03/06/2026
Kocham swoje odbicie w lustrze, lubię się sobie przyglądać. Kiedyś w życiu bym się do tego nie przyznała publicznie. Bo to próżne. Bo jestem mądra. Bo żeby udowodnić swoją wartość, zawsze musiałam pokazać, że jestem więcej niż śliczna buźka. Najgorsze, co można było mi powiedzieć to, że dostałam coś “za ładne oczy”.
Ale po tym jak tę twarz straciłam i odzyskiwałam krok po kroku, wiem jak wiele dla mnie znaczyła i znaczy. Wiem, co to znaczy przerazić się patrząc na siebie w lustro, bo wydaje się, że jeszcze wczoraj wyglądałam inaczej: młodziej, jędrniej, ładniej, a dzisiaj nagle zarysowała się zmarszczka między brwiami, pogłębiły się brudzy nosowo-wargowe, opadły powieki. Wiem, co to znaczy panicznie szukać rozwiązań na teraz, na wczoraj, na już, żeby tylko nie widzieć tego, co już rzuciło się w oczy lub ktoś “życzliwy” zwrócił uwagę.
Odbudowywałam pewność siebie krok po kroku. Najpierw rzeczywiście histerycznie masowałam się codziennie, starając się jak najszybciej “naciągnąć to, co opadło”. Teraz już nie walczę ze sobą, wiem, że autoagresja tylko opóźnia efekty i rozumiem, jakie procesy stoją za każdą zmianą.
Masuję twarz dwa razy na tydzień po godzince. Jeszcze godzinę w tygodniu poświęcam na mobilizację barków i ćwiczenia oddechowe, i kolejną godzinę na stopy, nogi, pośladki, brzuch, utrzymanie miednicy w neutralnej pozycji. Robię to razem z moją niezawodną grupą w online klubie, która cztery dni w tygodniu czeka na mnie z drugiej strony kamery lub ćwiczy z nagraniami, które zostają po treningach.
Nie pozwalam, żeby rysy zatraciły się pod ciężarem obrzęków, podbródek opadł pod ciężarem języka, brwi zjechały w dół pod ciężarem mięśnia czołowo-potylicznego w wyniku wysuwania się głowy i garbienia się. Pilnuję, żeby w mięśniach żucia i w ustach nie gromadziło się napięcie.
Nie chodzi mi o to, żeby nigdy się nie zestarzeć. Nie boję się zmarszczek, nie boję się tego, że skóra zrobi się cieńsza, a włosy siwe, ale zdecydowanie nie chcę znowu stracić otwartych oczu, wyrazistej linii żuchwy, symetri