17/07/2026
Kilka słów ode mnie o "Lex...Sz"
3 lipca 2026 roku Sejm uchwalił ustawę o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, nazwaną w debacie publicznej „Lex Szarlatan”.
"W ocenie prezesa ORL (Okręgowej Rady Lekarskiej) projekt nie jest wymierzony w konsultacje dietetyczne czy stosowanie ziół, lecz w osoby, które odradzają pacjentom sprawdzone leczenie i zastępują je metodami niepotwierdzonymi naukowo.
Michał Bulsa zaznacza również, że środowisko lekarskie dostrzega problemy systemu ochrony zdrowia, w tym niedostatek czasu na rozmowę z pacjentami i konieczność poprawy komunikacji."
Krótko zatrzymam się na tym "problemie", który uznawany jest za największy. Oczywiście nim nie jest, bo są i większe, ale celowo poruszę ten temat, bo to on ma zasadniczy wpływ na decyzje o tzw. "leczeniu" chorób do końca życia pacjenta, a więc wieloletnio. Dopóki dany pacjent, pozna mechanizmy, jakie zachodzą w jego organizmie i sposoby, jakie może wdrożyć, by zatrzymać lawinę śnieżną toczących się w jego organizmie zaburzeń, o tyle gra jest warta świeczki, by zapobiec temu procederowi, zagrażającemu jedynemu słusznemu podejściu leczenia. Takich ludzi jest wiele, na granicy wyczerpania, szukających dróg innych od zaproponowanych wieloletnio.
Czas konsultacji (rozmowy) w gabinecie lekarskim to około 5-15 min. !
Komunikacja między lekarzem a pacjentem jest krótka, zwięzła, ogólnikowa, typu: "dobre wyniki krwi" w sytuacji gdzie wyniki mówią co innego, gdzie z wyników można wyciągnąć odpowiednie wnioski zapobiegawcze przyszłym procesom chorobowym, a także zaproponować zmiany, służące poprawie stanu zdrowia. Aby to zrobić, należy zrobić dokładny wywiad. W przeciągu 5-15 min. NIE DA SIĘ przeprowadzić dokładnego wywiadu z osobą, która przez ostatni rok miała od tego lekarza 2-3 leki i przyszła po roku czasu na wizytę kontrolną. Taka osoba wychodzi z gabinetu, po krótkim czasie, słysząc "widzimy się za rok", z tym samym lub zmienionym zestawem leków.
Ja się pytam - gdzie tu jest odpowiednie podejście do "leczenia" przyczyn chorób? Gdzie jest oparta na rzetelnej wiedzy medycznej praktyka i sztuka lekarska?
W obecnym kształcie Ustawa "Lex Sz....." rozdział 13d. Artykuł 67zn definiuje dezinformację medyczną jako podejmowane w celu korzyści majątkowej lub osobistej działania wprowadzające w błąd, polegające na publicznym rozpowszechnianiu lub promowaniu nieprawdziwych informacji o metodzie „niezgodnej z aktualną wiedzą medyczną, zagrażającej życiu lub zdrowiu”, lub o rzekomej szkodliwości metody z tą wiedzą zgodnej, pisze dr. Henryk Różański.
I mamy ogromny problem, bo urzędnik nie może orzekać, że dorobek innego specjalisty jest „dezinformacją”, bo "aktualna wiedza medyczna" dziś jest wybranym spośród wielu metod standardem, "wczoraj bywało herezją, a jutro może okazać się błędem" (H. Różański). I tak często jest. To, że witamina C została prześwietlona wszerz i wzdłuż w tysiącach badań i opisana dokładnie w literaturze medycznej, dzisiaj NIE jest stosowana w szpitalach, w celu obniżenia toksyczności środowiska wewnętrznego organizmu (obniżenia cytokin prozapalnych i kaskady wolnych rodników). Kiedyś ratowała, dzisiaj wycofana, a przecież literatura jasno mówi o korzyściach jej stosowania, nawet jako wsparcie innych terapii.
Obecna "aktualna wiedza medyczna" ma się nijak do wyników badań !
W Ustawie proponowanej, urzędnik chce walczyć z "dezinformacją", ale na jakiej podstawie uzna, że proponowane wsparcie terapeutyczne organizmu, jest dezinformacją? Rozumiem, że jest to uznaniowe ! Oznacza to, że jeśli RDA (dzienne zapotrzebowanie) witaminy C to 75-90 mg, by się nie wykrwawić i nie spowodować szkorbutu, to moje zalecenia w zakresie 500 mg dwa razy dziennie, będzie dezinformacją medyczną, mimo iż np. opiera się to na np. badaniach:
"Badania z użyciem askorbinianu wapnia EC wykazały korzystny wpływ na stężenie witaminy C w leukocytach [16,27], wykazały poprawę odporności (na podstawie funkcji i liczby komórek) [30] oraz zgłosiły mniej przeziębień i krótszy czas trwania ciężkich objawów przeziębienia w porównaniu z placebo [28]. Wszystkie badania z askorbinianem wapnia EC wykazały korzystny profil bezpieczeństwa i tolerancji, przy czym większość wykazała mniej zdarzeń niepożądanych i lepszą tolerancję niż leki porównawcze, nawet przy wyższych dawkach." https://www.mdpi.com/2072-6643/17/2/279
Kto się boi dawek witamin (związków chemicznych)?
Dawka czyni z czegoś truciznę !!!
Wiadomo to od wieków.
