Katarzyna Opalach - specjalista Medycyny Rodzinnej

Katarzyna Opalach - specjalista Medycyny Rodzinnej Absolwentka Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Przyjmuję pacjentów w każdym wieku.

Zajmuję się leczeniem i diagnozowaniem szerokiego spektrum chorób internistycznych i pediatrycznych.

Z pewnym niedowierzaniem dowiedziałam się, że rząd wycofał się z ustawy nakładającą na restauratorów obowiązek zapewnian...
03/08/2026

Z pewnym niedowierzaniem dowiedziałam się, że rząd wycofał się z ustawy nakładającą na restauratorów obowiązek zapewniania darmowej wody pitnej (kranówki) dla klientów. Jest to niezrozumiała decyzja, stojąca w sprzeczności z troską o zdrowie Polaków. O konieczności odpowiedniego nawodnienia, zwłaszcza w kontekście ostatnich upałów, chyba nie muszę nikogo przekonywać. Przyznam się też, że nigdy nie zamawiam zwykłej wody w restauracji - mam własną, kranówkę rzecz jasna, w bidonie.

Jak już piszę o tym, co mnie wkurza, to jeszcze parę słów o publicznych toaletach. Jest to wg mnie kolejna sprawa do pilnego uregulowania. Gdy byłam w Peru, tam na każdym kroku potykałam się o publiczną toaletę. Kosztowała między 50 groszy a 1,5 złotego, a więc była dostępna dla większości. Nie wiem jak sobie wszyscy radzimy w Polsce (a nawet szerzej: w Europie), ale wiem jedno: skutkuje to późniejszymi problemami z utrzymaniem moczu, załatwianiem się w miejscach wątpliwych moralnie, oraz problemem izolacji seniorów w domu (z racji nietrzymania moczu, między innymi).

PS: tekst o Islandii prawie gotowy, ale najpierw chcę się uporać z reklamacją do Wizz Aira. Na zdjęciu wodospad Gljufrabui.

21/07/2026

23 maja 2026r. odinstalowałam wszystkie social media z telefonu. Na pierwszy rzut poszedł Facebook, Instagram, a następnie poleciał Reddit i Youtube. Tiktoka już dawno się pozbyłam. Zostawiłam komunikatory, bo jest dla mnie ważne aby mieć kontakt z innymi, oraz Metę, aby móc nadal wrzucać posty na "służbowe" konto na FB i IG.

Byłam już zmęczona tym, że telefon mnie wciąga, wiecznie scrolluję i nie mogę się oderwać. Najbardziej zabójcze dla mnie okazały się shortsy i algorytm youtuba. Nie wiem, kiedy mijała kolejna godzina scrollowania. Równocześnie nie działały: próby nałożenia ograniczeń na siebie, budziki, zewnętrzne aplikacje ograniczające czas korzystania, zdrowy rozsądek ani silna wola. Trochę jak w uzależnieniu. Jednocześnie nie mogę przerzucić się na telefon starego typu jak nieśmiertelna Nokia, z powodu konieczności weryfikacji dwuetapowej, dostępu do mObywatela czy przeglądarki. Potrzebuję tych funkcjonalności aby móc się zalogować do systemów dokumentacji medycznej oraz aby móc awaryjnie wystawić pacjentowi receptę lub zwolnienie.

Badania z resztą potwierdzają moje obserwacje. Algorytmy social mediów uzależniają. Tzw. infinite scrolling poprzez mechanizmy zbliżone do hazardowych utrzymują użytkownika przy sobie. Wieczne porównywanie się do innych oraz bycie wiecznie dostępnym powodują obniżenie samopoczucia i rozwój depresji. Coraz większa fragmentacja postów i shortsów sprzyjają powstawaniu trudności z koncentracją.

Nie ograniczyłam zupełnie social mediów, mogę nadal obserwować wartościowych twórców. Robię to obecnie jedynie ze starego laptopa, ale okazuje się, że to mi w zupełności wystarczy. W telefon, który ma się ciągle pod ręką, dużo łatwiej się wsiąka. Laptopa jednak trzeba wyciągnąć, uruchomić, przeglądarkę odpalić, poczekać aż się załaduje strona. Sprawdzam parę wybranych profili i to mi wystarcza. Doświadczam przy tym niewielkiego syndromu FOMO - Fear of Missing Out - strachu, że przegapię coś cennego lub ważnego, ale sobie z nim radzę. Poza tym nagle okazuje się, że mam więcej czasu, aby spotkać się z ludźmi w rzeczywistości oraz... zaczynam znowu odczuwać nudę. Nuda faktycznie może być kreatywna :)

15/07/2026

Z każdej strony dobiega mnie dyskusja o naprawie ochrony zdrowia, więc postanowiłam dorzuć swoje trzy grosze, zwłaszcza, że prezentuję nieco odmienne stanowisko od tego, które przebija się do mainstreamu od innych lekarzy. Organizacja systemu ochrony zdrowia w Polsce wiele razy nieomal doprowadziła mnie do zmiany zawodu. Pierwszy raz, gdy byłam rezydentką anestezjologii i poczułam, że nie tylko nie nadaję się do dyżurowania, ale i pracy w szpitalu ogółem. Drugi raz, gdy kończyłam specjalizację z medycyny rodzinnej. I trzeci raz niedawno, po specjalizacji. Póki co nie umiem nic innego, trzymam się więc zawodu lekarza. Nie znaczy to jednak, że nie widzę problemów.

