Joanna Michałowska - psychoterapeutka CBT i ACT

Joanna Michałowska - psychoterapeutka CBT i ACT Jestem certyfikowaną psychoterapeutką CBT, bliski mi jest nurt trzeciej fali terapii behawioralnej (ACT, CFT, DBT), teoria więzi, NVC.

Prowadzę psychoterapię indywidualną osób dorosłych i konsultacje dla rodziców.

Są rzeczy, które wcale się nie wykluczają. Bywa próbujemy zrobić z życia konkurs na wybór jednej prawdy, podczas gdy życ...
24/08/2026

Są rzeczy, które wcale się nie wykluczają. Bywa próbujemy zrobić z życia konkurs na wybór jednej prawdy, podczas gdy życie, jak to życie, uparcie odmawia współpracy i pozwala, żeby kilka prawd było prawdziwych jednocześnie.

Możesz usłyszeć: jesteś wystarczająca, jesteś wartościowa, jesteś jedyna w swoim rodzaju. Możesz pozwolić, żeby to zdanie weszło głębiej niż zwykle, zostało na chwilę w środku i nie musisz od razu odpowiadać: „no dobrze, ale…”. Możesz przyjąć, że jesteś warta miłości nie dlatego, że coś osiągnęłaś, komuś pomogłaś, dobrze wyglądasz, jesteś produktywna albo akurat nikogo nie wkurzasz. Jesteś. Kropka.

I jednocześnie możesz zobaczyć, że nie wszystkie twoje zachowania są równie dobre dla ciebie, że możesz być wartościowym człowiekiem i jednocześnie nauczyć się uciekać od bliskości, możesz być godna miłości i jednocześnie nauczyć się robić wszystko sama, żeby nigdy nie musieć o nią prosić, możesz być wystarczająca i jednocześnie całe życie próbować zasłużyć na prawo do odpoczynku, możesz być kochana i nadal mieć w sobie mechanizmy, które sprawiają, że kiedy ktoś się do ciebie zbliża, zaczynasz szukać wyjścia ewakuacyjnego.

Bo nasza historia uczenia się nie pytała, jakie życie chcemy mieć za dwadzieścia lat. Uczyliśmy się tego, co działało wtedy: jeśli trzeba było być grzeczną, żeby mieć spokój, nauczyłaś się być grzeczna; jeśli trzeba było wszystko kontrolować, nauczyłaś się kontrolować; jeśli bezpieczniej było nie potrzebować, nauczyłaś się nie potrzebować; jeśli najlepiej było wyczuwać nastroje innych, zanim jeszcze zdążyli otworzyć usta, zostałaś człowiekiem-radarem. I być może kiedyś to naprawdę miało sens. Tylko że „kiedyś mi to pomogło” nie oznacza „dzisiaj nadal mi służy”.

Dlatego akceptacja siebie nie musi oznaczać: „taka już jestem i niczego nie będę zmieniać”. Wręcz przeciwnie. Możesz patrzeć na siebie z ogromną czułością i jednocześnie powiedzieć: „dobra, ten sposób działania znam aż za dobrze, tylko że nie prowadzi mnie tam, gdzie chcę żyć”.

I wtedy możesz zacząć próbować inaczej. Niedoskonale, niezgrabnie, czasem za późno, czasem za mocno, czasem kompletnie nie tak, jak sobie zaplanowałaś, ale jednak inaczej.
Nie po to, żeby naprawić człowieka, który jest zepsuty i „nie dość”. Po to, żeby człowiek, który jest wystarczający, mógł nauczyć się żyć życiem, którego naprawdę chce, zamiast całe życie perfekcyjnie odgrywać odpowiedź na to, co przydarzyło mu się kiedyś, gdzieś.
To się naprawdę nie wyklucza.

PS. I chyba właśnie o tym będzie trochę nasz wrześniowy Festiwal Nowe Konteksty. Nie o naprawianiu siebie. Raczej o sprawdzaniu, jak jeszcze można być ze sobą, z innymi i z własnym życiem. Zostawiam linki na dole 🌿

Kiedy masz wszystkiego za dużo, częściej przyspieszasz czy zamierasz?Kiedy życie zaczyna przypominać samochód jadący z g...
23/08/2026

Kiedy masz wszystkiego za dużo, częściej przyspieszasz czy zamierasz?

