Chłop czy Baron?

Chłop czy Baron? Genealogia chłopska rodziny Baronów z Pietrzykowic koło Żywca

WIEJSKIE DZIECI - REFLEKSJE PO LEKTURZEChoć książkę nabyłem już w marcu, a początkiem maja wybrałem się na spotkanie aut...
30/08/2026

WIEJSKIE DZIECI - REFLEKSJE PO LEKTURZE

Choć książkę nabyłem już w marcu, a początkiem maja wybrałem się na spotkanie autorskie w Skoczowie, w natłoku różnych obowiązków nie miałem kiedy dokończyć lektury niemal 500-stronicowej książki Anety Godyni pt. „Wiejskie Dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali”. Udało się to zrobić dopiero w tym tygodniu, podczas wyjazdu górskiego w Wysokie Taury. Był to pierwszy od wielu lat wyjazd, na który nie musiałem zabrać ze sobą laptopa.

Czy „Wiejskie Dzieci” to książka o dzieciach? Tak, ale nie tylko. To przede wszystkim książka o chłopskich rodzinach, na które autorka patrzy ze szczególnym uwzględnieniem najmłodszych ich członków. O ciąży, narodzinach, połogu, wychowaniu, pracy, zabawie i edukacji, ale także o chorobach, śmierci, biedzie, wierzeniach, relacjach między domownikami i codziennych obowiązkach.

I chyba właśnie to jest w niej dla mnie najciekawsze z genealogicznego punktu widzenia. Kiedy przeglądam księgi metrykalne, najczęściej widzę imię, nazwisko, datę, miejsce i kilka dodatkowych informacji. Czasem wiem, że mój przodek miał kilkanaście dzieci, że któreś z nich zmarło w wieku kilku miesięcy, że w wieku dwudziestu kilku lat wzięło ślub. „Wiejskie Dzieci” pozwalają trochę wyjść poza te suche informacje i zastanowić się, jak wyglądało życie tych ludzi pomiędzy kolejnymi zapisami w księgach.

Autorka bardzo szeroko pokazuje świat, w którym dorastali nasi pradziadkowie i pra(x2)dziadkowie. Dziecko od najmłodszych lat było częścią gospodarstwa i rodzinnej codzienności. Nie było wyraźnej granicy pomiędzy światem dzieci i dorosłych, a praca i obowiązki pojawiały się bardzo wcześnie. Jednocześnie dzieci miały swoje zabawy, marzenia, lęki i sposoby spędzania czasu.

Sporo miejsca poświęcono również małżeństwom. Dziś trudno nam czasem zrozumieć, dlaczego ktoś poślubił konkretną osobę, szczególnie gdy dzieliła ich spora różnica wieku albo pochodzili z różnych miejscowości. Książka pokazuje, że romantyczne wyobrażenie o małżeństwie z miłości często niewiele miało wspólnego z rzeczywistością dawnej wsi. Liczyły się między innymi gospodarstwo, majątek, pozycja rodziny, pracowitość przyszłego małżonka czy możliwość zapewnienia sobie odpowiednich warunków życia. Miłość mogła się pojawić, ale niekoniecznie musiała być powodem zawarcia małżeństwa.

Bardzo interesujący jest dla mnie także wątek emigracji. W genealogii często szukamy przodków, którzy wyjechali „do Ameryki”, mając na myśli przede wszystkim Stany Zjednoczone. Tymczasem kierunków emigracji było znacznie więcej. Autorka pokazuje również losy tych, którzy zdecydowali się szukać lepszego życia w Ameryce Południowej – o czym w popularnych opowieściach o emigracji mówi się zdecydowanie rzadziej.

Dużym atutem książki są fotografie. Jest ich naprawdę mnóstwo i nie są wyłącznie ilustracją tekstu. Pomagają zobaczyć świat, o którym czytamy. Szczególnie cieszyły mnie zdjęcia pochodzące z miejsc, które znam – między innymi z Istebnej czy Soli. Dzięki nim opisywana rzeczywistość staje się jeszcze bliższa.

Warto też zwrócić uwagę na ogromną bibliografię. Autorka korzystała między innymi z pamiętników chłopskich, materiałów etnograficznych, opracowań historycznych i wielu innych źródeł. Dla mnie, jako osoby zajmującej się genealogią, to dodatkowa wartość – książka nie kończy się na samej opowieści, ale daje sporo możliwości dalszego zgłębiania poszczególnych tematów.

„Wiejskie Dzieci” nie jest więc książką, która odpowiada na pytanie, kim byli nasi przodkowie. Tego nadal musimy szukać w metrykach, archiwach i innych źródłach. Jest za to świetnym uzupełnieniem tych poszukiwań, bo pomaga odpowiedzieć na inne pytanie: w jakim świecie żyli?

I chyba właśnie dlatego warto po nią sięgnąć, nawet jeśli nasze drzewo genealogiczne dawno wyszło poza XIX i początek XX wieku. Bo im lepiej rozumiemy codzienność ludzi, których nazwiska wpisujemy do drzewa, tym mniej są oni tylko kolejnymi imionami i datami. Stają się ludźmi, którzy mieli swoje dzieciństwo, obowiązki, marzenia, problemy, radości i własny sposób patrzenia na świat.