Część 1. Współczesne społeczeństwo a potrzeby zdrowotne.

System opieki zdrowotnej nie jest zawieszony w próżni, a w społeczeństwie jakie tworzymy. Wydaje się jednak, że współczesny świat zmienia się na tyle szybko, że żadna ochrona zdrowia temu nie podoła. Przede wszystkim zepsuliśmy swój styl życia na przestrzeni ostatnich kilkunastu – kilkudziesięciu lat. Prawie wcale się nie ruszamy, żywność wysokoprzetworzona coraz bardziej dominuje nasz jadłospis, a sen wydaje się naszą najmniej ważną potrzebą. Coraz więcej chorujemy i będziemy chorować coraz więcej na tzw. choroby cywilizacyjne, czyli otyłość, nadciśnienie, cukrzycę, chorobę zwyrodnieniową stawów oraz hipercholesterolemię. Ile by się nie dosypało do studni, jaką są wydatki na ochronę zdrowia, wiecznie będzie mało, dopóki nie odwrócimy trendu w zakresie niekorzystnych zmian w stylu życia. Aby tak jednak się stało, nie wystarczy wskazać palcem i powiedzieć „pani proszę się więcej wysypiać, pan proszę się więcej poruszać, a ty, drogie dziecko, zjedz trochę więcej warzyw”. Zmienić się powinno całe społeczeństwo, zrobić krok w tył albo i dwa. Indywidualne wybory są ważne, ale jeżeli nadal gospodarka będzie gonić za mitycznym wzrostem, promować nadmierną konsumpcję i mierzyć wszystko miarą pieniądza, to nigdy nie zwolnimy, nie wyśpimy się, nie będziemy mieć czasu na budowanie relacji, spacer czy kontemplację. A to właśnie buduje zdrowie.

Mogłabym w tym miejscu rozwinąć temat wpływu zanieczyszczeń środowiska, ale mam wrażenie, że mało kogo to interesuje. Dziwi mnie jednak, że nikogo nie interesuje ani nie oburza sztuczne kreowanie potrzeb zdrowotnych w społeczeństwie. Reklamy leków i suplementów, pakiety niepotrzebnych badań oferowane przez laboratoria, medykalizowanie naturalnych stanów emocjonalnych jak smutek czy nuda. Żałuję, że nie opublikowałam opisu przypadku, gdy uratowałam pacjentce nerki każąc jej odstawić dwie torby(!) różnych suplementów diety. Nie pomagają w tym firmy farmaceutyczne, promując przepisywanie często niepotrzebnych leków oraz mając wpływ na kształcenie lekarzy np. poprzez sponsorowanie większości konferencji. Sztucznie wykreowane potrzeby nakładają się na pogarszający się stan zdrowia i przeciążają system ochrony zdrowia jeszcze bardziej.

Za miarę sukcesu uznaje się powszechnie stan konta oraz liczbę posiadanych aut czy mieszkań, do tego stopnia, że nie przeszkadza nam, że cel uświęca środki. Przyzwalamy więc na pracę jednostek ponad siły, nie patrząc, że po drodze odbija się to na innych. I tak lekarz dyżuruje kolejną dobę, chirurg robi procedurę za procedurą, a internista chwali się liczbą przyjętych(!), a nie wyleczonych pacjentów. Cwaniactwo uznawane jest za zaradność, a wysoki status społeczny powoduje, że lekarze mogą więcej. Bronią się wprawdzie, że „a hydraulik, a kosmetyczka, a budowlaniec, to ile biorą, co? Ile pracują, hę?” i w sumie trudno im się dziwić, bo faktycznie, jak spojrzeć, króluje kultura zapierdolu i zarabiania, często kosztem innych.

Część 2. Jesteśmy społeczeństwem demokratycznym

Może nie jest idealnie i utopijnie, ale mimo wszystko jesteśmy społeczeństwem demokratycznym. Zamieszkujemy jeden kraj, płacimy podatki, mamy prawo do głosowania. Nie rozumiem więc oburzenia części środowiska lekarskiego na postulat jawności zarobków w publicznej ochronie zdrowia. Ja też chcę wiedzieć, jak są wydawane moje pieniądze, w jaki sposób się nimi dysponuje, gdzie się marnuje, a gdzie są np. inwestycją w zdrowie populacji. Nie musi być to imiennie, ale chciałabym wiedzieć jaka jest mediana zarobków na danym oddziale dla lekarzy, pielęgniarek, salowych oraz – a czasem przede wszystkim – dyrekcji szpitala. Dotyczy to zresztą nie tylko sektora ochrony zdrowia.

