09/06/2026
André-François Raffray szacowny notariusz z Arles w Prowansji uważał, że zrobił interes życia. I w pewien sposób się nie pomylił.
Jeanne Calment miała bardzo ładne mieszkanie nad sklepem w centrum miasta, które chciała sprzedać. Na dodatek miała 90 lat.
Te dwa czynniki przekonały go, aby podpisać z nią umowę dożywocia.
Czyli kwadrat jest jego, ale Jeanne może tam mieszkać do swojej śmierci. Na dodatek co miesiąc André miał jej wypłacać 2500 franków. Całkiem sporo, bo średnie wynagrodzenie we Francji wynosiło wtedy około 1500-2000 franków miesięcznie
Raffray szybko policzył, że inwestycja zwróci mu się w dziesięć lat. Bo Jeanne ile mogła pożyć? Pięć lat? Nie więcej.
(Oczekiwana długość życia Francuzki wynosiła wtedy 74,5 roku, jeśli dożyła 90 lat - to wydłużała się do 95 roku).
Liczby nie kłamią, prawda? Prawda???
Notariusz zdziebełko się pomylił. Bo Jeannenie nie zmarła po pięciu latach. Płacił dalej. Po dziesięciu też nie. Płacił dalej. Ani po 15. Tak, płacił dalej.
Notariusz nie wiedział, że miał monstrualnego pecha, i że liczby i statystyka go oszukały. Nie wiedział, ze Jeannenie miała zostać najdłużej żyjącym człowiekiem w historii. Notariusz wypłacał rentę przez 30 lat. W końcu zmarł, mając lat 77.
Nigdy nie spędził w "swoim" mieszkaniu ani jednej nocy.
Wdowa po rejencie przejęła spłaty. Jeanne odmeldowała się do krainy wiecznych emejzingów mając 122 lata i 164 dni.
Paliła jednego papierosa dziennie aż do 117. roku życia. Co tydzień zjadała kilogram czekolady. Codziennie piła kieliszek wina. W wieku 85 lat zaczęła uprawiać szermierkę. Na rowerze jeździła do setnych urodzin.
Jej życie było... pełne. Doświadczyła właściwie wszystkiego.
Mając 13 lat spotkała Vincenta van Gogha w Arles. Robił akurat zakupy w sklepie jej wuja. Kupował płótna do obrazów. Była ostatnią żyjącą osobą, która mogła o malarzu opowiedzieć na podstawie własnych doświadczeń. Stwierdziła, że był brzydki, schorowany i nieuprzejmy. Kiedy nakręcono o van Goghu film, stała się najstarszą kobietą, którą pokazano na ekranie.
To były czasy, kiedy młoda dziewczyna uczyła się do 16 roku życia, a później to miał być już ślub i dzieci.
Calment, która była typową chłopczycą, zaczęła buntować się przeciw tym schematom już od najmłodszych lat.
W katolickiej szkole dla dziewcząt uczyła się matematyki, nauk przyrodniczych i szycia, a dodatkowo pobierała prywatne lekcje gry na fortepianie.
Mając 21 lat wyszła za mąż za swojego kuzyna, bogatego właściciela sklepów. Majątek męża pozwolił jej na to, aby nie przejmować się prozą rzeczywistości. Nie pracowała. Pierwszy rok małżeństwa spędzili na podróżach. Chodziła do teatru i opery, grała w tenisa, jeździła na wrotkach i łyżwach.
Mąż nie narzucał żonie tradycyjnej roli ani nie oczekiwał, że będzie odpowiadać stereotypowemu wizerunkowi kobiety.
Zaczęła palić po ślubie (skandal).
Od męża nauczyła się polować. Razem zabierali swojego spaniela Lucky'ego na polowania na kuropatwy, dziki i króliki. Została nawet przewodniczącą lokalnego stowarzyszenia myśliwskiego, a inni myśliwi nadali jej przydomek „Madame Partridge” („Pani Kuropatwa”).
Nigdy nie wahała się próbować nowych rzeczy i niczego się nie bała. Bywało to źródłem sporów z mężem. Ten trochę marudził, ale na wszystko jej pozwalał.
Przeżyła swoją jedyną córkę (ta zmarła w wieku 36 lat na zapalenie płuc). Przeżyła swojego męża - zmarł mając 74 lata po zjedzeniu deseru przyrządzonego z zepsutych wiśni. Przeżyła swojego wnuka -zmarł w wyniku ran po wypadku samochodowym.
Mimo to cały czas była uśmiechnięta. I nastrojona optymistycznie.
(nie ma żadnego wyścigu, jest on tylko w twojej głowie)
Była samodzielna. Dopiero w 1985 roku, mając 109–110 lat, przeniosła się do domu opieki „La Maison du Lac" w Arles (dom przybrał później jej imię).
Notariusz i jego rodzina przez lata wpłacili jej grubo ponad dwukrotność wartości mieszkania.
Jak to ujęła Jeannenie przed śmiercią: „W życiu czasami robi się złe interesy.”