📗 Godynia Aneta, Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali, Wydawnictwo Sploty, Gliwice 2026, stron 488, format 143x222 mm (ISBN: 978-83-289-2040-8)

METRYCZKI DOWODOWECzasem na genealogiczne dokumenty czeka się miesiącami. W tym przypadku trzeba było uzbroić się w cier...
21/08/2026

METRYCZKI DOWODOWE

Czasem na genealogiczne dokumenty czeka się miesiącami. W tym przypadku trzeba było uzbroić się w cierpliwość na… 549 dni. Ale gdy w końcu zobaczyłem skany, wiedziałem, że warto było czekać.

Gdy zakładałem tę stronę, w jednym z pierwszych postów napisałem, że w przyszłości opowiem o metryczkach dowodowych. Tak się jednak składa, że najczęściej piszę o tym, nad czym aktualnie pracuję, z jakich nowych źródeł korzystam, a znacznie rzadziej sięgam do materiałów zgromadzonych przez lata, np. metryczek, które od lat są w moich zbiorach.

Gdy dekretem z dnia 22 października 1951 r. o dowodach osobistych wprowadzono obowiązek posiadania dowodu osobistego, należało złożyć ankietę, a później wniosek o wydanie dowodu osobistego oraz załączyć trzy fotografie. Jedną z nich wklejano bezpośrednio do ankiety, druga trafiała do dowodu osobistego, który stał się podstawowym dokumentem tożsamości dorosłych Polaków, a trzecią przyklejano na tzw. metryczce dowodowej.

Czym była metryczka dowodowa? Był to dwustronny kartonik o wymiarach 10,5x14,5 cm, który jako poświadczenie odbioru dokumentu trafiał do Centralnego Rejestru Wydanych Dokumentów Tożsamości. Rejestr ten stanowił ewidencję dorosłych obywateli PRL i był poprzednikiem późniejszego, stosowanego do dziś systemu PESEL. Metryczki funkcjonowały w latach 1952-1997. W momencie wpłynięcia wniosku o nowy dowód, wraz z nową metryczką, poprzednia (zdezaktualizowana) była niszczona.

Cóż można znaleźć na takiej metryczce? Na pierwszej stronie znajdowały się fotografia, rysopis (wzrost, kolor oczu i znaki szczególne), data odbioru dowodu oraz podpis odbierającego, a także nazwa organu wydającego i podpis osoby uzupełniającej kartę. Na odwrocie umieszczano nazwisko i imię lub imiona, a w przypadku mężatek także nazwisko rodowe, imiona rodziców i nazwisko rodowe matki, datę i miejsce urodzenia, stan cywilny, imię współmałżonka oraz nazwisko rodowe żony, wykształcenie i zawód wyuczony, miejsce pracy i zamieszkania, a także nazwiska, imiona i pseudonimy używane poprzednio oraz serię i numer poprzedniego dowodu osobistego. Na najstarszych metryczkach można odnaleźć również odciski palców obywateli, traktowane wówczas jako odpowiednik własnoręcznego podpisu.

Choć teoretycznie Centralny Rejestr Metryczek Wydanych Dokumentów Tożsamości z lat 1952-1997 powinien zawierać metryczki wszystkich osób żyjących w tym okresie, dokumenty osób zmarłych oraz tych, które wyemigrowały na stałe z Polski, były brakowane. Pomimo tego, ten największy zbiór dokumentów osobowych zawierających fotografie portretowe znajduje się obecnie w Archiwum Państwowym w Warszawie, Oddziale Dokumentacji Osobowej i Płacowej w Milanówku.

Aby zawnioskować o metryczkę, należy wypełnić formularz APW-12 i przesłać go do archiwum, najlepiej za pośrednictwem ePUAP-u. Wzór wniosku znajdziecie tutaj: https://warszawa.ap.gov.pl/wp-content/uploads/2021/10/Formularz-metryczki-APW-12.docx

Dlaczego piszę o tym właśnie dzisiaj? 19 lutego 2025 r. złożyłem 11 wniosków o odszukanie i wydanie łącznie 22 metryczek moich zmarłych krewnych i ich małżonków. Kilka dni temu otrzymałem informację o odnalezieniu dziewięciu metryczek, a po opłaceniu kosztów wykonania skanów (3 zł za stronę) dokładnie dzisiaj trafiły do mnie te bezcenne dokumenty.

Okres oczekiwania na realizację mojego wniosku w Milanówku wyniósł zatem aż 549 dni... Zbyt wiele wniosków i zbyt mało rąk do pracy...

Osoby wnioskujące o metryczki zawsze są zainteresowane informacją, dla osób zmarłych w których latach dokumenty te zachowały się w zasobie archiwalnym. W przypadku mojego wniosku odnaleziono metryczki wszystkich osób, które zmarły po 1989 r., oraz żadnej z osób zmarłych wcześniej.

Jako ciekawostkę dodam, że nie udało się odnaleźć metryczek dwóch krewnych, których koperty dowodowe pozyskałem kilka lat temu z Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej.

Dziewięć odnalezionych metryczek nie oznacza dziewięciu nowych gałęzi w drzewie. Część informacji znałem już wcześniej. Ale genealogia to nie tylko odkrywanie nieznanych faktów. Czasem równie cenne jest zobaczenie twarzy człowieka, którego dotąd znało się wyłącznie z dat, nazwiska i kilku zapisów w dokumentach. Nawet jeśli na tę chwilę trzeba czekać... 549 dni.