Jako społeczeństwo mamy prawo do decydowania w jaki sposób chcemy, żeby nasze pieniądze były wydawane. Być może jest to sposób pośredni i ułomny, ale jest. Wiele osób chciałoby oddzielenia prywatnej ochrony zdrowia od publicznej, bo ma dość nadużyć w postaci chociażby krótszej kolejki na oddział dla pacjentów z gabinetów prywatnych. Sama doświadczam konfliktu interesów, gdy nagle do gabinetu prywatnego przychodzi pacjent, którego znam z placówki podstawowej opieki zdrowotnej. Wiem jednak również, że przez ostatnie lata system prywatny i publiczny zrósł się tak bardzo, że jego całkowite oddzielenie będzie wymagać precyzji, przemyślenia i czasu. Być może w międzyczasie sprawdziłby się system, w którym NFZ płaci za wizyty w prywatnych gabinetach tak, jak robią to prywatni ubezpieczyciele, a może warto też wprowadzić nowych publicznych ubezpieczycieli na bazie dawnych kas chorych.

Część osób postuluje, i ja się również wliczam do tej grupy, aby odciążyć trochę system poprzez np. brak konieczności wizyty lekarskiej do wzięcia krótkiego zwolnienia chorobowego. Jeżeli jako społeczeństwo jesteśmy w stanie przełknąć to, że część osób nadużyje tego na rzecz remontu domu lub przedłużonych wakacji – w porządku. Mi to nie przeszkadza, ponieważ znam korzyści jakie takie rozwiązanie mogłoby przynieść. Moglibyśmy też w końcu skończyć z fikcją kolejki pilnej i planowej oraz z zapisami na wizytę do lekarza rodzinnego na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”. W niektórych krajach triażuje się pacjentów podczas rejestracji do poradni tak, aby osoby najbardziej potrzebujące mogły uzyskać pomoc jako pierwsze. W przypadku poradni specjalistycznych decyzję podejmuje lekarz na podstawie skierowania.

W końcu demokratyzacja społeczeństwa obejmuje również kwestię ilości kształconych studentów na kierunkach medycznych. Kierunek lekarski jest drogi, wymaga znacznych nakładów ze względu na dostęp do laboratoriów, szpitali, specjalistów oraz czasu kształcenia. Społeczeństwo ma więc prawo zdecydować ilu lekarzy chce kształcić i jakich specjalistów mieć. Nie uważam jednak, aby miało prawo wymagać od absolwentów posłuszeństwa, czy robić z nich współczesnych niewolników, wysyłając ich w miejsce, w którym nie chcieli by pracować. W końcu w Polsce przymusu pracy nie ma i nikt nie sprawdzda innych absolwentów, czy pracują zgodnie z ukończonym kierunkiem, w jakim kraju to robią i czy ich praca jest wykonywana dla dobra obywateli, czy też nie. Oczywiście możemy z medycyny zrobić wyjątek i zobowiązać absolwentów do odpracowania określonego czasu w ramach publicznej ochrony zdrowia, ale zgodnie z zasadą, że prawo nie działa wstecz, było by to nie w porządku dla obecnych studentów i lekarzy, chociaż mogłoby obejmować przyszłe roczniki.

Część 3. Przełamanie bariery autorytetu

Podczas szkolenia w lotnictwie zachęca się pilotów, aby kwestionowali decyzje kapitana, jeżeli uważają jego decyzje za niewłaściwą. Słusznie się bowiem obserwuje, że zmniejsza to ryzyko popełnienia krytycznego błędu, który może skutkować śmiercią pasażerów. Drudzy piloci zachęcani są do mówienia o swoich obawach oraz proponowania alternatywnych rozwiązań. Zachęca się także pozostały personel, aby mówił otwarcie o ewentualnych nieprawidłowościach, których są świadkami. Wszystko po to, aby poprawić komunikację i bezpieczeństwo pasażerów. Podobne zasady wprowadza się w wojsku, straży pożarnej czy ochronie zdrowia. Ale chyba nie w Polsce.

W Polsce w ochronie zdrowia niejednokrotnie króluje tzw. „bo u nas się tak robi”. Nie Evidence Based Medicine, nie wytyczne, nowe badania naukowe i obserwacje, ale utarte przyzwyczajenia i schematy. Brakuje systemowej zachęty dla młodych lekarzy do wypowiadania swoich opinii, o innych zawodach medycznych nie wspominając. Rządzi hierarchia, a nie partnerstwo. Zwiększa to ryzyko błędu i tuszowania nieprawidłowości, a przecież lekarze, jak i piloci, odpowiadają za ludzkie życie!

