E&B Gabinet Psychologiczno-Pedagogiczny

E&B Gabinet Psychologiczno-Pedagogiczny Prowadzimy diagnozę, terapię i konsultacje w dwóch lokalizacjach: Barlinek oraz we współpracy w Gorzowie Wielkopolskim.

Pracujemy zespołowo i tak, aby po spotkaniu było jasno: co się dzieje, co to oznacza i jakie są kolejne kroki.

Czytając książkę Agnieszki Kozak „Uwięzieni we własnej głowie”, zatrzymałam się przy fragmencie dotyczącym rodzicielskie...
13/07/2026

Czytając książkę Agnieszki Kozak „Uwięzieni we własnej głowie”, zatrzymałam się przy fragmencie dotyczącym rodzicielskiej bezsilności. To temat trudny, bo wielu rodziców nosi w sobie przekonanie, że powinni wiedzieć, przewidzieć, ochronić i naprawić.
A przecież czasami naprawdę nie wiemy.
Nie wiemy, dlaczego dziecko, które ma kochający dom, wsparcie, dobre warunki i troskliwych rodziców, doświadcza depresji. Nie wiemy, dlaczego się samookalecza, wycofuje, podejmuje ryzykowne decyzje albo odrzuca pomoc. Nie wiemy, dlaczego mimo rozmów, terapii, obecności i kolejnych prób, nadal jest mu trudno.

I pojawia się myśl:
Co zrobiłam nie tak?
Gdzie popełniłem błąd?
Dlaczego nie potrafię mu pomóc?
Jestem złym rodzicem?

Rodzicielstwo często wiąże się z ogromnym poczuciem odpowiedzialności. Chcemy wierzyć, że jeśli będziemy wystarczająco uważni, mądrzy i zaangażowani, uda nam się ochronić dziecko przed cierpieniem. Uważamy, że dobre wychowanie powinno przynieść określony efekt.
Tylko że dziecko nie jest projektem, którego rezultat zależy wyłącznie od jakości naszych działań. Jest odrębną osobą. Ma własny temperament, wrażliwość, historię, predyspozycje, sposób przeżywania świata i własne decyzje. Czasem wybierze inaczej, niż byśmy chcieli. Czasem zrobi coś, czego nie rozumiemy. Czasem będzie cierpieć, mimo że z naszej perspektywy „nie powinno mieć powodów”.
To trudne do przyjęcia, bo oznacza uznanie, że nie mamy pełnej kontroli.
Nie możemy przeżyć życia za dziecko. Nie możemy podjąć za nie wszystkich decyzji. Nie możemy sprawić, że nigdy się nie pomyli, nie zrani, nie zagubi i nie zachoruje. Możemy być obok, reagować, stawiać granice, szukać pomocy, podejmować trudne decyzje i próbować chronić. Nie możemy jednak zagwarantować, że wszystko ułoży się po naszej myśli.

Dobry rodzic nie musi być rodzicem idealnym. Dobry rodzic to nie ten, który zawsze zna odpowiedź, ale ten, który daje tyle, ile w danym momencie ma. Tyle, ile potrafi. Tyle, ile może dać przy swojej wiedzy, doświadczeniu, zmęczeniu, lęku i dostępnych zasobach.

Nie wiem, co zrobić, ale będę szukać pomocy.
Nie potrafię tego naprawić, ale nie zostawię Cię samego.
Nie rozumiem twojej decyzji, ale chcę zrozumieć, co się z tobą dzieje.
Boję się i czuję bezradność, ale nadal jestem twoim rodzicem.

W chwilach trudnych wracam do tych wskazówek:
- Nie muszę znać odpowiedzi na wszystkie pytania.
Brak odpowiedzi nie odbiera mi autorytetu. Pokazuje, że jestem człowiekiem i ,że mogę szukać wsparcia.
- Nie mam pełnej władzy nad życiem mojego dziecka.
Mogę wpływać, wspierać i wyznaczać granice, ale nie mogę kontrolować wszystkiego.
- Moje dziecko nie jest wyłącznie efektem mojego wychowania.
Ma własny świat wewnętrzny, własne predyspozycje i własną drogę.
- Moje dziecko nie musi być takie, jak sobie wyobrażałam.
Nie musi spełnić moich marzeń, oczekiwań ani scenariusza, który dla niego stworzyłam.
- Błędy są wpisane w rodzicielstwo.
Nie istnieje rodzic, który zawsze reaguje właściwie i podejmuje wyłącznie dobre decyzje.

