26/05/2026
„Dziękujemy wszystkim Mamom. Psychoterapeuci”.
Taki tekst krąży w tym dniu po social mediach. Trochę żartem, trochę serio. Czytam go i myślę sobie, że jest w nim coś bardzo prawdziwego, ale też coś, co łatwo źle zrozumieć.
Bo dość często słyszę opinię, że terapia „psuje relacje”, „nastawia przeciwko rodzicom”, „każe zerwać kontakt z matką” albo „robi z mamy winowajczynię wszystkiego”.
Hmmm🤔
Rozumiem, skąd może brać się taki lęk. Terapia rzeczywiście dotyka spraw najbliższych.
Czasem tych, które były przykryte zdaniem: „przecież nic takiego się nie stało”. Czasem tych, które bolały, ale nie miały prawa boleć, bo „mama się przecież tak starała”, „miała ciężko”, „dała z siebie wszystko” i... Tu każdy mógłby wstawić swoje.
A jednak dobra terapia nie polega na tym, żeby kogoś od razu oskarżyć.
Nie chodzi o to, żeby zburzyć obraz matki.
Ale, uwaga...
Nie chodzi też o to, żeby go za wszelką cenę ochronić.
Chodzi o to, żeby zobaczyć pełniej.
Mamę jako człowieka.
Dziecko jako kogoś, kto naprawdę potrzebował.
Relację jako coś żywego, złożonego, często pełnego miłości, ale czasem też pełnego braku, napięcia, lęku, zależności, lojalności, poczucia winy.
W terapii nie szukamy prostego wyroku: dobra matka, albo zła matka. To byłoby zbyt łatwe. I zbyt niedojrzałe.
Dojrzała praca terapeutyczna próbuje wyjść poza dwa skrajne ruchy: idealizację i dewaluację.
Poza idealizację, czyli myślenie: „mama była wspaniała, więc nie wolno mi czuć żalu”.
I poza dewaluację, czyli myślenie: „skoro mnie zraniła, to wszystko było złe”.
Przypuszczam, że tak jak ja, Ty również dobrze wiesz, że zycie zwykle nie jest takie proste.
Można być wdzięcznym i jednocześnie czegoś nie dostać.
Można kochać i nie móc znieść.
Można rozumieć historię swojej mamy i nie unieważniać własnego bólu.
Można widzieć jej wysiłek, a jednocześnie uznać, że dziecko w nas było samotne, przestraszone albo przeciążone.
To jest ważny temat szczególnie w Dniu Matki, bo właśnie dziś bardzo łatwo wpaść w obowiązkowy język wdzięczności. W piękne słowa, kwiaty, zdjęcia, życzenia. I dla wielu osób to jest prawdziwe, ciepłe, dobre.
Ale są też tacy, dla których ten dzień jest bardziej skomplikowany.
Bo mama żyje, ale relacja boli.
Bo mamy już nie ma, a zostały niewypowiedziane zdania.
Bo było dużo miłości, ale też dużo lęku.
Bo trudno złożyć życzenia bez poczucia, że zdradza się siebie.
Bo ciało pamięta więcej niż rodzinne opowieści.
Bo...
Czy terapia czasem prowadzi do większego dystansu wobec rodzica? Tak, czasem tak się dzieje.
Bywają sytuacje, w których człowiek zaczyna czuć, że dotychczasowy sposób bycia w relacji bardzo go obciąża. Ze potrzebuje więcej oddechu, wyraźniejszych granic albo czasu, żeby w ogóle rozpoznać, co naprawdę przeżywa. Nie zawsze od razu wiadomo, co jest potrzebne. Nie zawsze da się to nazwać jednym zdaniem.
Właśnie po to jest terapia.
Żeby nie działać z impulsu.
Żeby nie podejmować decyzji wyłącznie z lęku, złości albo poczucia winy.
Żeby spokojnie przyglądać się temu, co w tej relacji jest troską, co obowiązkiem, co lojalnością, co dawnym lękiem, a co realną potrzebą ochrony siebie.
Czasem w tym procesie pojawia się potrzeba większego dystansu. Czasem potrzeba granic. Czasem potrzeba rozmowy. Czasem żałoby po tym, czego nie było. A czasem, po lepszym zrozumieniu siebie i drugiej strony, relacja staje się możliwa w bardziej dorosłej, mniej uwikłanej formie.
Ale z mojego doświadczenia i z doświadczenia długoletnich terapeutów wynika, że oddalenie nie jest celem terapii. I nie jest też najczęstszym finałem.
Dużo częściej terapia nie zrywa relacji, tylko zmienia sposób bycia w relacji.
Człowiek przestaje być dzieckiem, które musi zasłużyć.
Przestaje tłumaczyć się z każdego wyboru.
Przestaje brać odpowiedzialność za emocje dorosłego rodzica.
Zaczyna mówić „nie” bez natychmiastowego poczucia winy.
Zaczyna widzieć, gdzie kończy się miłość, a zaczyna lęk.
Gdzie jest troska, a gdzie kontrola.
Gdzie jest więź, a gdzie uwikłanie.
I to bywa dla rodziny trudne.
Bo kiedy jedna osoba zaczyna zdrowieć, cały system musi się jakoś do tego odnieść. Ktoś, kto dotąd milczał, zaczyna mówić. Ktoś, kto zawsze ustępował, zaczyna stawiać granice. Ktoś, kto nosił w sobie winę, zaczyna pytać, czy naprawdę była jego.
Z zewnątrz może to wyglądać jak „terapia popsuła relację”.
A czasem prawda jest taka, że terapia tylko pokazuje, na czym ta relacja od dawna się opierała.
Na lęku.
Na zależności.
Na niewypowiedzianym żalu.
Na obowiązku bycia „dobrym dzieckiem”.
Na przekonaniu, że miłość wymaga rezygnacji z siebie.
Dobra terapia nie odbiera matki.
Pomaga zobaczyć ją bardziej prawdziwie.
Nie jako świętą.
Nie jako potwora.
Jako kobietę z historią, ograniczeniami, ranami, zasobami, odpowiedzialnością i wpływem.
I pomaga zobaczyc siebie. Nie jako niewdzięczne dziecko, ale jako człowieka, który miał prawo potrzebować czułości, bezpieczeństwa, uwagi, ukojenia i granic.
Myślę sobie, że może właśnie za to psychoterapeuci mogą dziś „dziękować mamom”: nie w sensie ironicznego oskarżenia, ale w uznaniu, że pierwsza relacja naprawdę ma znaczenie.
Nie po to, żeby całe życie tłumaczyć mamą.
Ale po to, żeby przestać całe życie nieświadomie powtarzać to, co kiedyś było jedynym sposobem przetrwania.
Bo terapia nie musi prowadzić do oddalenia.
Czasem prowadzi do pierwszej naprawdę dorosłej relacji.
A czasem pomaga spokojnie uznać, że tam, gdzie brakuje miejsca na szacunek, granice i prawdę, większy dystans nie musi być karą.
Może być formą troski o życie.