W porównaniu do oddziału szpitalnego, praca w podstawowej opiece zdrowotnej wydała mi się oazą swobodnej wypowiedzi. Niedługo po rozpoczęciu pracy, starsi lekarze pytali się mnie, co myślę o pacjencie, czy widzę na zdjęciu RTG coś, czego oni nie dostrzegli, i czy ta dziwna wysypka to przypadkiem nie rozwijająca się ospa wietrzna. Do tej pory, na studiach i na licznych stażach oraz praktykach, pozwalano mi co najwyżej zadawać pytania, a nie wyrażać opinie. Tutaj pielęgniarki aktywnie przejmują inicjatywę w opiece nad pacjentami, a dietetyczka dzieli się swoimi obserwacjami.

W Polsce wciąż panuje przekonanie, że to lekarz musi odpowiadać za wszystko. Nie wolno dać innym zawodom medycznym szerszych kompetencji, bo nie mają odpowiedniej wiedzy. Czy na pewno jednak wynika to z troski o pacjenta, czy może jednak z obawy, że dla lekarza nagle nie zostanie zbyt wiele pracy? Sama mam takie obserwacje, że są dni, w które gdyby wprowadzić powszechny dostęp do fizjoterapeuty, dietetyka oraz psychoterapeuty, nagle odeszłoby mi 75% pacjentów. Może jednak mamy wystarczającą ilość lekarzy, tylko podział obowiązków jest niewłaściwy?

Kolejnym obszarem, w którym przydałoby się przełamać barierę autorytetu jest przekonanie, że tylko specjaliści węższych dziedzin umieją leczyć choroby inne niż przeziębienie. Pisałam o tym już dwa posty temu, że dobry lekarz rodzinny zęby zjadł na takich chorobach jak nadciśnienie, czy cukrzyca typu 2. Na szczęście piramida świadczeń powoli się odwraca, przychodnie podstawowej opieki zdrowotnej przejmują coraz większy ciężar diagnostyki i leczenia na siebie. Daje to możliwość odciążenia przychodni specjalistycznych, które mogłyby się skupić na bardziej skomplikowanych przypadkach. W końcu nie ma potrzeby, żeby większość pacjentów kłaść w celach diagnostycznych na oddział. Stwarza to niepotrzebne koszta, a niewiele jest takich badań, które wymagają noclegu w szpitalu.

Zakończenie

Ze wszystkich strony słyszę proste recepty na poprawę ochrony zdrowia w Polsce, jak na przykład „zwiększyć nakłady” albo „wprowadzić maksymalną stawkę godzinową”, gdy tymczasem sytuacja jest bardziej niż skomplikowana. Polityków i lekarzy cechuje spojrzenie krótkowzroczne, skupione na zysku bądź to w postaci utrzymania władzy, bądź to w postaci zarobku, podczas gdy interesy całego społeczeństwa są ignorowane. Nie żyjemy w izolacji od siebie, jesteśmy zawieszeni w sieci powiązań i zależności. Ciężko za zapaść w ochronie zdrowia obwiniać tylko zarobki lekarzy, skoro sami jako populacja zniszczyliśmy sobie zdrowie oraz promujemy szkodliwe wartości jak korzyści materialne. Równocześnie jako demokracja mamy prawo decydować o tym, jak chcemy, aby ochrona zdrowia funkcjonowała oraz ustalać zasady, które będą służyć ogółowi społeczeństwa, a nie wąskiej grupie wybranych. Chociaż w tym momencie prawdopodobnie narażam się zarówno lekarzom, jak i całej reszcie, takie jest moje zdanie. Cieszę się, że gdy dochodzi do niesprawiedliwości zabieramy głos. Nie warto milczeć, kiedy chodzi o życie każdego z nas.

Dziękuję tym, którzy pomogli mi napisać spójny i stonowany tekst. Pierwotna wersja zawierała w sobie 23 emocjonalne podpunkty.

Miewam takie okresy w życiu, kiedy staram się żyć bardziej świadomie, z troską o planetę. Swego czasu bardzo zainteresow...
14/07/2026

Miewam takie okresy w życiu, kiedy staram się żyć bardziej świadomie, z troską o planetę. Swego czasu bardzo zainteresował mnie ruch Zero/Less Waste, który zakłada ograniczenie produkcji odpadów. Podążanie za tymi ideami okazało się bardzo męczące. Przede wszystkim ogarniało mnie zniechęcenie: poczucie, że współczesny świat produkuje tylko odpady. Te wszystkie rzeczy słabej jakości, rozdmuchana konsumpcja, przywileje dla korporacji. W pewnym momencie już nie wiedziałam: jakie działania są faktycznie racjonalne, a które to eko-ściema, greenwashing. Przez długi czas więc wycofałam się. Żyłam normalnie, jak wcześniej. Ostatnio znowu wracam do bardziej świadomej konsumpcji, tym razem skupiając się nie tylko na planecie ale i zdrowiu.