Kiedy życie zaczyna przypominać samochód jadący z górki, mamy zaskakująco mało oryginalnych pomysłów: jedni wciskają gaz do podłogi, bo skoro już jest źle, to przynajmniej zrobimy jeszcze piętnaście rzeczy, odpowiemy na wszystkie wiadomości, zaplanujemy przyszły miesiąc i przeczytamy książkę o tym, jak odzyskać równowagę, a inni wciskają hamulec tak mocno, że najlepiej byłoby w ogóle nie wychodzić z łóżka, nie podejmować decyzji, nie odbierać telefonu i poczekać, aż życie łaskawie samo się naprawi.

A potem, niezależnie od tego, którą wersję wybieramy, często pojawia się ten sam pomysł: ze mną jest cos grubo nie tak. Muszę coś ze sobą zrobić. Czyli: jeszcze jeden kurs, jeszcze jedna metoda, jeszcze jedna książka, jeszcze trochę pracy nad sobą, jeszcze tylko nauczę się lepiej regulować emocje, stawiać granice, odpoczywać, być asertywn_, odpuszczać i oczywiście robić to wszystko z uważnością.
Tylko że nie jesteś zepsut_.

Może potrzebujesz zatrzymać się na tyle, żeby zobaczyć co właściwie robisz, kiedy jest ci za dużo. Jak próbujesz odzyskać kontrolę. Czego unikasz, do czego się zmuszasz, przed czym uciekasz, kiedy tak bardzo próbujesz „dać radę”. I przede wszystkim: czy to, co robisz, naprawdę prowadzi cię w stronę życia, które jest dla ciebie ważne, czy tylko pomaga przetrwać kolejne kilka godzin.

Strategie, które kiedyś pomagały ci przetrwać, nie muszą być złe. Mogą być po prostu cholernie kosztowne, kiedy używasz ich przez kolejne lata.

Festiwal Nowe Konteksty nie jest dla ludzi, którzy chcą się naprawić. Jest dla tych, którzy chcą na chwilę zejść z autopilota, zobaczyć siebie trochę wyraźniej i sprawdzić, czy w miejscu, w którym zwykle pojawia się automatyczne „muszę”, „nie mogę”, „uciekam” albo „jeszcze tylko to ogarnę”, można zrobić coś inaczej niz dotad. Po to, żeby mieć trochę więcej wyboru w swoim własnym życiu.

Nie potrzebujesz kolejnej wersji siebie. Całkiem wystarczy zobaczyć, co robisz z tą, którą już jesteś.
A jeśli masz ochotę poprzyglądać się temu razem z nami, chodź na Nowe Konteksty. Nie trzeba wiedzieć, co ze sobą zrobić. Można zacząć od ciekawości. Link w komentarzu.

Lubię od czasu do czasu zrobić sobie mało przyjemny na pierwszy rzut oczka test i zatrzymać się na chwilę z pytaniem, cz...
20/08/2026

Lubię od czasu do czasu zrobić sobie mało przyjemny na pierwszy rzut oczka test i zatrzymać się na chwilę z pytaniem, czy życie, które właśnie prowadzę, rzeczywiście jest życiem, które chcę prowadzić, czy może realizuję scenariusz, który gdzieś po drodze sam się napisał, a ja tak się rozpędziłam, że od dawna nie sprawdzałam, dokąd właściwie jadę (i po co).

Bo przecież wiem, co jest dla mnie ważne. Mówię, że chcę być blisko ludzi, mieć czas na to, co mnie ciekawi, dbać o ciało, tworzyć, odpoczywać, być odważna i robić rzeczy, które mają dla mnie znaczenie, a potem patrzę na swój kalendarz i odkrywam, że wartości, które brzmią tak pięknie, dostały jakieś siedem minut we wtorek między jednym spotkaniem a drugim, podczas gdy resztę życia zajęły rzeczy pilne, ważne, potrzebne i oczywiście absolutnie nieprzekładalne.

I właśnie wtedy pojawia się to pytanie: czy to na pewno moje życie, czy bardzo dobrze (lub mniej) zorganizowane życie kogoś, kim według różnych okoliczności, oczekiwań i własnych przyzwyczajeń nauczyłam się być?