PODCAST GENEALOGICZNYPoznaliśmy się na studiach podyplomowych, wspólnie szukaliśmy nieznanego ojca, a dziś możecie posłu...
14/08/2026

PODCAST GENEALOGICZNY

Poznaliśmy się na studiach podyplomowych, wspólnie szukaliśmy nieznanego ojca, a dziś możecie posłuchać, jak pyta mnie o… chłopów i Baronów.

Kasię poznałem na studiach podyplomowych "Genealogia. Teoria i praktyka". Naszą wykładowczynią z genealogii genetycznej była Marta. Podczas jednej z konferencji genealogicznych spotkałem Anię. Z całą trójką oraz Mariuszem uczestniczyłem w bodaj pierwszym projekcie Search Angels – poszukiwaniu nieznanego ojca jednej z osób, które zgłosiły się do Marty.

Niestety, mnogość projektów, w które jestem zaangażowany, sprawiła, że nie byłem w stanie angażować się w kolejne przedsięwzięcia w takim stopniu, w jakim chciałbym. Z kolei moi znajomi genealodzy coraz bardziej rozwijali swój warsztat, a ich doskonała współpraca przerodziła się w Fundacja Dziedzictwo Genetyczne.

Pewnie słyszeliście o niedawnym odnalezieniu sprawcy zabójstwa trzynastoletniej dziewczynki, do którego doszło w 2011 r. Tak, to właśnie oni stoją za tym sukcesem, a ich praca z wykorzystaniem genealogii genetycznej była wprost tytaniczna.

Z inicjatywy Katarzyna Hibel w ramach działalności Fundacji od kwietnia 2026 r. realizowany jest podcast genealogiczny „Niezwykłe historie zwykłych ludzi”. Niedawno Kasia zaprosiła mnie do udziału w tym projekcie, a już dzisiaj możecie posłuchać 7. odcinka pt. „O chłopach i baronach”…

Uczciwie przyznam, że jeszcze go nie słuchałem… więc dajcie znać, jak wyszło.

Link do rozmowy ze mną znajdziecie tutaj: https://open.spotify.com/episode/0CacPBZm5A3uvPoAwb8HnX?si=0beff7b8343b4c37

Zabawne, jak potrafią potoczyć się genealogiczne znajomości. Od miłej współpracy na studiach, przez wspólne poszukiwania, aż po rozmowę o mojej genealogicznej pasji. A teraz pozostaje mi już tylko odsłuchać, co właściwie powiedziałem.

Niezwykłe historie zwykłych ludzi. Podcast genealogiczny Fundacji Dziedzictwo Genetyczne · Episode

GENESPOTKANIE - JANCzasem genealogiczne poszukiwania zaczynają się od kilku kliknięć w MyHeritage, a kończą przy stole z...
11/08/2026

GENESPOTKANIE - JAN

Czasem genealogiczne poszukiwania zaczynają się od kilku kliknięć w MyHeritage, a kończą przy stole z albumem starych fotografii i krewnym, którego jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie znałeś.

Zwykle, gdy na portalu MyHeritage trafi mi się podobieństwo SmartMatch w linii, której jeszcze nie znam, sprawdzam, czy osoba, która założyła to drzewo, jest bezpośrednim potomkiem mojego krewnego. Niestety, wielu ludzi, korzystając z tej funkcji, dodaje potencjalnych krewnych jak leci, co sprawia, że wiarygodność takich drzew jest mocno wątpliwa. Przy bezpośrednich potomkach zawsze jest jednak szansa na szczęśliwy traf.

Niestety, na wiele wysłanych wiadomości do dzisiaj nie otrzymałem odpowiedzi. Wiele z tych drzew zostało utworzonych wiele lat temu, a ich autorzy, po chwilowym zachłyśnięciu się pomysłem na stworzenie drzewa rodowego, porzucili ten projekt.

Gdy w połowie maja tego roku namierzyłem drzewo, w którym umieszczeni zostali Antoni Nawaryński (1892-1952) i jego pierwsza żona, Aniela z d. Baron (1895-1923), ucieszyłem się. Drzewo założyła ich prawnuczka Basia, która, mierząc się ze swoim pochodzeniem, dotarła do swoich przodków rodem z Pietrzykowic.

Aniela Nawaryńska z d. Baron (1895-1923) była kuzynką 3. stopnia mojego pradziadka Antoniego Barona (1887-1950), a naszymi wspólnymi przodkami byli Paweł Baron (1762-1828) i Marianna z d. Kieluś (1767-1832).

Na wiadomość od Basi czekałem dość długo. A może nie aż tak długo… Na początku lipca otrzymałem odpowiedź. Wymieniliśmy się posiadanymi informacjami, a kilka dni później rozmawialiśmy przez telefon jak starzy znajomi.

Basia wspomniała wtedy, że ma wujka, który był kuzynem jej mamy i bardzo chętnie podzieli się informacjami o rodzinie Nawaryńskich. Zasugerowałem, by podała mu mój numer telefonu… a trzy dni później Jan zadzwonił do mnie. Rozmawialiśmy prawie godzinę i już wtedy obiecałem mojemu krewnemu, że odwiedzę go, jak tylko uda nam się dograć dogodny termin.