Jesteśmy organizmami biologicznymi i okazuje się, że wiele działań, które są dobre dla nas, równocześnie służą planecie. I tak:
- jazda na rowerze: zapewnia nam aktywność fizyczną, dzięki której możemy dłużej cieszyć się zdrowiem. Równocześnie nie zanieczyszczamy powietrza. Z podobnej przyczyny lepiej poruszać się transportem publicznym niż samochodowym - wybierając autobus lub kolej zapewniamy sobie więcej ruchu niż siadając za kółko, a jednocześnie generujemy mniejszy ślad węglowy.
- ubrania: te dobrej jakości, które nie trują nas ani planety, są zwykle z materiałów naturalnych jak bawełna, len czy wełna. Te tanie i tandetne zwykle produkuje się z tworzyw sztucznych, które nie tylko mogą być źródłem mikroplastiku ale też oddziaływać niekorzystnie na nasz układ hormonalny.
- naczynia: garnki i patelnie stalowe nie tylko służą przez lata, ale też dzięki braku dodatkowych powłok nie wydzielają trujących drobinek, gdy dochodzi do ich degradacji.
- żywność: zdrowsze jest jedzenie o niskim stopniu przetworzenia oraz opieranie swojej diety w znacznej mierze na roślinach, co także ma przełożenie na zużycie wody i produkcję śladu węglowego.
- ograniczenie konsumpcji, postawienie w zamian na relacje i wspólne spędzanie czasu z bliskimi jest dobre dla naszej psychiki.
- środki czystości: soda oczyszczona czy ocet (tylko nie łączcie ich razem ze sobą, błagam!) będą często równie skuteczne, a nie zawierają tylu toksycznych substancji co sklepowe środki do czyszczenia.

To tylko część przykładów, ale mam nadzieję, że główna idea jest czytelna. Nie stoimy w opozycji do przyrody ale jesteśmy jej częścią. Zachowania i substancje, które są dla nas zdrowe, zwykle okazują się także korzystne dla planety. Należy też mieć świadomość, że nie wszystko co "naturalne" jest dobre. Przez lata ludzie truli się rtęcią lub ołowiem. Czasami ciężko się w tym wszystkim połapać, a nie każda organizacja która ogłasza się jako ekologiczna ma dobre intencje. Ostatnio w tym celu przeczytałam "Rok W Zdrowym Domu" Sylwii Panek, chemiczki, która zrobiła dobrą robotę starając się podejść do tematu w zgodzie z badaniami naukowymi.

10/07/2026

Na fali ostatnich doniesień o nieprawidłowościach w ochronie zdrowia, chciałabym zwrócić uwagę jak powinna wyglądać wizyta u lekarza rodzinnego, czyli tzw. "lekarza pierwszego kontaktu".

Po pierwsze, nie wszyscy lekarze pracujące w przychodni POZ (Podstawowa Opieka Zdrowotna) są lekarzami rodzinnymi. Lekarze rodzinni mają specjalizację z medycyny rodzinnej, która trwa 4 lata, zakłada odbycie szeregu staży i kursów oraz kończy się zdaniem Państwowego Egzaminu Specjalizacyjnego. Część lekarzy to: interniści (skończyli specjalizację z medycyny wewnętrznej) oraz specjaliści pediatrii. Pozostali to zwykle lekarze bez specjalizacji lub rezydenci innych specjalizacji, którzy chcą sobie dorobić. Z tego wynika, że lekarz w POZ lekarzowi nierówny.

Specjalizacja z medycyny rodzinnej obejmuje niemal wszystkie dziedziny: internę, pediatrię, chirurgię, geriatrię, psychiatrię, laryngologię, dermatologię, okulistykę, ortopedię itp itd. W założeniu lekarz rodzinny jest w stanie pomóc w podstawowym zakresie w każdej jednostce chorobowej, a w sytuacji kiedy sytuacja tego wymaga - kieruje do specjalisty. Niedopuszczalne dlatego dla mnie jest, aby lekarz w przychodni POZ leczył skierowaniami.

Są jednostki chorobowe, na których lekarze rodzinni zjedli zęby. Są to między innymi nadciśnienie tętnicze, cukrzyca typu 2, hiperlipidemia, POChP, astma oskrzelowa, niedoczynność tarczycy, zwyrodnienie kręgosłupa, wszelkiego typu infekcje, w tym te dotyczące uszu. Dobry lekarz rodzinny nie ma potrzeby, aby kierować każdego pacjenta z wyżej wymienionym rozpoznaniem do specjalisty, zwłaszcza w dobie opieki koordynowanej, która zapewnia szerszy dostęp do diagnostyki w warunkach POZ. Nie wszyscy z nas czują się pewnie w każdej dziedzinie, więc ja np. pacjentów pulmonologicznych kieruję do specjalistów statystycznie częściej niż innych.

