację.
I wiecie co się stało? Rozjechał mi się cały rytm. Bo wieczorem byłam głodna. I miałam tak spięty brzuch, że nie mogłam zasnąć.
Wszystko się unormowało, kiedy wróciłam do siebie, do swojego ciała.
I o tym jest też moje 8-miesięczne doświadczenie. O odnalezieniu tego, co najlepsze dla mnie i podążaniu za tym, nawet, jeśli cały świat mówi inaczej. I nawet jeśli ja sama całe życie myślałam inaczej.
Co nie oznacza automatycznie, że śniadania są złe. Bo może komuś jest z nimi wspaniale. Ale dla mnie, na ten moment, są zbędne.
Dziś jadam śniadanie raz w tygodniu. Z Ukochanym. Kawałek rytuału we dwoje.
Y aquí paz y después gloria – ja mawiają Hiszpanie.
I nie wiem, czy zawsze tak będzie.
Podążam za tym, co służy mojemu ciału, a ono pięknie się mi odwdzięcza 🌷
Izabela Wudarczyk