10/08/2026
Czy podczas wakacyjnych podróży może odzywać się w nas także nasza własna historia przychodzenia na świat?
Przypomniała mi się moja nauczycielka Analizy Więzi – Gisela Albrecht. Wiele swoich wykładów i warsztatów rozpoczynała od opowieści o tym, jak przebiegła jej podróż na miejsce. Opowiadała, które fragmenty drogi ją przestraszyły, w których czuła się dobrze, gdzie pojawiało się napięcie. Łączyła te doświadczenia z własną historią porodową i z tym, jak z czasem ją przepracowywała. Zauważała, że z biegiem lat lęku w podróży było coraz mniej, choć zazwyczaj pojawiał się w podobnych momentach drogi.
Nauczyłam się dzięki niej zwracać na to uwagę również u siebie. Urodziłam się nieco przed czasem i szczególnie trudno jest mi wytrzymać końcówkę podróży. Podobnie mam z ostatnim fragmentem piosenki. Kiedy cel jest już blisko, najchętniej już bym ruszyła w dalszą drogę. Trudno mi spokojnie pozostać w tym ostatnim odcinku i pozwolić mu się dokończyć.
Wakacyjny czas skojarzył mi się też z fazą utajoną porodu. To czas, kiedy z zewnątrz może się wydawać, że niewiele się dzieje. Poród nie nabrał jeszcze wyraźnej dynamiki, a jednak zachodzą procesy, które potrzebują czasu, żeby dojrzeć.
Sven Hildebrandt pisze, że sztuka dobrego towarzyszenia polega właśnie na wytrzymaniu tej słabej dynamiki, zamiast próbowania jej przyspieszyć. Pisze:
„Jedynym niebezpieczeństwem jest nasza niecierpliwość”.
Może potrzebujemy właśnie takiego wakacyjnego „niedziania się”, żeby coś mogło w nas dojrzeć, dojść do głosu, w końcu się narodzić?
Wakacyjne podróże mogą być też dobrą okazją, żeby poobserwować siebie. Jak przeżywam wyruszanie w drogę? Co dzieje się ze mną, kiedy droga się przedłuża albo nie przebiega zgodnie z planem? Jak znoszę jej końcówkę? Czy potrafię zatrzymać się po dotarciu na miejsce?
Jestem przekonana, że warto przyglądać się temu, co uruchamia się w nas, kiedy jesteśmy w drodze.
Jeśli będziecie mieć ochotę, zapraszam do podzielenia się swoimi obserwacjami w komentarzach. Jestem ich bardzo ciekawa.