Wielu pacjentów dziwi się, że gdy przychodzi z bólem ucha, ja wyciągam otoskop (latarka do badania uszu z wymiennymi końcówkami), stawiam diagnozę i ordynuję leczenie. Oczekiwali skierowania do laryngologa! Przepraszam bardzo, ale będąc laryngologiem wolałabym się skupić na leczeniu bardziej skomplikowanych jednostek chorobowych niż zapalenie ucha wewnętrznego/środkowego/zatok/migdałków itp. Jeżeli Wasz lekarz rodzinny nie umie korzystać z otoskopu zastanówcie się, czy chcecie do niego chodzić. Jest to podstawowa umiejętność wymagana przez program specjalizacji.

Podobnie z oczami - proste zapalenie spojówek lub jęczmień nie wymagają skierowania. Zwyrodnienie kręgosłupa? Proszę bardzo, wykluczamy w RTG poważne patologie i kierujemy na rehabilitację. Zaburzenia nastroju lub lękowe? Wielu pacjentów boi się iść do psychiatry, jestem więc ich lekarzem, aż nie zmienią zdania/dolegliwości nie ustąpią. Skręcenie stawu skokowego (tzw. kostki)? O ile nie podejrzewam złamania awulsyjnego, to w 99% przypadków ortopeda nie powie Wam nic więcej niż ja.

Nie bronię jednak dostępu do innych specjalistów (chociaż może powinnam?). Jeżeli widzę, że ktoś mi nie ufa, albo upiera się na kolejną konsultację, wydaję skierowanie, ponieważ uważam, że pacjent ma prawo do drugiej opinii. Nierzadko kończy się to "przyklepaniem" mojego rozpoznania i leczenia przez specjalistę węższej dziedziny lub... rozczarowaniem pacjenta, który dowiedział się od niego mniej niż ode mnie. Ja mam bowiem ten komfort, że mam możliwość widzenia się z pacjentem dużo częściej, niż lekarze w poradniach specjalistycznych, znam dokładniej jego historię choroby, a osobiście lubię gadać i edukować :D

Dużym problemem w POZ jest to, że dostęp do szerszej diagnostyki jest mocno limitowany. Z jednej strony mnie to nie dziwi, ponieważ w Polsce jest moda na "nad-diagnostykę", co nie tylko generuje koszty, ale też może być szkodliwe (kiedyś o tym napiszę). Z drugiej strony mocno mnie to irytuje, bo jeżeli radiolog pisze mi: "zmiana do weryfikacji w TK", to chciałabym móc ten tomograf zlecić, a nie kierować pacjenta do chirurga generując kolejkę. Nie mogę np. pokierować pacjentów na densytometrię (badanie gęstości kości), o rezonansie nie wspominając. Nawet dostęp do USG jest ograniczony, a czasami wystarczyłoby proste przyłożenie głowicy, aby zweryfikować, czy ten guzek to tłuszczak czy może coś niepokojącego (dlatego chciałabym się nauczyć USG we własnym zakresie, ale NFZ nie będzie mi za to płacić).

Innym problemem jest frustracja na brak własnych umiejętności. Koledzy na Zachodzie wycinają proste znamiona, na co dzień robią dermatoskopię albo badanie dna oka. W teorii i ja mogę - mój program specjalizacji obejmował i takie zagadnienia. W praktyce jednak nie mam do tego sprzętu ani czasu. Być może będzie się i to zmieniało. Wolałabym, aby lekarz rodzinny miał pod opieką mniej pacjentów, dłuższy czas wizyty, z możliwością, aby naprawdę zająć się pacjentem całościowo. Obecnie lekarz może zebrać deklarację aż od 2750 pacjentów! Gdybym miała pracować z pełną listą jako ich jedyny lekarz, nie wiem czy starczyłoby do tego 10 godzin dziennie i to przy założeniu, że nie miałabym 15 minut na pacjenta a 10...

07/07/2026

Czytam o tych wszystkich ostatnich aferach w ochronie zdrowia i wiem jedno: to czubek góry lodowej, a moja decyzja aby trzymać się z dala od szpitali była słuszna. Mimo to, wielokrotnie doświadczałam wypalenia zawodowego, głównie z powodu przyczyn systemowych i narastającego poczucia frustracji.

Gdy słyszę o oszustwach kolejnych lekarzy (bo nie ma na to innego słowa) z jednej strony myślę o sobie "jaka ze mnie frajerka", ale z drugiej strony czuję dumę, że mogę spojrzeć sobie w lustro bez wstydu. Frajerka, bo mogłam też zakręcić się to tu, to tam, coś tam nagiąć, coś inaczej zaraportować i też odliczać miliony na koncie. Z resztą byłam już w sytuacji kiedy pracowałam (uczciwie - ale frajerka!) po 250 godzin miesięcznie, pieniądze przyrastały, a ja stawałam się coraz bardziej nieszczęśliwa (oraz niewyspana i mniej skupiona). Mówi z resztą o tym przysłowie "pieniądze szczęścia nie dają" co jest częściową prawdą, tj. pieniądze są ważne, gdy się ich nie ma, a potem zaczynają generować problemy.

