17/04/2026
Za kłótnią często stoi coś dużo bardziej kruchego.
Czasem para patrzy na swoje kłótnie i myśli: skoro reagujemy na siebie aż tak mocno, to może z nami naprawdę jest już bardzo źle. Może do siebie nie pasujemy? A jednak intensywność konfliktu nie zawsze mówi o końcu relacjii. Bardzo często mówi o bólu, który nie umie jeszcze wybrzmieć inaczej.
Zdarza się, że pary przychodzą do gabinetu przerażone intensywnością swoich kłótni. Krzyk, wzajemne pretensje, wycofanie, trzaskanie drzwiami czy dni milczenia. To bywa trudne, wyczerpujące i budzi ogromny lęk. Często słyszę wtedy pytanie, w którym kryje się wiele niepewności: "Czy z nami jest aż tak źle, skoro tak bardzo na siebie reagujemy? Czy jest w ogóle dla nas nadzieja?".
W procesie terapeutycznym patrzymy na to z innej strony. Myślimy raczej:
"Gdzie jest dym, tam jest ogień".
Ta nasza reaktywność – wybuchy złości, nagłe chłodne milczenie, czy ostre słowa – to właśnie dym. Jest widoczny, gryzący, przesłania widok i często to on skupia całą naszą uwagę. Próbujemy go "rozgonić", uspokoić, wyciszyć. Ale dym nie bierze się znikąd. Pod spodem zawsze jest ogień.
Tym ogniem w relacji jest zazwyczaj ból. To lęk o to, czy wciąż jestem dla ciebie ważna. To strach przed odrzuceniem, poczucie osamotnienia w związku albo obawa, że nie jestem wystarczająco dobry. Im większy ogień tych trudnych, wrażliwych uczuć pod spodem, tym więcej dymu na zewnątrz.
Kiedy patrzymy na kłótnię w ten sposób, przestajemy walczyć tylko z objawami. Zamiast oceniać "kto głośniej krzyczał", zaczynamy interesować się tym, co płonie pod spodem. To nie znaczy, że kłótnie stają się przyjemne. Ale ta perspektywa daje nadzieję – bo tak silna reakcja oznacza, że wciąż nam na sobie zależy. Obojętność jest cicha. Walka, nawet ta trudna, to często rozpaczliwe wołanie o zauważenie i bliskość.