Nie chodzi przecież o to, żeby rzucić wszystko, sprzedać mieszkanie i wyjechać do Nepalu hodować jaki, bo czasem naprawdę wystarczy zauważyć, że między tym, co deklarujemy jako ważne a tym, na co faktycznie idzie nasz czas, uwaga i energia, zrobiła się całkiem spora szczelina (tudzież wyrwa).

I właśnie o tej szczelinie (tudzież wyrwie) i o tym jak ją krok po kroku zasypywać będziemy rozmawiać podczas mojego warsztatu na Nowe Konteksty w Łódzkie Centrum Terapii Kontekstualnych , bo całkiem okazała zmiana życia zaczyna się od zatrzymania się i uczciwego pytania: hej, skoro mówię, że to jest dla mnie ważne, to jak właściwie wyglądałoby życie , w którym naprawdę byłoby tego trochę więcej?

Więcej informacji o Festiwalu w komentarzu pod postem🌿

Czasem, kiedy jesteśmy bardzo przeciążeni życiem, próbujemy przede wszystkim znaleźć odpowiedź na pytanie: co mam zrobić...
16/08/2026

Czasem, kiedy jesteśmy bardzo przeciążeni życiem, próbujemy przede wszystkim znaleźć odpowiedź na pytanie: co mam zrobić, żeby wreszcie było mi lepiej? I wtedy dokładamy sobie kolejne zadania, nowe strategie, jeszcze lepsze postanowienia i sposoby na ogarnięcie życia, które już teraz wydaje się nie do ogarnięcia.

No i klops, robi się jeszcze trudniej, więc może warto zacząć od innego miejsca: zauważyć, co właściwie robię, kiedy jest mi za dużo. Bo przeciążenie ma swoje sposoby. Możemy przyspieszać, organizować, kontrolować, zajmować się kolejnymi rzeczami, odcinać się od ciała, szukać bodźców albo przeciwnie: zamierać i odkładać wszystko, co się da. I często te sposoby naprawdę działają przynosząc chwilową ulgę, pozwalając przetrwać kolejny dzień. Można przez chwilę nie czuć czegoś, na co nie mamy teraz pojemności. Tylko warto sprawdzić, jaką cenę płacimy za tę ulgę. Dlatego zamiast kolejnego planu naprawczego warto zabrać ze sobą kilka pytań: Po czym poznaję, że zaczynam być przeciążon_, zanim jeszcze nazwę to przeciążeniem? Co robię wtedy automatycznie? Czego dzięki temu nie muszę czuć, zauważać albo przeżywać? Co dzieje się w moim ciele, kiedy przez chwilę niczego nie muszę robić? Jakie sygnały z ciała najłatwiej ignoruję? Co daje mi chwilową ulgę, ale później jeszcze bardziej odcina mnie od siebie i życia?

I może także: kiedy ostatnio coś było choć trochę przyjemne, ciekawe albo żywe? Czy pozwolił_ m sobie to zauważyć, czy od razu pobiegł_m dalej?

Ale, ale, te pytania nie są po to, żeby sobie wystawić ocenę z dobrego życia. Raczej po to, żeby zacząć zauważać własne sposoby radzenia sobie i sprawdzać, czy nadal realnie służą.

Ruch w stronę życia, które chce się żyć, nie polega zwykle na tym, żeby zrobić jeszcze więcej, jeszcze lepiej. Częściej polega na tym, żeby na chwilę przestać uciekać od tego, co już jest, i sprawdzić, co właściwie próbuje nam powiedzieć ciało, emocje i życie.

Lubię festiwale. Lubię ten moment, kiedy nagle okazuje się, że całkiem sporo rzeczy można robić razem, z ludźmi, bez wie...
11/08/2026

Lubię festiwale. Lubię ten moment, kiedy nagle okazuje się, że całkiem sporo rzeczy można robić razem, z ludźmi, bez wielkiego mozołu i napinki. Za to z poczuciem, że jesteśmy w czymś, co nas karmi. No dobra, nogi czasem bolą. Ale poza tym bilans zdecydowanie wychodzi na plus.

Lubię też tę festiwalową odwagę do próbowania. Rzeczy, których normalnie może byśmy nie spróbowali. Do spotykania ludzi, których pewnie byśmy nie spotkali. I tę szczególną swobodę, kiedy człowiek może trochę bardziej po swojemu być, gadać, robić, tańczyć, śmiać się, myśleć. I przy okazji sprawdzać, co mu właściwie służy.

