14/04/2026
"Mamy problem z synem..."
W swojej pracy pracuję głównie z młodzieżą —
w szkole, w przychodni, w gabinecie...
I naprawdę rzadko zdarza się, żeby historia zaczynała się inaczej: przychodzą rodzice z młodym człowiekiem i listą trudności.
Spadek nastroju. Bunt. Brak komunikacji. Wycofanie. Problemy z emocjami, stresem. Czasem zachowania opozycyjne. Coraz częściej też trudności związane z jedzeniem — nadmierna kontrola, objadanie się, odmawianie posiłków.
I gdzieś między zdaniami pojawia się to kluczowe założenie: „z nim/nią jest coś nie tak”.
Trzeba pomóc. Najlepiej szybko. Najlepiej naprawić.
Tylko, że bardzo często w trakcie rozmowy okazuje się coś mało wygodnego: to dziecko wcale nie jest „zepsute”. Ono po prostu funkcjonuje w środowisku, które nie uczy go, jak radzić sobie z tym, co czuje.
Bo jednym z najczęstszych problemów w domach nie jest brak miłości. Jest brak rozmowy.
A dokładniej — brak tego, co dzieje się pomiędzy emocją a „rozwiązaniem”.
Dziecko mówi: „jest mi smutno”.
Rodzic: „to idź się czymś zajmij”, „nie przesadzaj”, „inni mają gorzej”, „posprzątaj pokój, to ci przejdzie”.
I temat zamknięty.
Tylko że emocja nie znika dlatego, że została zignorowana. Ona zostaje. Tyle że już bez zrozumienia, bez nazwania, bez wsparcia.
Brakuje tego środka:
„Co się stało?”
„Co sprawiło, że tak się czujesz?”
„Jak mogę ci pomóc?”
I wtedy dziecko zaczyna radzić sobie samo — tak, jak potrafi.
Czasem poprzez wycofanie.
Czasem poprzez bunt.
A coraz częściej poprzez ciało i zachowania, które przynoszą chwilową ulgę — jak jedzenie albo jego kontrolowanie.
Bo jeśli nikt nie nauczył, jak regulować emocje, to organizm i tak znajdzie sposób. Jedzenie staje się wtedy nie tylko jedzeniem — ale sposobem na poradzenie sobie z napięciem, smutkiem, pustką czy stresem.
I znów — objaw trafia do gabinetu.
A przyczyna bardzo często zostaje w domu.
Do tego dochodzą style wychowawcze rodziców, które — delikatnie mówiąc — potrafią robić więcej zamieszania niż porządku.
Dla przykładu - z jednej strony mamy styl „pełnej wolności”, gdzie granice są traktowane jak coś opcjonalnego. Dziecko może wszystko, decyduje o wszystkim, a wymagania… są raczej sugestią niż zasadą.
A potem pojawia się zdziwienie rodzica;
„Jak to możliwe, że w szkole nie przestrzega zasad?”
No cóż — trudno respektować granice tam, gdzie nagle istnieją, jeśli wcześniej były tylko teorią.
Albo może być i tak - styl dyrektywny:
„Bo ja tak mówię.”
„Nie dyskutuj.”
„Masz zrobić i koniec.”
Bez tłumaczenia. Bez rozmowy. Bez przestrzeni na emocje.
Efekt? Dziecko albo uczy się tłumić wszystko w sobie (co często kończy się lękiem, napięciem, wycofaniem), albo buntuje się jeszcze bardziej — bo to jedyna dostępna forma „głosu”.
I w obu przypadkach… trafia do specjalisty.
Tylko że kiedy pracujemy dalej, bardzo często okazuje się, że to nie dziecko „nie radzi sobie z emocjami”. Ono po prostu nigdy nie dostało narzędzi, żeby się tego nauczyć.
Nie widziało tego w domu.
Nie doświadczało.
Nie było prowadzone przez ten proces.
Za to bardzo szybko nauczyło się jednego:
"że coś z nim jest nie tak".
Bo skoro to ono siedzi w gabinecie, a dorośli stoją obok i mówią, co jest „do naprawy”, to wniosek nasuwa się sam.
I tu pojawia się największy paradoks: dziecko często zaczyna czuć jeszcze większy smutek, wstyd, poczucie winy. Bo nie tylko zmaga się z trudnościami — ale jeszcze dostaje komunikat, że jest ich źródłem.
Dlatego moment, w którym specjalista zaczyna mówić o relacjach, komunikacji, postawach rodzicielskich… bywa niewygodny.
Bo dużo łatwiej jest przyjąć, że problem leży w dziecku, niż że trzeba coś zmienić w sobie.
A jednak bez tego, zmiana jest tylko pozorna.
Bo dzieci bardzo rzadko wymagają naprawy...