Badania farmakologiczne toksykologiczne informują nas o doświadczeniach przeprowadzanych na zwierzętach, dokładniej na szczurach, o tak zwanym poziomie LD (median lethal dose) dla materiału i substancji, aby określić, czy dana substancja lub materiał są trujące. Przy wartości LD (50) mówimy, że przy określonej dawce połowa badanych zwierząt umiera. W badaniach prowadzonych na różnych typach zwierząt pojawiają się różne wartości danej substancji na kilogram wagi ciała jako LD (50). Każdy gatunek miałby własną wartość LD₅₀, ale:
1. nie wykonuje się badań LD₅₀ na ludziach z powodów etycznych,
2. dla ludzi można jedynie szacować toksyczność na podstawie danych klinicznych, zatruć oraz badań na zwierzętach.
Np.
1. Sól kuchenna (chlorek sodu) ma wartość LD (50) w ilości od 3 000 mg/kg wagi ciała,
2. Aspiryna (kwas acetylosalicylowy) ma wartość LD (50) od 1 700 mg/kg wagi ciała,
3. Ibuprofen ma LD (50) od 636 mg/kg wagi ciała.
50% prawdopodobieństwa przeżycia mógłby osiągnąć człowiek o wadze 70 kg, gdy założy, że jego organizm zachowa się jak szczurzy, gdyby naraz zjadł 210 gramów soli.
Dlaczego więc nie informuje się o tym społeczeństwo? Nie mówi się o dawkach możliwie toksycznych soli, a straszy się np. homeopatią, która nie ma ani 1 mg aktywnej substancji, a informację zapisaną na nośniku, np. laktozie. Wiedza homeopatyczna jest oparta na badaniach również i badań cenionych specjalistów.
Straszy się jednak wybiórczymi informacjami, nawet dichlorkiem sodu, którego medycyna się wypadła, a przedawkowanie w praktyce nie jest możliwe, tak jak przedawkowanie soli.
Dodam, że wiele metod obecnie nie popartych przez główny nurt medycyny klasycznej (alopatycznej), było sprawdzane, testowane i mają swoje odniesienia do literatury medycznej.
Usunięcie wielu substancji z używania, na przełomie lat, nie wiązało się z tym, że dana substancja jest nieskuteczna, ale wiązało się z tym, że jest zbyt skuteczna i wszechstronna.
W nurcie medycyny klasycznej, liczy się wybiórczość mechanizmów, które można opatentować, opakować i wprowadzić do protokołów. Na to się stawia. Mały interes ma branża medyczna w badaniu i sprawdzaniu substancji, które wspierają działanie organizmu do zwalczania chorób wykorzystując naturalne siły człowieka. Poznając na przełomie lat, wiele takich substancji, śmiem twierdzić, że odciążenie systemu medycznego byłoby znacznie łatwiejsze, a zdrowie ludzi i fizyczne i mentalne na znacznie wyższym poziomie, gdyby zawarto porozumienie między medycyną klasyczną, a metodami holistycznymi wywodzącymi się z głównej medycyny, opartej na ziołolecznictwie, fitoterapii, ale także medycyny informacyjnej, homeopatycznej, mikroprądowej.
Nie widziałam jeszcze osoby, która przy zastosowaniu szeregu substancji witaminowych, mineralnych, ziołowych, fitoterapeutycznych, zmianie żywienia, doznała niebezpiecznych stanów zdrowotnych.
Uzurpuję sobie prawo do stanowiska krytycznego, wobec ignorancji odpowiedniej diagnostyki chorób przewlekłych, gardzenie proponowanymi zmianami żywieniowymi (żywienie niskowęglowodanowe, rzekomo nie przynoszące żadnych korzyści) oraz zasadnością zastosowania suplementacji celowanej wspierającej siły witalne organizmu, utrzymywaniu w przekonaniu pacjenta o słuszności tego typu działania, a także wieloletnie "leczenie" lekami farmakologicznymi, utrzymującymi stan chorobowy i pogłębiając stan zdrowia pacjenta.
Mogłabym podać wiele przypadków, w którym osoby zgłaszały mi, w jaki sposób lekarze analizują wyniki badań (jedno często zdanie) i w jaki sposób przekazują im informacje na temat dalszego słusznego "leczenia". To się nadaje do wprowadzania Ustawy "Lex Konował".
Jako terapeuta żywieniowy, zielarz-fitoterapeuta, opiekun medyczny, zawsze dobro człowieka będzie dla mnie najwyższym priorytetem. Najlepszym lekarzem jest sam organizm człowieka, któremu często należy pomóc, bo zatracił się w obecnym czasie i potyka o wiele czynników chorobotwórczych. To organizm ma nieskończoną inteligencję naprawczą, regeneracyjną i uzdrawiającą, jeśli proces terapeutyczny jest możliwy. By był możliwy, naturoterapia, wykorzystując holistyczne metody jest w stanie pomóc człowiekowi odkryć, usunąć przeszkody, wypełnić ciało tym, co jest mu potrzebne. To robią przeróżnego rodzaju substancje odżywcze i związki chemiczne, wspierające procesy fizjologiczne. Tego leki nie robią. Leki służą do tego, do czego zostały stworzone, głównie do interwencji, ratującej życie tu i teraz, nie do odżywiania organizmu.
Leki leczą i mogą to robić latami - medycyna klasyczna !
Natura i celowe wsparcie organizmu uzdrawia - medycyna holistyczna !
Obie medycyny mają szanse współpracować.
Dlaczego więc w Polsce, niszczy się i ignoruje medycynę holistyczną, w grupie której zawarte są różne metody terapeutyczne?
Sami możemy wyciągnąć wnioski.
Pozdrawiam serdecznie,
Marzena Kolano