W końcu dzisiaj, zaraz po pracy, ruszyłem w stronę Rycerki Dolnej. Wielokrotnie przejeżdżałem tędy, by wędrować górskimi szlakami w rejonie Worka Raczańskiego. Tym razem celem było jednak spotkanie z krewnym.

Jan przyjął mnie z otwartymi ramionami, serwując mnóstwo anegdot i rodzinnych opowieści. Przy tych, co do których autentyczności miał wątpliwości, bardzo wyraźnie to zaznaczał. Wiadomo jednak, że w większości opowieści jest ziarnko prawdy, a rolą genealogów jest jego odnalezienie.

Przygotował także album ze starymi zdjęciami, a ja zabrałem się za skanowanie. Od razu, korzystając z ekranu laptopa, powiększyliśmy niektóre z nich, by lepiej przyjrzeć się uwiecznionym na nich osobom i spróbować rozpoznać te dotąd niezidentyfikowane.

Czas biegł tak szybko, że nie zauważyliśmy, kiedy minęły prawie trzy godziny.

Pięknie dziękuję za to cudowne popołudnie, pełne rodzinnych opowieści i tropów, które pozwolą mi kontynuować badania w nieoczekiwanych kierunkach. Umówiliśmy się, że nie było to nasze ostatnie spotkanie, a może następnym razem wybierzemy się razem na górską wycieczkę? Kto wie? Wszak góry są naszą wspólną pasją.

Lubię takie genealogiczne „szczęśliwe trafy”. Zaczynają się od znalezionego w internecie drzewa, a kończą przy rodzinnym albumie, po kilku godzinach rozmowy i z kolejnymi historiami do odkrycia. I właśnie dlatego wciąż chce mi się szukać.

P.S.
Archiwalna fotografia umieszczona na naszym wspólnym zdjęciu przedstawia Anielę i Antoniego Nawaryńskich.

(post i zdjęcie publikuję za wiedzą i zgodą Jana)

GENESPOTKANIE - JOANNA, MARZENA I JULIACzasem wystarczy jeden wynik testu DNA, żeby nagle okazało się, że osoba, której ...
10/08/2026

GENESPOTKANIE - JOANNA, MARZENA I JULIA

Czasem wystarczy jeden wynik testu DNA, żeby nagle okazało się, że osoba, której nigdy wcześniej nie spotkałeś, jest Twoją rodziną. A potem zaczyna się pytanie: jak dokładnie jesteśmy spokrewnieni?

Dokładnie 3 stycznia br. dostałem za pośrednictwem MyHeritage wiadomość od Julii. Otrzymała wyniki swojego testu DNA i pojawiło się u niej dopasowanie genetyczne ze mną. Okazało się, że mamy 1,1% wspólnego DNA (74,9 cM), a najdłuższy wspólny segment ma 18,5 cM. Z moim Tatą miała aż 1,4% (102,4 cM), z najdłuższym segmentem o długości 20,9 cM.

Dodatkowo sama dość szybko zawęziła zakres poszukiwań, dając znać, że prawdopodobnie chodzi o jej pra(x2)babcię Helenę Szymik z d. Baron (1895-?). Helena była siostrą mojego pradziadka Antoniego Barona (1887-1950).

Nie ukrywam, że bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość, bowiem tak bliskiego dopasowania DNA dotąd nie miałem. Julia okazała się być córką mojej kuzynki 3. stopnia, a naszymi wspólnymi przodkami byli moi pra(x2)dziadkowie, Jan Baron (1855-1931) i Agnieszka z d. Piątek (1865-1928) – dokładnie ci, o których kiedyś pisałem w kontekście zdobytych podpisów pod umową kupna-sprzedaży.

Następnego dnia długo rozmawialiśmy przez telefon. To naprawdę budujące, gdy okazuje się, że wśród Twoich krewnych są pasjonaci genealogii.

Różne okoliczności sprawiły, że dogodna okazja do naszego spotkania pojawiła się dopiero wczoraj, a w ten weekend miałem wyjątkowe szczęście do spotkań z potomkami rodzeństwa mojego pradziadka Antoniego. Po sobotnim spotkaniu z Piotrem i Judytą, w niedzielę miałem się spotkać z Julią, jej mamą Marzeną i babcią Joanną.

Cóż, przy takim składzie nie wypadało jechać w pojedynkę, więc na krótką wycieczkę do Bystrej namówiłem mojego Tatę. Tak naprawdę pretekst był nieco inny – Joanna jest kuzynką 2. stopnia mojego Taty, a tak bliskich, choć dotąd nieznanych, krewnych jeszcze nie odwiedzałem.

Spotkaliśmy się w parku znajdującym się na terenie Centrum Pulmonologii i Torakochirurgii w Bystrej. Usiedliśmy przy jednym ze stolików piknikowych, gdzie przez ponad dwie godziny rozmawialiśmy o bliższych i dalszych krewnych. Okazało się, że najstarsi uczestnicy tego spotkania co chwilę zaskakiwali nas jakimiś ciekawostkami na temat przodków i krewnych.

