17/03/2020
Tegoroczna wiosna zapisze się niewątpliwie w mojej pamięci.Zwykle o tej porze poddaję się wirowi niecierpiących zwłoki obowiązków. Nie mam czasu, by dobrze poczuć zapach budzącej się do życia ziemi i nasycić się ekstazą, którą czuć w powietrzu. Ogródek zostawiam samemu sobie.Regularnie nie zdążam przyciąć ukochanej lawendy i oczyścić z suchych części. Tymczasem w okolicach wakacji pozostaje mi już tylko odnotować fakt, że natura poradziła sobie tak, jak umiała. Z rachitycznych, zgrubiałych fragmentów odbijają boczne , walczące o przetrwanie odnóżki .Życie zawsze znajdzie sobie drogę.Z każdym rokiem krzaki stają się jednak coraz bardziej zdziczałe, kostropate i nie tworzą regularnych kęp, a co gorsza nie kwitną tak gęsto, jak młode pędy.
Tego roku z powodu koronawirusa weszłam dzielnie w rolę ogrodnika. Przycięłam, co się dało. Niektóre zdrewniałe krzaki lawendy niemalże do samej ziemi.
Robiąc to nie mogłam pozbyć się myśli, że archetyp ogrodnika potrzebny jest każdemu z nas wiosną.
Potrzebujemy dokonać rozrachunku, co zdrewniało w wyniku przystosowania do trudnych warunków życiowych i nie może już
wydać zielonych, zdrowych pędów. Co uschło i nie jest w stanie przepuścić życiodajnych soków?
Potrzebujemy zrezygnować ze starych, nieefektywnych programów, które wynikają z rodzinnych skryptów i obecnie zamiast pomagać, zatrzymują energię i przysparzają
jedynie cierpienia, a w dodatku ze względu na swój automatyzm są trudno zauważalne.
Problem w tym jednak, że są nasze, osobiste i tak trudne do rozgraniczenia.
Identyfikujemy się z nimi - są z nami bowiem całe nasze życie.
Trudno jest więc sobie samemu'' odciąć'' kawałek siebie i oczekiwać cudu.
Człowiek jest jednak częścią natury i tak jak ona może zaufać procesowi... mimo iż teraz prawie nie widać w ogródku odbijającej od ziemi lawendy, latem po wykonaniu obecnie stosownych zabiegów ,spodziewam się fioletowego, pachnącego łana pod oknem.
Dlaczego? Bo ufam procesowi życia...