Bezsilność nie oznacza obojętności.
Czasem oznacza jedynie, że doszliśmy do granicy tego, co sami możemy zrobić i potrzebujemy pomocy innych.

Bywa, że rodzic robi wszystko, co potrafi, a dziecko nadal ma problemy. Bywa, że trzeba podjąć decyzję, której dziecko nie rozumie albo której nie akceptuje. Bywa, że trzeba wezwać pomoc, pojechać do szpitala, ograniczyć swobodę, postawić granicę albo zgodzić się na to, że proces zdrowienia będzie długi i nieprzewidywalny.

To nie musi oznaczać, że jesteśmy złymi rodzicami tylko, że znaleźliśmy się w sytuacji, w której nie ma prostych odpowiedzi.
Możemy spojrzeć na przeszłość i zobaczyć rzeczy, które dziś zrobilibyśmy inaczej, ale wtedy, podejmowaliśmy decyzje na podstawie tego, co wiedzieliśmy, co potrafiliśmy i jakie mieliśmy możliwości.

Rodzicielska dojrzałość nie polega na tym, że nigdy nie czujemy bezradności. Polega również na tym, że potrafimy ją uznać, nie uciekając ani od odpowiedzialności, ani w poczucie winy.
Bądź blisko, szukaj pomocy jeśli czujesz, że potrzebujesz i nie przestawać widzieć w sobie wystarczająco dobrego rodzica.
Gabinet mowy i myśli Fundacja Powerfly

16/03/2026
24/02/2026
Psycholog=serwis, ekspresowa naprawa. Czasami mam wrażenie ,że tak właśnie postrzegany jest psycholog pracujący z dziećm...
23/02/2026

Psycholog=serwis, ekspresowa naprawa.
Czasami mam wrażenie ,że tak właśnie postrzegany jest psycholog pracujący z dziećmi. Rodzice „oddają” dziecko, bo „coś z nim jest”, a specjalista ma je wyregulować w 45 minut — najlepiej bez naruszania domowego układu sił, przyzwyczajeń, ekranów i świętego spokoju. W tej bajce rodzice nie wychowują, nie wspierają, nie są autorytetami, pozwalają na wszystko, a potem z ulgą wypychają problem za drzwi gabinetu. Psycholog ma „naprawić” dziecko, żeby znowu było grzeczne, spokojne i nie przeszkadzało. Jakby chodziło o usterkę w urządzeniu, a nie o relację w rodzinie.

Dziecko nie jest samotną wyspą. Jest częścią systemu, w którym najważniejszą walutą są więź, przewidywalność i bezpieczeństwo. Dlatego punkt wyjścia pracy psychologa dziecięcego rzadko brzmi: „co zrobić z dzieckiem”, a częściej: „co dziecku się przydarza i czego ono potrzebuje" — oraz jak dorośli mogą mu to zapewnić.
Terapia dziecka niemal zawsze zahacza o świat rodziców. Nie po to, by ich oskarżać, ale by odzyskać sprawczość — w codzienności.

Jaki cel powinien przyświecać psychologowi? Nie „poskromienie” objawów na już, tylko wzmocnienie warunków, w których dziecko może dojrzeć emocjonalnie. Czasem objaw jest alarmem, nie wadą: złość może mówić „jest mi za trudno”, lęk — „nie czuję się bezpiecznie”, wycofanie — „nie mam gdzie się oprzeć”, „nie wiem, czy wolno mi być sobą”. Zadaniem psychologa jest przetłumaczyć ten alarm na język potrzeb i ułożyć plan, który nie kończy się na gabinecie. Gabinet jest warsztatem. Dom jest placem budowy.
Dziecku najczęściej nie potrzeba „kolejnych bodźców” ani kolejnych negocjacji. Potrzeba bycia: wspólnego czasu, w którym dorosły jest naprawdę obecny — bez ekranu w tle, bez rozproszenia, bez równoległego przewijania życia. Potrzeba miłości, która nie jest nagrodą za spokój, tylko stałym fundamentem. Potrzeba opieki, czyli dorosłego, który zauważa sygnały i reaguje, zanim dziecko musi krzyczeć zachowaniem. I potrzeba konsekwentnych zasad — takich, które nie są karą ani humorem dnia, tylko mapą: „tu są granice, w nich jesteś bezpieczny”.