Była też okazja do obejrzenia zdjęć – zarówno tych z moich zbiorów, jak i przyniesionych przez Julię. Myślę, że to nie ostatni raz, bo słysząc opowieści o zdjęciach czekających na uporządkowanie, wierzę, że jeszcze będzie okazja do niejednego spotkania.

Biorąc jednak pod uwagę, że Julia swoją najbliższą przyszłość wiąże z okolicą, w której przed laty, w poszukiwaniu lepszego życia, znaleźli się jej przodkowie… myślę, że będziemy mieć dodatkową okazję do interesujących poszukiwań potomków Baronów na Dolnym Śląsku.

Bardzo dziękuję za to przemiłe spotkanie, mnóstwo anegdot i trop, który sprawił, że niedługo będę szukał krewnych w Rybarzowicach. Okazało się, że dwóch braci pojęło za żony dwie potomkinie naszych Baronów – które, choć dla siebie są dość odległymi krewnymi, pochodzą od tych samych przodków. A kluczem do szybkiego odkrycia tego wątku było… charakterystyczne, zmienione w przeszłości nazwisko.

Jedno dopasowanie DNA, jedno spotkanie i nagle pojawiają się kolejne nazwiska, fotografie, historie i nowe miejsca do poszukiwań. Wygląda na to, że Baronowie znów zaprowadzą mnie w miejsce, którego się nie spodziewałem. Będzie się działo!

(post i zdjęcia publikuję za wiedzą i zgodą moich krewnych)

GENESPOTKANIE - JUDYTA I PIOTRSkaner w ogródku restauracyjnym przy żywieckim rynku? Brzmi trochę dziwnie. Chyba, że właś...
09/08/2026

GENESPOTKANIE - JUDYTA I PIOTR

Skaner w ogródku restauracyjnym przy żywieckim rynku? Brzmi trochę dziwnie. Chyba, że właśnie trwa spotkanie genealogiczne.

Judytę poznałem rok temu, podczas współorganizowanego przeze mnie Festiwalu Górskiego „U źródeł Białki”, gdy lekko spóźniona dotarła na prelekcję swojego brata. Już wtedy wiedziałem, że jest córką mojego kuzyna 3. stopnia, czyli kuzynką 4. stopnia moich córek.

W ciągu tego roku wielokrotnie kontaktowaliśmy się ze sobą, wymieniając różne ciekawostki genealogiczne i rozpisując drzewo o kolejne osoby.

W ciągłym zabieganiu w końcu wczoraj udało nam się umówić na spotkanie z Judytą, jej partnerem Hubertem i jej tatą, Piotrem. Mnie w spotkaniu towarzyszyła najstarsza córcia, Aniela.

Początek spotkania to wyjaśnienie Piotrowi, skąd wzięła się u mnie pasja genealogiczna, jak jesteśmy spokrewnieni i czym dokładnie się zajmuję. Potem zamieniliśmy się w słuch, a Piotr pokazywał zdjęcia i opowiadał o rodzinie, o krótkim pobycie na Ziemiach Odzyskanych, o sytuacjach łatwych, ale i tych trudniejszych. Judyta również przyniosła kilka zdjęć ze swoich zbiorów.

A ja notowałem i… skanowałem.

Bardzo dziękuję Wam za to miłe spotkanie i otwartość na moją pasję. A ja już wiem – nie od dzisiaj – że z pomocą Judyty pięknie opiszemy całą tę gałąź drzewa potomków Kazimierza i Agnieszki Baronów.

W genealogii najbardziej lubię chyba właśnie takie momenty – kiedy nazwiska z drzewa przestają być tylko wpisami w tabelce, a za kolejną gałęzią pojawiają się ludzie, ich wspomnienia i rodzinne fotografie. A skaner? Cóż… zawsze warto mieć go w plecaku.

(post i zdjęcia publikuję za wiedzą i zgodą Judyty i Piotra)

POBOROWI Z LIST REJESTRACYJNYCHCzasem wystarczy, że ktoś napisze: „W Skanotece pojawiły się nowe jednostki z Bielska-Bia...
04/08/2026

POBOROWI Z LIST REJESTRACYJNYCH

Czasem wystarczy, że ktoś napisze: „W Skanotece pojawiły się nowe jednostki z Bielska-Białej”. A potem otwierasz jeden dokument i nagle znajdujesz w nim trzech powinowatych ze swojego drzewa.

Wciąż nie mogę uwierzyć, że choć już tyle lat zajmuję się genealogią, długo pozostawałem samoukiem spoza tego środowiska. Wyjście z tą pasją do innych genealogów i krewnych sprawiło, że po pierwsze – od kilku lat spotykam się z dalekimi krewnymi, a po drugie – na bieżąco wymieniamy się kontaktami, informacjami o ciekawych jednostkach archiwalnych albo zwyczajnie mobilizujemy się do pracy.

Jakiś czas temu Łukasz zwrócił uwagę, że Skanoteka wzbogaciła się o skany jednostek archiwalnych z Archiwum Państwowego w Katowicach Oddział w Bielsku-Białej. Nasze szczególne zainteresowanie wzbudziła dokumentacja Powiatowej Komendy Uzupełnień Bielsko-Biała (zespół 1315).