Spotykałam lekarzy, którzy dyżurowali tak dużo (uczciwie, ale pytanie co z jakością ich pracy), że stać ich było na najbardziej wypasione fury i domy - ale co z tego, skoro większość czasu spędzali w szpitalu, a poza dyżurami zaczynali wpadać w alkoholizm. W środowisku medyków popularne jest przechwalanie się, kto w jakim hotelu spał na wakacjach albo ile kosztowała kolacja (podsłyszane na licznych stażach i praktykach w szpitalach) - trudno czasem usłyszeć, co zwiedzili lub czego doświadczyli. Na szczęście stworzyłam wokół siebie banieczkę lekarzy, którzy są dobrzy w tym co robią, przeskakujące dolarki nie przyćmiły im mózgu, rozwijają się w wielu kierunkach i można prowadzić z nimi interesujące rozmowy. Tym bardziej więc przeżywam szok z każdą kolejną medialną informacją, która pokazuje skalę nadużyć ze strony innych lekarzy.

Czy wiecie, że zdarzyło mi się stracić pacjentów, bo przyjechałam na wizytę w ramach hospicjum domowego rowerem? Rodzina była zdegustowana, wypisali się. Innej natomiast nie przeszkadzało moje obdrapane Renault Megane (spoczywaj w pokoju) i płacili horrendalną(!) stawkę (która tylko w części wpływała do mnie), żebym do nich przyjeżdżała. Teraz zaszalałam, bo po śmierci Meganki kupiłam nowiusieńką Toyotę Corollę (jeszcze przez 2 lata będę ją spłacać). Samochód ten wzbudza nie tylko zażenowanie u części lekarzy, ale też co bogatszych znajomych, bo jest za "skromny". Ale ja postanowiłam, że nie będę pracować ponad siły po to, aby stać mnie było na auto, na które mnie nie stać (a bądźmy szczerzy - większości społeczeństwa nie stać na nowy samochód). Myśl o tym, że mogłabym oszukiwać, aby wysępić więcej kasy od państwa, nawet nie przyszła mi do głowy (fra-jer-ka).

Nie potrafię też zwiększyć stawki za wizyty prywatne - czuję, że tak jak jest, jest uczciwie (znowu się frajerzę? Znajomi biorą więcej!). Staram się nie mnożyć niepotrzebnie wizyt, pomagam poza godzinami pracy na komunikatorach/przez maila. Większości pacjentów to odpowiada, chociaż znajdą się jednostki, które chciałyby jeszcze bardziej mnie nagiąć - gdyby nie konieczność prowadzenia dokumentacji i profesjonalizmu, pewnie bym się dała. Zaczynam narzekać na nadmiar pacjentów.

Obecny system ochrony zdrowia boryka się z tym, że obecnie wielu dyrektorów placówek stoi przed wyborem: zatrudnić słabego lekarza, albo nie zatrudnić żadnego. Ten tekst brzmi, jakbym chciała uchodzić za wyjątkową, ale takich wyjątkowo-normalnych lekarzy jest bardzo dużo. Zwykle chowamy się w spokojnych przychodniach, albo zaszywamy się w kącie na oddziale, na którym warunki pracy są znośne. Jeździmy na kursy, konferencje, dokształcamy się; często nie mamy już siły i jesteśmy zmęczeni, bo nierzadko jest tak, że mamy podwójną robotę - musimy się zająć pacjentem, który już nie raz odbił się od innego lekarza bez pomocy. Na szczęście coraz głośniej mówi się o konieczności oczyszczenia środowiska oraz powraca temat o ograniczenie czasu pracy do jednego etatu (ok 48 godzin tygodniowo licząc z dyżurami).

Ostatnio czytam zafascynowana o terapii ACT - akceptacji i zaangażowania. Jednym z kluczowych „zwrotów” są wartości.Każd...
27/06/2026

Ostatnio czytam zafascynowana o terapii ACT - akceptacji i zaangażowania. Jednym z kluczowych „zwrotów” są wartości.
Każdy z nas kieruje się jakimiś wartościami w życiu, jak np. rodzina czy sprawiedliwość. Problemem jest to, że nie zawsze zdajemy sobie do końca sprawę jakie to są wartości i czasami podążamy ku czemuś, co nie do końca wynika z nas samych, a zostało nam narzucone przez innych. Takim przykładem może być na przykład skupienie się na wyglądzie zamiast na zdrowiu.

Na fali ostatnich afer z lekarzami widać, że nie każdy w tej grupie zawodowej kieruje się dobrem pacjenta. Podążanie tylko i wyłącznie ku osobistemu zyskowi finansowemu jest z resztą przywarą wielu ludzi, z różnych środowisk i o różnym wykształceniu. Nawet machina jaką jest system opieki zdrowotnej zdaje się zapominać, że jej głównym celem jest dbanie o dobrostan nas, ludzi, a nie o wskaźniki, cyferki czy wydumane rezultaty.