Psycholog dziecięcy nie jest więc magikiem od „naprawiania”. Jest kimś, kto pomaga rodzinie zobaczyć mechanizmy: gdzie robi się chaos, gdzie brakuje granic, gdzie jest za dużo ekranów, a za mało relacji, gdzie dorośli są zmęczeni i oddali ster dziecku — a dziecko, jak to dziecko, steruje emocjami, nie odpowiedzialnością. Pomaga też odróżnić to, co rozwojowe, od tego, co wymaga wsparcia. Uczy rodziców narzędzi. Daje dziecku język do opisywania siebie. Ale sedno jest nie do pominięcia: to nie dziecko ma „udźwignąć” zmianę samotnie. To dorośli mają stworzyć warunki, w których zmiana staje się możliwa.

Jeśli więc miałabym jednym zdaniem ująć cel psychologa dziecięcego w kontrze do potocznego mitu: nie chodzi o to, żeby dziecko w godzinę stało się łatwiejsze dla dorosłych, tylko żeby dorośli stali się bezpieczniejsi i bardziej przewidywalni dla dziecka. A wtedy — często ku zaskoczeniu wszystkich — „problem” zaczyna topnieć nie dlatego, że ktoś je naprawił, ale dlatego, że przestało być samo z tym, co przeżywa.
Fundacja Powerfly Gabinet mowy i myśli

10/02/2026

„Autystyczne supermoce” to mit, który brzmi jak komplement, a w praktyce działa jak presja. Tak, jakby człowiek miał być przede wszystkim historią do opowiedzenia, zachwytem do przeżycia albo dowodem, że autyzm „ma plusy”. W tym zachwycie ukryta jest pułapka: zaczynamy istnieć w czyichś oczach jako projekt wyjątkowości, a kiedy człowiek staje się projektem, przestaje być człowiekiem.
Osoby z ASD często stosują "maskowanie" - camouflaging (Hull i in., a później liczne przeglądy badań), czyli cały repertuar strategii „żeby wyglądać bardziej neurotypowo”: pilnowanie mimiki, tonu głosu, kontaktu wzrokowego i dystansu, uczenie się skryptów rozmów, naśladowanie reakcji innych, tłumienie autostymulacji, udawanie mniejszego zmęczenia, ukrywanie przeciążenia sensorycznego. Maskowanie to stały monitoring siebie: czy mówię za długo, czy moja twarz jest „w normie”, czy moja reakcja jest społecznie akceptowalna, co wypada teraz, a czego nie. To kosztuje, męczy, zjada zasoby, dlatego wcale mnie nie dziwi, że przeglądy badań łączą częstsze maskowanie z gorszym dobrostanem psychicznym, większym nasileniem lęku i depresji oraz większym ryzykiem przeciążenia. Coraz częściej mówi się też o autystycznym wypaleniu jako skutku długotrwałego funkcjonowania ponad możliwościami, często właśnie w trybie „dopasuj się, nie przeszkadzaj” (Raymaker i in.). Na tym tle mit sawanta robi szczególnie dużo szkód, bo sawantyzm istnieje, ale dotyczy mniejszości, nie jest regułą, natomiast popkultura zrobiła z niego opowieść — efektowną, łatwą do sprzedania — i później ta opowieść ustawia oczekiwania wobec zwykłych ludzi w spektrum, którzy po prostu próbują żyć, pracować, uczyć się, utrzymać relacje i ogarnąć bodźce. U wielu osób z ASD nie ma żadnych „supermocy”. Bywają mocne strony, bywają wysepkowe zdolności i intensywne zainteresowania, ale równie często jest wieloletnia praca, trening, dyscyplina, budowanie umiejętności wbrew przeciążeniu. To, co z zewnątrz wygląda jak „nadzwyczajny talent”, od środka bywa po prostu efektem wysiłku, nierzadko większego niż u neurotypowych rówieśników, bo dochodzi koszt sensoryczny i społeczny. Najbardziej niepokoi mnie jednak to, co dzieje się później w relacjach, bo jeśli otoczenie reaguje uwagą głównie wtedy, gdy osoba w spektrum „dowodzi czegoś wyjątkowego”, uruchamia się mechanizm znany w psychologii jako warunkowa aprobata: niby akceptacja jest, ale pod warunkiem — że jesteś imponujący. Człowiek zaczyna czuć, że jest ważny tylko wtedy, gdy coś umie i robi coś niezwykłego, więc jeszcze mocniej maskuje trudności, jeszcze bardziej pilnuje wizerunku, coraz rzadziej jest sobą i coraz częściej funkcjonuje jak produkt „wartościowy, kiedy zachwyca”. To może być racjonalna adaptacja do systemu nagród, ale ceną bywa zdrowie psychiczne i autentyczność. Sedno nie polega na tym, żeby przestać doceniać, tylko żeby docenianie nie stawało się warunkiem człowieczeństwa: zamiast „supermoc” można powiedzieć „lubię, jak myślisz” albo „lubię, jak to tłumaczysz”, zamiast „pokaż talent” lepiej zapytać „jak się czujesz, czego potrzebujesz?”, a zamiast robić z „wyjątkowości” walutę akceptacji — dać jasny komunikat: „jesteś dla mnie ważny ,także wtedy, gdy nic nie udowadniasz”. Najważniejsza korekta społeczna nie brzmi „Co potrafisz?”, tylko „Czy masz przestrzeń, żeby być sobą?”.
Gabinet mowy i myśli Fundacja Powerfly

