12/04/2026
Bajki Prawdziwe cz. 20
„W poszukiwaniu idealnego Malortu?”
Theodore właśnie przygotowywał pracownię, aby wszystko było gotowe na przyjście dzieci, gdy usłyszał dzwonek do drzwi.
Kto to może być? Spojrzał na zegarek - było jeszcze 20 minut do rozpoczęcia zajęć.
Po chwili ujrzał roześmianą buzię Anet.
- Mogę wejść?
- Oczywiście! Może chcesz mi pomóc ?
Dziewczynka pokiwała głową i już po chwili wyciągała pędzelki z kubeczków, delikatnie odsączała z nich wodę w mały ręczniczek i układała na palecie. Pamiętała, jak ważna jest przy tym uważność - dwa malutkie pędzelki na spodzie, a ten duży na górze.
W pracowni pachniało jak zwykle farbą i drewnem.
Po kilkunastu minutach nadeszły pozostałe dzieci. Simone szybko podbiegła do swojej teczki z rysunkami - pamiętała, że tydzień temu zaczęła pracę, która sprawiła jej dużo przyjemności, ale nie zdążyła jej skończyć. Theodore pomógł jej przypiąć arkusze do ściany i podsunął drabinę.
Simone zanurzyła koniuszek pędzla w granatowej farbie - na jej pracy wiły się seledynowe, miękkie linie otulone granatowym tłem, gdzieniegdzie jeszcze niedokończonym.
Obok dziewczynki już stała Ariel. Trzymała swoją białą kartkę na wysokości oczu i czekała, aż Theodore podejdzie i przypnie dwie pinezki. Po chwili i ona zanurzyła się w swoim świecie. Tak samo Pauline, Miriam i Laura.
Co chwila któraś z dziewczynek podchodziła do palety na środku. Miriam miała dziś dużo energii. Malowała z rozmachem i entuzjazmem. Theodore dyskretnie czuwał, żeby nabierała mniej farby na pędzelek.
Dziewczynka szybko zamalowała pierwszą kartkę i pobiegła po kolejną.
- Będę potrzebowała drabiny! – wykrzyknęła podekscytowana.
W Malorcie można malować naprawdę duże obrazy, jeśli ktoś ma na to ochotę.
Po chwili drabiny potrzebowała również Anet.
- Poproszę tę czarną z szerokimi stopniami, dobrze? - zapytała dziewczynka.
Theodore rozejrzał się po pracowni. Obydwie czarne drabiny były już zajęte. Zostały jeszcze dwie drewniane. Najczęściej nie ma to większego znaczenia, na której drabinie się stoi, ale czasem zdarza się, że jest to ważne.
I tak było właśnie dzisiaj.
I właśnie dzisiaj było to ważne dla wszystkich trzech dziewczynek: Anet, Simone i Miriam.
A drabiny były dwie.
Na twarzach dzieci Theodore zauważył napięcie.
- Opowiem wam historię.
- Wiecie, że takich pracowni jak ta jest bardzo dużo na świecie?
Wszyscy pokiwali głowami.
- Chyba z dwa tysiące - dodała Pauline
- Jedna z nich różniła się jednak od pozostałych. Dzieci zawsze przychodziły wesołe na zajęcia, farba nigdy nie kapała z pędzelków, nikt nie czekał, aż osoba opiekująca się pracownią przypnie pinezki, bo zawsze pojawiała się dokładnie w tym momencie, kiedy była potrzebna.
Jeśli ktoś chciał wymieszać farby - też nie musiał czekać. A gdy potrzebował drabiny, to zawsze była dostępna - i to dokładnie ta, którą chciał.
Nikt nigdy się nie nudził. Każdy zawsze miał pomysł, co namalować. Nikt się nie sprzeczał. Nikt nie czuł się niepewny, smutny ani zły.
Ta pracownia była idealna.
Theodore zrobił chwilę przerwy.
- To bajka! - wykrzyknęła Miriam.
- To niemożliwe! To wymyślona historia! - dodała Anet
- Dlaczego tak myślicie? - zapytał spokojnie.
- Bo wszystko jest takie idealne!
Theodore uśmiechnął się.
- Często opowiadam wam prawdziwe historie. Ale macie rację - ta jest zmyślona.
Chciałem wam powiedzieć, że przychodząc tutaj, będziecie przeżywać różne rzeczy. Czasem przyjemne, a czasem mniej. I to jest w porządku.
Czasem uda wam się podzielić, na przykład drabiną, a czasem trudniej będzie znaleźć rozwiązanie od razu.
Ale nawet wtedy nie przestawajcie próbować.
- Ja… kiedyś spadłam z drabiny i teraz czuję się bezpieczniej na szerokich stopniach - dodała cicho Miriam.
- To dlatego nie chciałam się zamienić.
- W porządku. W zasadzie mogę malować na tej drewnianej. Jest wyższa, a ja planuję naprawdę duży obraz - powiedziała Anet.
Obie dziewczynki uśmiechnęły się do siebie.
Napięcie zniknęło z ich twarzy.
- Theodore, przypniesz mi kolejną kartkę? - to Ariel. Skończyła swoją pierwszą pracę i chciała ją powiększyć. - Nie będę potrzebowała drabiny. Chcę żeby wisiała obok tej już skończonej, tak żeby się ze sobą łączyły.
Kiedy i ta była już gotowa, dziewczynka namalowała czerwoną plamę - częściowo na jednej pracy, a częściowo na drugiej.
- Zobaczcie! - zawołała zadowolona. - Teraz obie prace to całość!
Theodore uśmiechnął się.
- Pamiętajcie - Malort pomieści i smutek, i radość.
Nie musicie być idealni. Idealny Malort nie istnieje - sami to dziś powiedzieliście.
I tak jest dobrze.