20/08/2026
Nie do końca odnajduję się w określeniu „rozwój osobisty”.
Coraz częściej czuję, że to określenie nie jest spójne z tym, jak sama rozumiem drogę człowieka. Bo kiedy myślę o sobie, nie mam poczucia, że potrzebuję stworzyć nową, lepszą wersję siebie, która będzie bardziej spokojna, bardziej pewna siebie, bardziej świadoma czy lepiej radząca sobie z życiem. Dużo bliższe jest mi określenie „powrót do siebie”, ponieważ wierzę, że nie przychodzimy na świat jako puste kartki, które dopiero z czasem trzeba wypełnić odpowiednimi cechami i umiejętnościami.
Jako ludzie rodzimy się z ogromną ilością naturalnych zasobów. Mamy ciekawość, spontaniczność, zdolność do odczuwania, potrzebę bliskości, własny sposób wyrażania siebie, naturalną radość, intuicyjne poznawanie świata i ogromną gotowość do nawiązywania relacji. Dopiero później, w kontakcie z rodziną, środowiskiem, doświadczeniami i tym wszystkim, czego uczymy się o sobie i o świecie, zaczynamy niektóre z tych rzeczy ograniczać, chować albo odcinać, ponieważ w pewnym momencie naszego życia wydaje nam się, że tak będzie bezpieczniej.
Nie chcę już patrzeć na siebie jak na człowieka, któremu czegoś brakuje i który musi nieustannie coś w sobie poprawiać. Bardziej interesuje mnie odkrywanie tego, co wydarzyło się po drodze i co sprawiło, że przestałam korzystać z tego, co naturalnie było we mnie.
Ale widzę też w tym pewną pułapkę, w którą bardzo łatwo wpaść, kiedy zaczynamy świadomie przyglądać się sobie.
Możemy tak mocno skoncentrować się na tym, co jeszcze trzeba uwolnić, uzdrowić, zrozumieć czy przepracować, że zaczynamy patrzeć na siebie przede wszystkim przez pryzmat tego, co jest trudne. Wciąż szukamy kolejnego schematu, kolejnego przekonania, kolejnej emocji, która wymaga naszej uwagi, i czasami nawet nie zauważamy, że w tym nieustannym poszukiwaniu tego, co wymaga zmiany, pomijamy ogromną część siebie, która już jest dobra, silna i żywa.
A przecież warto czasami zatrzymać się przy tym, co już jest we mnie naturalne.
Przy tym, co robię dobrze bez wielkiego wysiłku, przy sytuacjach, w których czuję się pewnie i swobodnie, przy ludziach, z którymi nie muszę niczego udowadniać, przy zajęciach, które potrafią dać mi energię nawet wtedy, kiedy wcześniej byłam zmęczona, i przy tych momentach, w których nagle pojawia się poczucie: „Właśnie taka jestem”.
To również jest częścią powrotu do siebie.
Nie tylko odkrywanie tego, co zostało w nas zranione, ale również przypominanie sobie tego, co przez lata mogło zostać przykryte. Nie tylko uwalnianie tego, co już nam nie służy, ale również odzyskiwanie tego, co zawsze było nasze.
Dlatego coraz bardziej podoba mi się pytanie: „Co we mnie mogę wreszcie zaakceptować?”
Może jest we mnie coś, co przez lata uważałam za zbyt dużo, a dzisiaj mogę zobaczyć, że właśnie ta cecha jest częścią mojej siły. Może jest coś, co próbowałam zmieniać tylko dlatego, że inni ludzie mieli na ten temat inne zdanie albo dlatego, że nauczyłam się porównywać siebie z określonym obrazem tego, jaka powinnam być. Może są rzeczy, które wcale nie potrzebują kolejnej pracy, tylko mojego pozwolenia na to, żeby po prostu były.
I chyba właśnie tego coraz bardziej szukam w swojej drodze.
Nie kolejnych powodów, dla których powinnam się zmienić, ale coraz głębszego kontaktu z tym, co jest we mnie prawdziwe.
Chcę wiedzieć, co daje mi energię, co uruchamia we mnie radość, przy czym czuję tę swoją wewnętrzną moc i gdzie nie muszę się zastanawiać, czy jestem wystarczająca, ponieważ po prostu jestem sobą.
Dla mnie powrót do siebie wcale nie polega na tym, żeby stać się kimś lepszym, a na tym, żeby krok po kroku przestać odrzucać te części siebie, które przez lata próbowały się do nas przebić, i w końcu zrobić dla nich miejsce.
Dlatego dzisiaj nie pytam siebie: „Co jeszcze powinnam w sobie zmienić?”.
a
Co we mnie mogę wreszcie zaakceptować?
A Ty?
Które pytanie jest Ci bliższe?
Uwalniam do szczęśliwego życia ®️