30/01/2026

Komentarz – słyszę go w gabinetach, na korytarzach, w rozmowach między specjalistami: „Teraz to już każde dziecko ma diagnozę.” „Dzieci są przediagnozowanie.” A ja mam w głowie jedno pytanie: czy my naprawdę rozmawiamy o dzieciach… czy o własnym dyskomforcie wobec tego, że świat się zmienił?

Prawda — diagnoz jest więcej. Tyle, że liczba diagnoz nie rośnie w próżni.
Rośnie świadomość. Rośnie wiedza. Zmieniają się standardy. Pojawiają się narzędzia. I w Polsce wydarzył się bardzo konkretny moment: w czerwcu 2017 roku udostępniono polską wersję ADOS-2, jednego z najbardziej uznanych narzędzi obserwacyjnych w diagnostyce ASD. To był krok w stronę większej trafności i porównywalności ocen — mniej „czucia”, więcej wspólnego języka między ośrodkami.
Kiedy ktoś mówi „jest za dużo diagnoz”, ja słyszę: „jest za dużo ludzi, których wcześniej nie umieliśmy nazwać”. To nie jest tak, że ASD nagle „się zrobiło modne”. Światowe szacunki WHO mówią o częstości rzędu około ~1% populacji (czyli mniej więcej 1 na 100-kilkadziesiąt osób, zależnie od danych i metod). To nie brzmi jak chwilowa moda. To brzmi jak realna grupa ludzi, którzy istnieją niezależnie od tego, czy system potrafi ich rozpoznać.
Mam ogromny opór wobec narracji, że ADOS-2 to „zbijanie kasy” (mam nadzieję, że tak nie jest). Kto był blisko tego badania, ten wie: to nie jest szybka usługa jak wymiana opon. To jest strukturalizowana, wymagająca procedura, która wymaga doświadczenia, uważności i klinicznego myślenia.
Trzeba powiedzieć uczciwie: ADOS-2 nie jest diagnozą. Jest narzędziem w procesie. Bardzo mocnym, ale nadal tylko elementem większej układanki. Zresztą badania pokazują, że wyniki ADOS-2 i rozpoznanie kliniczne oparte o DSM-5 mogą się rozjeżdżać — czyli jeśli ktoś robi z ADOS-u „wyrocznię”, to po prostu robi błąd metodologiczny. Freudenstein i współautorzy zwracają uwagę właśnie na to: samo narzędzie nie wystarczy, bo realne życie i realne dziecko nie mieszczą się w jednym protokole.
Środowisko ma znaczenie. Sposób życia ma znaczenie. Sen, relacje, stres, tempo dnia, dieta, nierówności materialne — to wszystko może wpływać na rozwój zachowania i na to, jak dziecko funkcjonuje społecznie. Do tego dochodzi ekran. I nie chodzi o moralizowanie, tylko o prostą obserwację: im mniej prawdziwych relacji i swobodnej, „podwórkowej” interakcji, tym trudniej rozwija się społeczna sprawność.