I chyba właśnie dlatego w Łódzkie Centrum Terapii Kontekstualnych robimy Festiwal Nowe Konteksty.

Żeby pobyć razem i porobić rzeczy, które pomagają budować żyćko, które chce się żyć. Trochę próbować, trochę doświadczać, trochę się spotykać. Czasem wyjść poza własne utarte ścieżki i zobaczyć, co tam jest.

Bez kolejnego wielkiego projektu pod tytułem „od poniedziałku naprawiam siebie”.

Bo może nie wszystko w nas trzeba naprawiać. Może czasem wystarczy zrobić trochę miejsca na to, co jest dla nas ważne. Na ludzi, ciekawość, ruch, rozmowę, śmiech, bycie razem. I sprawdzić, co z tego wyrośnie.

Bo rozwój naprawdę może wyglądać jak festiwal.

I może nawet powinien mieć trochę więcej śmiechu, ludzi i nóg bolących od chodzenia.

Jeśli masz ochotę dołączyć, lin czeka w komentarzu 🌿

Mam czasem wrażenie, że nasz umysł jest fanem teleturniejów. Wszystko przedstawia tak, jakby prowadzący właśnie krzyczał...
07/08/2026

Mam czasem wrażenie, że nasz umysł jest fanem teleturniejów. Wszystko przedstawia tak, jakby prowadzący właśnie krzyczał: “Masz do wyboru tylko dwie odpowiedzi!”. Albo ciśniesz ponad siły i udowadniasz, że jesteś człowiekiem sukcesu, albo odpuszczasz i już właściwie możesz zamówić sobie tabliczkę z napisem “zmarnowany potencjał”. Albo jesteś konsekwentny jak szwajcarski zegarek, albo płyniesz z nurtem tak mocno, że za chwilę obudzisz się w cudzym życiu. Albo wyznaczasz sobie cele tak ambitne, że Excel dostaje zadyszki, albo tkwisz dokładnie tam, gdzie jesteś. Albo jesteś gwiazdą każdego socjogramu, wszyscy cię wybierają do pary i pamiętają o twoich urodzinach, albo stajesz się piwniczakiem, którego jedyną relację społeczną stanowi kurier.

I nic dziwnego, taki już jest nasz umysł. Lubi wyraziste historie, kontrasty i skrajności. One są łatwe do opowiedzenia i jeszcze łatwiej w nie uwierzyć. Problem w tym, że życie wyjątkowo rzadko odbywa się na końcach skali.

Bo może między harówką do utraty tchu a całkowitym odpuszczeniem jest miejsce, w którym robię to, co dla mnie ważne, ale nie kosztem własnego zdrowia. Może między żelazną dyscypliną a totalnym chaosem jest przestrzeń na wystarczającą konsekwencję. Może między “muszę być najlepszy” a “już mi wszystko jedno” jest zwykłe, ludzkie rozwijanie się we własnym tempie. A między królem imprezy a samotnikiem jest kilka bliskich osób, z którymi naprawdę dobrze mi się żyje.

Nie wszystko musi być ekstremalne, żeby było wartościowe. Czasem największą rewolucją jest zejście z końca skali i znalezienie własnego miejsca gdzieś pośrodku. Takiego, z którego nadal można iść w stronę tego, co ma sens, ale nie trzeba przy tym cały czas biec (przez plotki). Jest miejsce na ruch, ale też na lekkość. Na zaangażowanie, ale też na odpoczynek. I chyba właśnie tam najłatwiej naprawdę być, zamiast bez końca próbować wygrać teleturniej, którego nikt poza naszym umysłem nawet nie prowadzi.

Jest taki moment w życiu rodzica, kiedy wpisujesz w Google: „czy można oddać dziecko na OLX?”. A potem przypominasz sobi...
04/08/2026

Jest taki moment w życiu rodzica, kiedy wpisujesz w Google: „czy można oddać dziecko na OLX?”. A potem przypominasz sobie, że jednak kochasz tego małego człowieka i może lepiej najpierw przeczytać dobrą książkę.

Dlatego bardzo polecam „Jak nie odpalać się przy dziecku” Emilia Kulpa-Nowak - trenerka NVC. To nie jest poradnik z gatunku „proszę się uspokoić”, tylko raczej: „zobaczmy, co właściwie dzieje się z człowiekiem pięć sekund przed wybuchem i jak można ten scenariusz trochę przepisać”. Z dużą dawką zrozumienia i bez dokładania rodzicom kolejnych kamorów do plecaka poczucia winy.