W jednostce 23 znajdują się „listy rejestracyjne wszystkich mężczyzn ur. w latach 1883-1899, a zamieszkałych względnie zameldowanych do stałego pobytu w gminach: Bestwina, Bór Łodygowski, Bielany, Bór Wilkowski, Buczkowice, Bujaków, Godziszki pow. Biała”.

Listy rejestracyjne w Powiatowych Komendach Uzupełnień (PKU) były urzędowymi spisami ewidencyjnymi mężczyzn podlegających obowiązkowi służby wojskowej. Zawierały dane osobowe poborowych i rezerwistów z danego obwodu i służyły do ewidencjonowania osób podlegających obowiązkowi wojskowemu w II Rzeczypospolitej.

Cóż takiego można było w nich znaleźć?

Oprócz stopnia wojskowego i roku poboru, imienia i nazwiska oraz daty urodzenia zapisywano stan cywilny oraz dane żony, wyznanie, wykształcenie, zawód, język macierzysty, miejsce urodzenia i stałego zamieszkania oraz historię służby wojskowej w Wojsku Polskim i armii zaborczej. Dodatkowo umieszczano informacje o najbliższej rodzinie: rodzicach, żonie i dzieciach.

W listach rejestracyjnych znalazłem sporo krewnych po różnych liniach od strony mamy, udało się jednak namierzyć także powinowatych z drzewa genealogicznego potomków Kazimierza i Agnieszki Baronów.

Kogóż zatem udało mi się odnaleźć?

Pierwszym z nich jest szeregowy Jan Giertler (1893-1955), od 1920 r. mąż Marii Baron (1894-1965), która wywodziła się z jednej z linii buczkowickich, zapoczątkowanej przez jej dziadka Andrzeja Barona (1830-1892). Z tą linią praktycznie nie mam jeszcze kontaktu.

Z listy rejestracyjnej dowiadujemy się, że Jan urodził się 12 czerwca 1893 r. w Białej jako syn Franciszka Giertlera i Anny z d. Zolich, był wyznania rzymskokatolickiego, posługiwał się językiem polskim jako macierzystym i w tym czasie miał już jedno dziecko, urodzone 14 czerwca 1921 r. Ukończył cztery klasy szkoły ludowej, a z zawodu był krawcem. Przed wpisem na listę służył już zarówno w Wojsku Polskim, jak i w armii austro-węgierskiej.

Drugim z nich jest bombardier Tomasz Nędzka (1892-1945), stopień odpowiadający starszemu szeregowemu w wojskach artyleryjskich, od 14 sierpnia 1921 r. mąż Karoliny Kwaśnej (1901-1977), która wywodziła się z drugiej z linii buczkowickich, zapoczątkowanej przez jej dziadka Józefa Barona (1836-1876), który, notabene, był bratem wspomnianego wcześniej Andrzeja. Obecnie mam kontakt z wieloma potomkami tej linii, a już niedługo spotkam się z jedną z wnuczek Tomasza i Karoliny.

Z listy rejestracyjnej dowiadujemy się, że Tomasz urodził się 5 marca 1892 r. w Więckowicach (woj. krakowskie) jako syn Jana Nędzki i Katarzyny z d. Mocolek, był wyznania rzymskokatolickiego, posługiwał się językiem polskim jako macierzystym i w tym czasie miał już jedno dziecko, urodzone 15 sierpnia 1922 r. Ukończył cztery klasy szkoły ludowej, a z zawodu był szewcem. Przed wpisem na listę służył już zarówno w Wojsku Polskim, jak i w armii austro-węgierskiej.

Trzecim i ostatnim z nich jest szeregowy Rudolf Kosarz (1894-1959), od 24 sierpnia 1921 r. mąż Marii Baron (1901-1977), która również wywodziła się z drugiej z linii buczkowickich, zapoczątkowanej przez jej dziadka Józefa Barona (1836-1876). Gałązka drzewa genealogicznego zapoczątkowana przez Rudolfa i Marię niestety już wygasła.

Z listy rejestracyjnej dowiadujemy się, że Rudolf urodził się 22 maja w Godziszkach jako syn Macieja Kosarza i Agnieszki z d. Czader, był wyznania rzymskokatolickiego, posługiwał się językiem polskim jako macierzystym i w tym czasie nie miał dzieci. Ukończył trzy klasy szkoły ludowej, a z zawodu był robotnikiem fabrycznym. Przed wpisem na listę służył już w armii austro-węgierskiej i był inwalidą wojskowym.

Wszystkie trzy potomkinie Kazimierza i Agnieszki Baronów – Karolina i obie Marie – były kuzynkami 3. stopnia mojego pradziadka Antoniego Barona (1877-1950), choć po różnych liniach.

Listy rejestracyjne są dokumentami wtórnymi dla wielu faktów genealogicznych, nie powinno więc nas dziwić, że nie wszystkie zawarte w nich informacje są zgodne z metrykami.

Jan Giertler nie urodził się 12, lecz 17 czerwca 1893 r., a jego najstarsza córka przyszła na świat nie w 1921, lecz w 1920 r. Z kolei ślub Tomasza Nędzki i Karoliny Kwaśnej odbył się nie 14 sierpnia 1821 r., lecz 13 sierpnia 1921 r., a Rudolf nie urodził się 22, lecz 25 maja. To tylko kilka przykładów.

