22/07/2026
Dokąd tak pędzisz człowieku..?
Tam niczego nie ma.
To, co ma najwiekszą wartość, wszystko, czego szukasz, znajduje się dokładnie w przeciwnym kierunku - w środku, nie na zewnątrz.
Przez wiele minionych lat byłam przekonana, że życie ma dla mnie COŚ i to COŚ jest GDZIEŚ TAM, poza mną, a ja tylko potrzebuję to znaleźć, zdobyć, połączyć się z tym, zsynchronizować czy zmaterializować, jak kto woli i wierzy, do wyboru. 😉 I oczywiście świadomie myślałam inaczej ale podświadomie ciągle parłam naprzód, kiedyś za totalnymi pierdołami typu sukces w pracy i mieszkanie, uznanie, później za formami bardziej wysublimowanymi, też takimi, na jakie łatwiej się nabrać, czyli za marzeniami, pasjami, wizjami serca. Mój umysł tworzył kolejne projekty do zrealizowania, piękne, uduchowione, a w istocie z klasyki gatunku "jak to zrobię, to wtedy... (uzupełnij wolne miejsce wedle prawdy własnych doświadczeń)".
Jak pociąg się wykoleja to naprawdę nie ma dla nikogo żadnego znaczenia dokąd jechał. Jest akcja ratownicza i liczenie ocalałych. A później liczenie strat. Jeszcze później ich przeżywanie. A później, z czasem, są refleksje i echo ucieleśnionych przeżyć, bardzo osobiste, intymne. Tylko serce będąc najbliżej siebie samego zna je naprawdę. I ciało. Obolałe, powstające. To, które przeżyło i które żyje, w którym nadal bije serce i płynie oddech. I czasem jeszcze najbliżsi, bezpieczni ludzie, jeśli się ich ma wokół siebie.
One niosą szansę na oddech do tego wszystkiego, za czym się biegło, na wybór kierunku bardziej świadomie, na popatrzenie z lotu ptaka, szerzej na wszystko, co już jest za i na pragnienia, które jeszcze przed chwilą były przed, ale przeistoczyły się w mgłę, która władnie opada.
Ostatni rok jest dla mnie taki.
Przełomowy.
Przewrotowy.
Zeszłam tam, gdzie nie byłam nigdy wcześniej.
Gwoli ścisłości. Najpierw spadłam a później było już schodzenie półświadome i świadome.
Najgłębiej jak dotąd.
Uczciwie wobec siebie i szczerze wobec innych. Według mojej oceny i możliwości na ten moment.
Łącząc się z tym, co najciemniejsze.
Rozbrajając ogrom wstydu i dotykając największych lęków.
Odkrywając części siebie, których nigdy nie nazwałam, bo nie wiedziałam, że są moje, nie utożsamiałam się z nimi.
Poznając siebie od stron, z których nigdy nie miałam okazji siebie oglądać.
Ucząc się wielu aspektów siebie totalnie od nowa.
W zdumieniu, przerażeniu, zachwycie a czasem mieszance tychże.
Uruchamiając niebotyczne pokłady mocy.
Doświadczając ogromnych strat, rozpieprzenia w drobny mak iluzji świata, z którym się utożsamiałam, ale też poruszającego powrotu do prostoty, głębi ludzkiej, zwykłej i dostępnej obecności, przypomnienia miłości, ożywienia mocy rodu, i surowości prawdy.
Ponad rok temu zatrzymało mi się wszystko i po długim czasie ratowania i tracenia, po ogromnej intensywności, pomału pojawia się ruch, a życie ostrzem brzytwy weryfikuje ruchy, które są starą destrukcją i odsiewa je od tych, które są dobre dla ciała i służą życiu.
Jedyną puentą jest teraz obecność.
Oddycham, moje serce bije, widzę fontannę tryskającą wodą.
To wszystko żyje.
Coś sprawia, że moją uwagę kieruję na niuanse, małe, drobne, proste.
Może coś tu będzie tym, co dotknie Twojego serca, obudzi coś w umyśle.