A przy okazji małe wyznanie: uważam, że biblioteczka w miejscu, w którym pracują terapeuci, jest równie ważna jak wygodne fotele. Bo czasem najlepsza rozmowa zaczyna się od zdania przeczytanego między półkami. Dlatego w Łódzkie Centrum Terapii Kontekstualnych oprócz gabinetów mamy też książki, które można spokojnie przejrzeć, usiąść z nimi na chwilę i sprawdzić, czy któraś akurat dziś mówi coś ważnego.

Zrobiłam wczoraj coś bardzo dorosłego. Takiego z gatunku spraw, przy których człowiek automatycznie prostuje plecy, mówi...
01/08/2026

Zrobiłam wczoraj coś bardzo dorosłego. Takiego z gatunku spraw, przy których człowiek automatycznie prostuje plecy, mówi dzień dobry o ton niżej niż zwykle i nagle odkrywa, że istnieje cały świat, w którym ludzie wymieniają się dokumentami pełnymi paragrafów z miną sugerującą, że wszyscy doskonale wiedzą, co robią. Był notariusz. Były pieniądze. Było umawianie się na konkretną godzinę. Było podpisywanie papierów, których grubość sama w sobie budzi respekt. Generalnie wszystko wyglądało tak, jakby wreszcie zaproszono mnie do ligi dorosłych.

Tylko jest jeden drobny problem. Przez cały ten czas połowa mojego mózgu była przekonana, że za chwilę ktoś spojrzy znad okularów i powie: „Przepraszam bardzo, ale gdzie jest pani osoba dorosła?”. Że zaraz wyjdzie na jaw, iż nastąpiła jakaś pomyłka administracyjna, ktoś źle policzył lata, PESEL owszem wygląda poważnie, ale psychicznie to ja chyba jednak powinnam przyjść z rodzicem, żeby podpisał za mnie, zapytał o mądre rzeczy i upewnił się, że na pewno wszystko rozumiem.

Bo chyba nikt nas nie uprzedza, że dorosłość nie polega na tym, że pewnego dnia znika strach, niepewność i to dziwne uczucie, że wszyscy wokół dostali instrukcję obsługi życia, tylko akurat nasza gdzieś zaginęła podczas przeprowadzki. Z wiekiem zmieniają się głównie dekoracje. Zamiast klasówki jest akt notarialny. Zamiast podpisu rodzica jest własny podpis. Zamiast legitymacji szkolnej jest dokument tożsamości. A w środku czasem nadal siedzi ten sam człowiek, który myśli: „Naprawdę ja mam decydować o takich dużych rzeczach?”.

I jeszcze jest ten moment, kiedy uświadamiasz sobie, że w formularzach internetowych trzeba przewijać coraz dłużej, żeby znaleźć swój rok urodzenia. To jest chyba najbardziej brutalny wskaźnik dorosłości. Nie mądrość i dojrzałość, a scroll.

Coraz bardziej myślę, że dojrzałość nie polega na tym, że przestajemy się bać albo że w naszej głowie nie ma już cienia wątpliwości. Polega na tym, że drżącym sercem podpisujemy własnym nazwiskiem rzeczy, które są dla nas ważne. I robimy krok, mimo że jakaś część nas najchętniej schowałaby się za plecami mamy albo taty.

A to, co zrobiłam wczoraj, było właśnie z tych turboważnych. I może dlatego ręce trochę drżały. Nie dlatego, że nie dorosłam, dlatego, że naprawdę mi na tym zależało.

Rozmawiałam ostatnio z Z ciekawością Anna Jankiewicz-Kowalska   o mediach społecznościowych. O paradoksie naszej pracy. ...
29/07/2026

Rozmawiałam ostatnio z Z ciekawością Anna Jankiewicz-Kowalska o mediach społecznościowych. O paradoksie naszej pracy. Z jednej strony chcemy wnosić coś wartościowego, inspirować, edukować, zapraszać do refleksji. Z drugiej, każda kolejna rolka, post czy karuzela dokładają się do szumu informacyjnego, który skutecznie odciąga ludzi od życia toczącego się poza ekranem. Od rozmów, od ciszy, od budowania życia, które naprawdę chcieliby mieć.