Listy rejestracyjne nie zastąpią ksiąg metrykalnych, ale potrafią być świetnym drogowskazem. Czasem podadzą błędną datę, ale za to wskażą żonę, dzieci, rodziców, miejsce zamieszkania, zawód czy przebieg służby wojskowej – informacje, których w metryce próżno szukać. A przede wszystkim mogą podpowiedzieć, gdzie szukać dalej...

INDEKSOWANIE – ŻYWIEC (MIASTO)„Jeszcze tylko tę jedną stronę i kończę na dziś” – powiedziałem sobie w sobotni wieczór. K...
02/08/2026

INDEKSOWANIE – ŻYWIEC (MIASTO)

„Jeszcze tylko tę jedną stronę i kończę na dziś” – powiedziałem sobie w sobotni wieczór. Kilka godzin później nadal indeksowałem.

Księgi metrykalne z XVIII wieku, o ile tylko stan ich zachowania na to pozwala, indeksuje się dość szybko. Osoba przyzwyczajona do sposobu prowadzenia łacińskich metryk z tego okresu może to robić niemal automatycznie – dodatkowe informacje o miejscu pochodzenia małżonków, udzielonych dyspensach lub inne informacje znajdują się tutaj dość rzadko. Imiona i nazwiska pary młodej oraz świadków to często jedyne dane, oprócz daty i informacji o księdzu udzielającym sakramentu.

Większym wyzwaniem jest późniejsza obróbka przygotowanego pliku, szczególnie w zakresie uwspółcześnienia nazwisk panien młodych. Wszystkie „-ówny”, „-szczanki”, „-owe”, „-ki” potrafią dać w kość, jeśli nazwisko nie jest typowe dla danego terenu.

Indeksując najstarsze metryki małżeństw z podżywieckich wsi – Zadziela i Starego Żywca – zauważyłem, że wpisy małżeństw z miasta Żywca są w księdze z lat 1733-1764 rozdzielone – większość znajduje się na początku, lecz część na samym końcu księgi. Ponieważ indeksujemy miejscowość po miejscowości, uznałem, że może to w przyszłości doprowadzić do błędu i pominięcia części wpisów, w związku z czym umówiłem się z Łukaszem, że zindeksuję ten okres także dla metryk żywieckich.

Nie spodziewałem się, że te metryki wciągną mnie tak bardzo, że zindeksuję cały okres objęty księgą w ciągu weekendu. Widząc, że z każdą stroną coraz bardziej zbliżam się do końca, nie chciałem przestać i pomimo późnej pory wmawiałem sobie, że ta strona będzie tą ostatnią na dzisiaj...

Miło mi zatem poinformować, że na Genetece dostępnych jest 575 indeksów małżeństw z miasta Żywca z lat 1733-1764 oraz kilka metryk z 1765 roku, które znalazły się w tej księdze. Wszystkie indeksy zawierają odnośniki do skanów na stronie CAAK, więc zainteresowani mogą w każdej chwili podejrzeć oryginał.

Jak widać, z indeksowaniem jest trochę jak z dobrą książką – kiedy zostaje już tylko kilka stron, trudno powiedzieć „ciąg dalszy jutro”.

Osobom, które w swoich poszukiwaniach dotarły już do II połowy XVIII wieku, życzę udanych poszukiwań w kolejnym, udostępnionym dzisiaj okresie!

INDEKSOWANIE - ZADZIELE I STARY ŻYWIECNie każda księga metrykalna daje się odczytać tak samo. Jedne prowadzą genealoga n...
30/07/2026

INDEKSOWANIE - ZADZIELE I STARY ŻYWIEC

Nie każda księga metrykalna daje się odczytać tak samo. Jedne prowadzą genealoga niemal za rękę, inne każą walczyć o każde nazwisko i każdą datę. Po kilku stronach można zastanawić się, czy aby na pewno to właściwe hobby...

Kontynuując pracę nad dotąd niezaindeksowanymi księgami małżeństw z parafii żywieckiej i starożywieckiej, tym razem na warsztat wziąłem Zadziele. Wybór nie był przypadkowy – z rozrzewnieniem wspominam książkę „Zadziele – piękna wioska”, napisaną na kanwie wspomnień swojej babci przez mojego kolegę Roberta Słonkę. To właśnie w Zadzielu odnalazł się także długo poszukiwany przeze mnie akt urodzenia mojego pra(x2)dziadka Macieja Herzyka (1845-1925).

Niestety, samo indeksowanie nie należało do łatwych zadań. Księgi przechowywane w parafii pw. Wszystkich Świętych w Starym Żywcu mocno ucierpiały podczas wojennej zawieruchy. Pojawiający się grzyb oraz słabej jakości atrament używany przy części wpisów dopełniły dzieła zniszczenia. Z niektórymi metrykami walczyło mi się jeszcze trudniej niż podczas indeksowania Tresnej i Zarzecza. Kilku wpisów, mimo wielu prób, nie udało się całkowicie odczytać.