Uwaga: to nie jest argument przeciw diagnozom. To jest argument za tym, żeby diagnozować mądrze — i żeby nie używać hasła „przediagnozowanie” jako młotka na rodziców, którzy wreszcie próbują zrozumieć swoje dziecko.
Bo prawda jest taka, że bycie dobrym diagnostą nie polega na tym, że się zrobi kurs i kupi narzędzie.
Dobry diagnosta ma w głowie szeroką mapę: zna różne obrazy neuroróżnorodności, umie odróżnić normę od trudności, potrafi zobaczyć sprzężenia, maskowanie, niuanse. I ma pokorę, żeby powiedzieć: „To wymaga czasu. To wymaga zespołu. To wymaga kontekstu.”
A więc może pytanie nie brzmi: „czy jest za dużo diagnoz?”
Tylko: „czy te diagnozy są robione rzetelnie, dostępnie i po coś?”
Bo diagnoza nie jest etykietą. Diagnoza jest językiem.
A język — jeśli jest użyty dobrze — potrafi dać ulgę, kierunek, wsparcie i szansę na lepsze życie.
Fundacja Powerfly Gabinet mowy i myśli

25/01/2026

Życie z nastolatkiem.

Czytam czasem te wszystkie złote rady o nastolatkach i myślę: ale to ładnie wygląda na grafice. „Bądź stabilna”. „Bądź konsekwentna”. „Dawaj wolność i trzymaj granice”. A potem przychodzi zwykły dzień: gorsza noc, praca, milion spraw, napięcie w ciele. I wystarczy jedna iskra — jedno spojrzenie, jeden ton, jedno „zaraz” — żeby z rozmowy zrobiła się wojna o nic.

Najtrudniejsze w rodzicielstwie nastolatka jest to, że spotykają się dwa zmęczone układy nerwowe. Oni — w emocjach, w burzy, w przebudowie. My — z własną historią, deficytami, stresem, czasem z zasobami na wypaleniu. I nagle nie wygrywa „wiedza”, tylko to, kto pierwszy się zapali.

Dopiero po czasie widzę, że to nie jest konkurs na idealną reakcję. To jest sztuka wracania do relacji. Zauważania: „Okej, odpaliło nas oboje”. I uczenia się naprawy: „Przepraszam za ton. Ustalmy to jeszcze raz, spokojniej”. Bo czasem największą siłą rodzica nie jest perfekcja — tylko umiejętność wrócić, nazwać i zrobić drugi krok. Bo nie racja ale relacja jest priorytetem.
Fundacja Powerfly

25/01/2026

Jako diagnosta ADOS-2 często obserwuję powtarzający się wzorzec: klasyfikacja potwierdza cechy ASD, a wysokie wyniki dotyczą głównie obszarów takich jak komunikacja, interakcje społeczne, zabawa i zainteresowania. Natomiast w obszarze manieryzmów, zachowań stereotypowych czy ograniczonych zainteresowań wyniki bywają wyraźnie niższe albo nie występują.

I tu pojawiają się moje „wolne myśli”. Nie w sensie podważania narzędzia. ADOS-2 jest rzetelnym elementem procesu. Raczej w sensie refleksji o tym, jak bardzo zmienia się środowisko i rozwój dzieci – i jak to może wpływać na obraz funkcjonowania.