Od tamtej rozmowy wraca do mnie pytanie nie o to, czy publikować, ale po co. Jak tworzyć treści, które nie zatrzymują ludzi na dłużej w aplikacji, tylko zachęcają ich, żeby z niej wyjść. Żeby wrócili do swojego świata, ludzi, których kochają, spraw, które są dla nich ważne.

Wraca też coś, co w terapii kontekstualnej pojawia się nieustannie, czyli przyglądanie się funkcji. Nie tylko temu, co robimy, ale czemu to służy. Czego pozwala uniknąć kolejne przesunięcie palcem po ekranie? Jakich myśli? Jakich emocji? Jakich impulsów? Co dzieje się w tej krótkiej chwili, zanim otworzymy następną aplikację?

Coraz bardziej myślę, że wiarygodne zaproszenie do życia offline może płynąć właśnie stamtąd. Nie z moralizowania ani nawoływania do cyfrowego detoksu, ale z ciekawości wobec własnego doświadczenia. Z gotowości, żeby zrobić naprawdę mały ruch i zobaczyć, co się wydarzy.

Może właśnie teraz odłóż telefon na trzy minuty. Nie po to, żeby być bardziej produktywnym ani bardziej uważnym. Po prostu z ciekawości. Sprawdź, co pojawia się w Tobie i wokół Ciebie. Jakie myśli przychodzą. Jakie emocje. Co robi ciało. Jakie dźwięki były tu przez cały czas, tylko nie miały szansy zostać usłyszane. Bez prób zmieniania czegokolwiek. Z ciekawością dziecka, które pierwszy raz przygląda się światu. Spróbujesz?

Pracowałam w różnych miejscach. Takich, gdzie zarządzanie było autorytarne; takich, gdzie panował twórczy chaos; takich,...
28/07/2026

Pracowałam w różnych miejscach. Takich, gdzie zarządzanie było autorytarne; takich, gdzie panował twórczy chaos; takich, które z dumą nazywały się demokratycznymi. I takich, które były autorytarno-chaotyczne – czyli dziś głosujemy, jutro decyduje szef, a pojutrze wszystko zależy od fazy księżyca i nastroju osoby, która akurat ma klucze do ekspresu.

Po tych wszystkich doświadczeniach mam jedną obserwację. O jakości współpracy częściej decydował brak rozbieżności między tym, co słyszeliśmy a tym, czego doświadczaliśmy. Jeśli od początku było wiadomo, że jest jedna osoba podejmująca decyzje, łatwo było się w tym odnaleźć. Zasady były jasne, odpowiedzialność również. Jeśli decyzje rzeczywiście zapadały wspólnie, ludzie mieli wpływ, a wspólność była codzienną praktyką, współpraca także układała się dobrze.

Najwięcej zamieszania pojawiało się wtedy, gdy deklaracje żyły własnym życiem. „U nas każdy ma głos” oznaczało, że niektóre głosy słychać było znacznie lepiej od innych. „Zawsze mówimy sobie wszystko wprost” kończyło się trzema tygodniami cichego obrażania lub niezrozumiałymi decyzjami.

Ludzie naprawdę potrafią funkcjonować w bardzo różnych systemach. Potrzebują jednak wiedzieć, jaki system właśnie obowiązuje. Przewidywalność daje poczucie bezpieczeństwa. Pozwala skupić energię na pracy, zamiast na zgadywaniu, jakie reguły będą obowiązywać dzisiaj.

Mam wrażenie, że dokładnie tak samo działa to w rodzinach, związkach i wszelkich grupach, formalnych i całkiem nieformalnych. Jedni dzielą się odpowiedzialnością po równo, inni wolą wyraźniejszy podział ról. Same rozwiązania są mniej istotne niż ich konsekwentne realizowanie.

Zaufanie buduje się wtedy, gdy słowa mają pokrycie w doświadczeniu. Kiedy wiadomo, na co się umawiamy i można spokojnie założyć, że właśnie tak będzie wyglądała rzeczywistość. To właśnie spójność sprawia, że ludzie przestają tracić energię na domyślanie się zasad i mogą zająć się tym, po co właściwie są razem.

Adres

Łódź

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Joanna Michałowska - psychoterapeutka CBT i ACT umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Joanna Michałowska - psychoterapeutka CBT i ACT:

Skróty

Udostępnij

Kategoria