Gdy w 1925 r. z żywieckiej parafii farnej wydzielono parafię przy kościele w Starym Żywcu, objęła ona swoim zasięgiem nie tylko Stary Żywiec, lecz także Zarzecze, Zadziele, część Tresnej, Czernichów, Międzybrodzie Żywieckie oraz część Moszczanicy. Dlatego indeksowane przeze mnie w ostatnim czasie metryki z okresu po 1925 r. przypisane są w Genetece do Zarzecza, dokąd – w związku z planowaną budową Jeziora Żywieckiego – przeniesiono parafię Wszystkich Świętych. Ostatecznie wody jeziora zalały teren dawnych wsi w 1966 r.

Pod wodami Jeziora Żywieckiego znalazł się między innymi nowo budowany dom moich dziadków – Karola Barona (1922-1974) i Ireny z d. Koczur (1925-2015).

Efektem mojej pracy z ostatniego miesiąca jest 1199 indeksów małżeństw z lat 1733-1945. Metryki z lat 1733-1904 obejmują dwie wsie – Zadziele i Stary Żywiec – które w księgach zapisywano wspólnie. Z kolei wpisy z lat 1905-1945 dotyczą już wyłącznie Zadziela. Wierząc zapewnieniom indeksującego, ten okres dla Starego Żywca powinien zostać udostępniony na Genetece już wkrótce.

Życzę udanych poszukiwań wszystkim, których przodkowie pochodzili z Zadziela i Starego Żywca!

Jedna księga zamknięta, kolejnych kilka czeka na swoją kolej. A ja już wiem, że za każdą z nich kryją się nazwiska, na które ktoś od lat czeka.

(w grafice ilustrującej ten post wykorzystałem pochodzące ze zbiorów Roberta Słonki zdjęcie wykonane w Zadzielu oraz skan pieczęci gminnej, a także skany stron ksiąg metrykalnych, z którymi miałem największy problem podczas indeksowania)

GENESPOTKANIE - MARTANiektóre genealogiczne znajomości zaczynają się od kliknięcia w MyHeritage. A kończą... wielogodzin...
29/07/2026

GENESPOTKANIE - MARTA

Niektóre genealogiczne znajomości zaczynają się od kliknięcia w MyHeritage. A kończą... wielogodzinną rozmową przy kawie.

Rozpisując drzewo genealogiczne Baronów, na początku 2024 r. wprowadziłem do niego gałąź Piotrowskich.

Anna Baron (1868-1945), kuzynka 1. stopnia mojego pra(x2)dziadka Jana Barona (1855-1931), 8 października 1889 r. poślubiła Jana Piotrowskiego (1857-1928). W ten sposób w budowanym przeze mnie drzewie potomków Kazimierza i Agnieszki Baronów pojawiła się gałąź Piotrowskich.

Przeglądając podobieństwa Smart Match w portalu MyHeritage, na początku marca 2024 r. trafiłem na drzewo Marty. Szybko okazało się, że jest bardzo otwarta na współpracę genealogiczną. Między innymi z nią konsultowałem pomysł założenia strony Chłop czy Baron?, pytając krewnych, czy w ogóle ta idea ma sens. Ciekawe, czy Marta jeszcze to pamięta.

Strona poświęcona genealogii chłopskiej rodziny Baronów z Pietrzykowic koło Żywca wystartowała na początku maja 2024 r. Nie do końca wiedziałem wtedy, co będę na niej publikował, a jeden z pierwszych tematów narodził się właśnie podczas naszych rozmów. Marta pomogła mi opracować tekst o muzykalnej rodzinie z ul. Muzyków, a od czasu do czasu podrzucała kolejne ciekawostki dotyczące swojej gałęzi naszej rodziny.

Różne obowiązki i sytuacje życiowe sprawiały, że przez ponad dwa lata nie udało nam się spotkać. W międzyczasie Marta pomogła mojej najstarszej córce uporządkować wiedzę przed maturą z języka polskiego.

Niedawno przesyłałem jej zdjęcia z początków pracy zawodowej jej mamy. To ciekawa historia, bo swoją karierę nauczycielską rozpoczynała jako wychowawczyni... mojego Taty.

W końcu wczoraj udało się zrobić to, co od ponad dwóch lat odkładaliśmy. Na zaproszenie Marty i jej męża Adama spotkaliśmy się na żywo.

Oczywiście głównym tematem była genealogia. Uzupełniłem wiele brakujących informacji, a Marta z Adamem opowiedzieli mi mnóstwo rodzinnych anegdot. Rozmawialiśmy o domu rodzinnym w Pietrzykowicach, świątecznych tradycjach, pasji jej Taty do ptaków i... boksu. Nie zabrakło też tematów niezwiązanych z genealogią. Okazało się, że równie chętnie rozmawiamy o puryzmie językowym i miłości do książek.

To było fantastyczne popołudnie. Gdyby nie wcześniej umówione przeze mnie kolejne spotkanie, mam wrażenie, że moglibyśmy rozmawiać jeszcze przez kilka godzin.

Lubię takie spotkania. Zaczynają się od nazwisk i dat zapisanych w drzewie genealogicznym, a kończą rozmowami o ludziach, ich pasjach, wspomnieniach i rodzinnych historiach. I właśnie wtedy kolejne gałęzie drzewa przestają być tylko schematem – znów stają się prawdziwą rodziną.

(post i zdjęcie publikuję za wiedzą i zgodą Marty)

Adres

Bielsko-Biała
43-300 TO 43-382

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Chłop czy Baron? umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij

Kategoria