Wśród wartości którymi ja kieruję się w życiu jest m. in. właśnie zdrowie. Ułatwia to robienie zakupów, nie tylko spożywczych ale i np. ubraniowych (wybieranie naturalnych materiałów) czy drogeryjnych (kosmetyki bez mikroplastiku). Prościej też podejmować decyzje, zwłaszcza w dni takie jak ten. Przy tej fali upałów, najlepszą zdrowotną decyzją jaką mogę podjąć jest leżenie w cieniu. Zwykle unikam wody butelkowanej i piję kranówkę, ale ostatnimi dniami mam ochotę na wodę wysokozmineralizowaną w dużej ilości, więc ją wyjątkowo kupuję. Tak, jak zwykle się lenię, tak teraz lenię się na całego.

Część ludzi musi niestety pracować. Jeżeli jednak nie jesteście w tej grupie dołączcie i do mnie. Olejcie brudną podłogę czy nieskoszony trawnik i leńcie się ze mną.

Na ochłodę mroźne zdjęcia :)
*jedno z parkrun Toruń

Przed nami fala upałów. Pamiętajcie o nawodnieniu i ochronie przed słońcem! W taką pogodę warto unikać narażenia na prom...
23/06/2026

Przed nami fala upałów. Pamiętajcie o nawodnieniu i ochronie przed słońcem! W taką pogodę warto unikać narażenia na promienie słoneczne za wszelką cenę. W czasie ekstremalnych upałów polecam nie tylko nakrycie głowy, ale i zasłonięcie całego ciała przewiewnymi, luźnymi i lekkimi tkaninami (najlepiej naturalnymi). W ten sposób unikniemy bezpośredniego nagrzewania skóry przez słońce. Sprawdzić się też może... parasol. Jego nazwa w końcu pochodzi od ochrony przed słońcem! Na pustyni zasłania się też często twarz, aby uniknąć parowania wody przez usta, ale tam jest zwykle bardzo sucho. Warto mieć gdzieś z tyłu głowy i takie rozwiązanie.

Zadbajcie także o to, aby i Wasze mieszkanie/dom się nie nagrzewał, więc zasłońcie rolety a w nocy otwierajcie okna. Zapewnijcie dostęp do wody zwierzakom a i sami zabierajcie ze sobą wszędzie wodę. W miarę możliwości lepiej nie wychodzić w godzinach 10-15. Zwróćcie uwagę na seniorów i małe dzieci. Odwodnienie jest jedną z najczęstszych przyczyn majaczenia u osób starszych, które mają problem z odczuwaniem pragnienia.

Na zdjęciu ja w Maroko, 2023 r.

W sobotę wzięłam udział w mini-konferencji w Toruniu "Najnowsze zalecenia PTLO 2026", gdzie przedstawiono najnowsze wyty...
22/06/2026

W sobotę wzięłam udział w mini-konferencji w Toruniu "Najnowsze zalecenia PTLO 2026", gdzie przedstawiono najnowsze wytyczne z zakresu leczenia choroby otyłościowej. Wskazano na konieczność kompleksowego zajęcia się pacjentem - samo wystawienie recepty na silnie działające leki to błąd. Należy odszukać przyczynę choroby, zdiagnozować ją i wdrożyć odpowiednie postępowanie, najlepiej wspólnie z zespołem terapeutycznym, na który składa się m. in. dietetyk, psycholog i fizjoterapeuta. Fenotypowanie może być w tym pomocne - polega na podzieleniu pacjentów na grupy np. "głodny mózg" lub "wolne spalanie", chociaż prace w tym zakresie jeszcze trwają. Jest to z resztą zgodne z tym, co obserwuję w gabinecie - inaczej podejdę do osoby u której dominuje jedzenie emocjonalne, a inaczej do osoby u której przeważają problemy metaboliczne (treningu siłowy witaj). Silną dyskusję wywołało dalsze zawieszenie programu KOS-BAR, "utknięcie" procedowania powstania nowej umiejętności lekarskiej jaką jest obesitologia (obecnie jedyną możliwością nauki w tym zakresie dla lekarzy jest zrobienie certyfikacji w PTLO) oraz braku nadziei na refundację leków. Cóż, znowu zamiast stawiać na profilaktykę i zajęcie się podstawami, państwo woli leczyć powikłania choroby otyłościowej jak cukrzyca, nadciśnienie czy zdarzenia sercowo-naczyniowe 🤷‍♀️

Każdy z uczestników konferencji dostał zalecenia w formie papierowej. Są prawie dwa razy grubsze niż poprzednie, więc zapoznanie się z nimi trochę mi zajmie :) W wersji internetowej chyba jeszcze się nie ukazały, to świeża sprawa, ale jak się pojawią to podzielę się linkiem.

Adres

Torun
87-100

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Katarzyna Opalach - specjalista Medycyny Rodzinnej umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij