21/07/2026
W ogóle w psychice jest taka tendencja, że jeśli się mocno żyłuje pewien trend, to w pewnym momencie wahadło się wychyla w przeciwnym kierunku. Czyli jeśli przesadzi pani z radością, to może się pani w pewnym momencie obudzić w koszmarnym dole.
Ten mechanizm dobrze znają ci, którzy mają za sobą intensywne przejścia z różnymi substancjami oszałamiającymi. W nałogach – alkoholizmie, heroinizmie etc. – najgorszą rzeczą nie jest to, że człowiek staje się niewolnikiem, niszczy sobie zdrowie, tylko to, że...
..przestaje się umieć cieszyć bez tego?
Tak. Ale opiszę to bardziej chemicznie. Załóżmy, że jest pani morfinistką. Człowiek naturalnie produkuje własną morfinę w postaci endorfin. Natomiast jeśli zaczyna się systematycznie odurzać morfiną, to organizm odczytuje to tak: „Aha, będę to dostawać z zewnątrz, więc nie muszę już tego produkować". Po odstawieniu pojawia się głód. Ten fizjologiczny trwa tydzień, dwa, ale potem dopiero zaczyna się prawdziwe piekło, żyje się w ciemnej dolinie rozpaczy i nie jest się w stanie znaleźć niczego, co by cieszyło choć trochę. Rzeczy, które kiedyś sprawiały radość, już jej nie sprawiają, bo organizm czeka na to, co pamięta, że ma dostać z zewnątrz. Czasem rok, dwa.
Podobnie jest z zakochaniem. Niektórzy w ten sposób produkują sobie radość.
Oczywiście, bo zakochanie działa tak samo jak kokaina. Pobudza ten sam rejon mózgu, co widać w rezonansie magnetycznym. Tyle że aby to działało, trzeba to bez przerwy odnawiać. I rzeczywiście, są ludzie, którzy co dwa lata się zakochują w kimś innym. Na tyle to mniej więcej starcza. Dzięki temu są ciągle na haju. Ale kiedy to odstawią albo gorzej, zostaną odstawieni, pojawiają się objawy abstynencyjne, te same co przy narkotykach: ból, agresja, rozpacz.
Po co w ogóle człowiekowi radość?
Bardzo dobre pytanie. Ja w takich momentach zawsze myślę o „dzikich" albo lepiej – o zwierzętach. Czy zwierzęta się cieszą? No pewnie. Mają kupę radochy w życiu. Widziała pani kiedyś, jak kruki się wspinają na pagórek, składają skrzydła, podkurczają nogi, a potem turlają w dół po śniegu, i tak wielokrotnie? Ja bym powiedział tak: radość jest bardzo wyraźnie odczuwanym, kulturowo opracowanym i symbolicznym doznaniem tego, że życie ma sens, że jest się kimś wartościowym. Jest niemal metafizyczną zgodą na istnienie.
Bartłomiej Dobroczyński w rozmowie z Agnieszką Jucewicz