Coraz częściej widzę u dzieci i młodzieży (mniej więcej do 15. roku życia) trudności w:

nazywaniu własnych emocji i uczuć,

empatyzowaniu,

inicjowaniu i podtrzymywaniu interakcji,

opisywaniu własnych przeżyć.

Ciekawy bywa kontrast: opisywanie cudzych emocji (np. na obrazku) potrafi wypadać całkiem dobrze. Natomiast rozumienie i nazywanie własnych stanów wewnętrznych – wyraźnie gorzej. I wtedy pojawia się pytanie diagnostyczne, które traktuję bardzo serio: gdzie kończy się profil neurorozwojowy, a gdzie zaczyna język przeciążenia, lęku, stresu, izolacji, zmian relacyjnych? Kiedy widzimy cechę, a kiedy strategię przetrwania?

Do tego dochodzi wątek współwystępowania ADHD i ASD. Owszem, jest empirycznie opisywane, czasem na bardzo wysokich poziomach (Rong i in., 2021), ale te szacunki są też coraz częściej krytykowane i dyskutowane (Hours i in., 2022; Leitner, 2014). W praktyce oznacza to jedno: diagnoza różnicowa wymaga pokory i czasu.

Na koniec ważne doprecyzowanie: formalną diagnozę ASD stawia lekarz psychiatra. My, psychologowie, towarzyszymy – rzetelnie oceniamy funkcjonowanie, korzystamy z najlepszych narzędzi, opisujemy profil, wspieramy proces. I dbamy o to, żeby diagnoza porządkowała rzeczywistość, ale jej nie upraszczała.

Jeśli ten temat jest Ci bliski, napisz w komentarzu: co w diagnozie jest dla Ciebie (lub Twojej rodziny) najtrudniejsze – sam proces, niepewność, a może reakcje otoczenia?

19/01/2026

Słowo o traumie.

Jednym z trudniejszych obszarów diagnostycznych są skutki wydarzeń traumatycznych u dzieci. Dlaczego? Bo dziecko często nie potrafi nazwać tego, co się z nim dzieje. Jego możliwości werbalizacji są ograniczone rozwojowo, a objawy bywają niespecyficzne lub odroczone (Badura-Madej i Dobrzyńska-Mesterhazy, 2007; Odachowska i Woźniak-Prus, 2018).

Im wcześniej działają czynniki niekorzystne, tym głębsze i rozleglejsze mogą być konsekwencje (Briere i Scott, 2010). Szczególnie w pierwszych latach życia – w okresie przedwerbalnym – gdy mózg dopiero organizuje się wokół doświadczenia bezpieczeństwa (Perry i Pollard, 1998; Perry i in., 1995).

I teraz rzecz kluczowa z punktu widzenia gabinetu: ADHD bywa mylone z konsekwencjami traumy, zwłaszcza u dzieci. Trudności z koncentracją, impulsywność, wybuchowość, „odcięcia”, nadreaktywność czy unikanie mogą wyglądać podobnie, a mieć zupełnie inne źródła. A związek ADHD i PTSD może mieć różny charakter, co realnie komplikuje diagnozę różnicową (Odachowska i Woźniak-Prus, 2018).

Dlatego w praktyce tak ważne są:

dobry wywiad (w tym kontekst bezpieczeństwa i stresu),

obserwacja w czasie,

wieloźródłowe dane,

i – gdy ma to sens – narzędzia ukierunkowane na doświadczenia urazowe

Podobne zachowanie nie zawsze znaczy to samo. I to zdanie wraca do mnie regularnie, gdy ktoś przychodzi „po jedną odpowiedź”.

W kolejnym poście: o ADOS-2 i o pewnym obrazie trudności, który widzę coraz częściej u dzieci i nastolatków.

Adres

Ulica Szpitalna 11
Barlinek
74-320

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 16:00 - 20:00
Wtorek 16:00 - 20:00
Środa 16:00 - 20:00
Czwartek 16:00 - 20:00
Piątek 16:00 - 20:00

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy E&B Gabinet Psychologiczno-Pedagogiczny umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij