12/05/2026
Chcę zostawić tu dziś miejsce dla Stanisławy Celińskiej.
Dla jej głosu.
Dla jej słów.
Dla tej dziwnej umiejętności nazywania rzeczy,
których człowiek sam długo nie umiał nazwać.
Nie wiem, czy są piosenki,
które potrafią zostać w człowieku na lata.
Ale wiem, że „Nie strasz”
zostało we mnie bardzo.
To jest ten rodzaj słów,
które przychodzą wtedy,
kiedy ma się już za sobą kawał drogi.
Kiedy strach nie znika,
ale przestaje rządzić życiem.
Pamiętam, jak pierwszy raz słuchałam tej piosenki.
Wtedy wydawało mi się, że jest o sile.
Dziś myślę,
że bardziej jest o przeżyciu.
O człowieku,
który nie stał się ze stali.
Który dalej czuje,
dalej pamięta,
dalej ma w sobie kruche miejsca
a mimo to stoi.
Chyba dlatego tak mnie porusza.
Bo są takie momenty w życiu,
kiedy człowiek całymi latami próbuje tylko przetrwać.
Nie rozsypać się.
Nie dać się połknąć lękowi.
Nie zniknąć pod ciężarem tego,
co było…
A potem któregoś dnia
łapie się na tym,
że już nie żyje wyłącznie ze strachu.
Że pierwszy raz
nie musi już ciągle udowadniać, że zasługuje.
Nie musi błagać o miejsce.
Nie musi kurczyć się,
żeby komuś było wygodniej.
I wtedy właśnie
zaczyna się droga
do siebie.
Ta piosenka od lat leci gdzieś obok mojego życia.
Ale dziś słyszę ją inaczej.
Już nie jak hymn walki.
Bardziej jak ciche:
Jestem…
u siebie.
Stanisława Celińska - kobieta, która umiała zamieniać kruche miejsca w sztukę.