18/07/2026
Dostałam prezent z samej Góry.
W maju mam urodziny. Ten rok był wyjątkowy. Dostałam prezent z samej Góry.
Był to dzień pełen prezentów i niezwykle życzliwych ludzi.
Ale był to również czas dla mnie. Dla Bożeny.
W tym dniu zauważyłam, że rozciągnęłam dzień. Nie miał już, jak zawsze, 24 godzin. Trwał znacznie dłużej.
Od dnia moich urodzin zaczęłam obserwować swój czas. Zauważyłam, że jestem w stanie zrobić więcej niż do tej pory. Mam więcej czasu dla znajomych. Wszystko robię bez ścisku. Na mięciutko.
Wszyscy mówią, że doba się skróciła. Usłyszałam nawet zdanie, że teraz doba ma tylko 12 godzin. A moja trwa 48 godzin.
Jak to się stało?
Po pierwsze, zaczęłam zauważać, jak wiele zrobiłam w ciągu dnia. Zaczęłam być pod wrażeniem tego, że czas jest tak elastyczny jak plastelina. Zaczęłam być mu wdzięczna.
Przestałam denerwować się w korkach. Zamiast tego z wdzięcznością delektuję się czasem ze sobą.
Zauważyłam też, że odkąd się nie spieszę, wszystkie światła świecą na zielono. Jest przepływ. Jest udrożnienie. Jest kierunek.
Obecnie jestem bardzo uważna na swoje życie. Uważna na to, co ludzie do mnie mówią. Na to, co pacjent chce mi powiedzieć.
Daję mu się wygadać, chociaż naprawdę te historie są bardzo podobne. Podobne początki. Podobne zakończenia. Jak matryca.
Gdy słyszysz takie historie przez dwadzieścia lat, czasami chciałoby się je przerwać.
Ale teraz obserwuję pacjenta. Patrzę mu w oczy, bo tam głęboko jest jego dusza, która mówi. Mówi skórą, kaszlem, dusznością i łzawieniem.
Kiedyś nie zwracałam na to uwagi. Wykonywałam swoją pracę. Leczyłam ciało. Dieta rotacyjna, eliminacja alergenów, enzymy trawienne...
Pacjent mówił:
– Ale wie Pani, ja chyba nie dam rady...
A ja, z charakterem góralki, denerwowałam się.
Jak to nie da rady? Da radę. I już.
Wszystko było wypracowane i sprawdzone na tysiącach pacjentów.
A odkąd rozciągnęłam czas, widzę duszę pacjenta. I to dosłownie. Czasami czuję ją nawet w swoich kościach. Czuję ból, smutek i jednocześnie nadzieję.
Mentorzy mówią:
– Nie czuj. Nie wchodź w emocje pacjenta.
Kurczę... próbuję.
A może nie nadaję się na terapeutę?
Może jestem po prostu powinnam być nauczycielem.
W gabinecie widzę duszę, która wie, że ktoś ją wreszcie zauważył. Dlatego chorym ciałem szuka pomocy.
Kiedyś uważałam, że mój program jest najważniejszy. Najlepszy. Jako góralka spod Baraniej Góry wyciągałam pazury, gdy ktoś mówił, że ważniejsza jest dieta keto, dieta wołowa albo jeszcze inna.
A dzisiaj...
Wiem, że mój program jest skuteczny.
Ale dzisiaj wiem również, że żadna dieta nie jest najważniejsza.
Najważniejszy jest człowiek.
Jego oczy.
I jego dusza, która zerka, szukając pomocy.
Dusza tutaj, na Ziemi, chce się bawić, jeść, pić, jeździć na motorze 200 kilometrów na godzinę. Chce ciałem czuć wiatr we włosach. Chce, aby skóra czuła materię i życie.
Bo życie jest największym darem.
Ale gdy dusza jest zamknięta w biurze przed komputerem przez osiem godzin, a później jeszcze zabiera pracę do domu, z czasem wysycha, marnieje i zaczyna walczyć o siebie.
Ciałem.
Wysypka na twarzy mówi:
„Jestem. Popatrz głęboko w swoje oczy. Jestem.
Błagam Cię, nie trać życia tylko na to, żeby rozwijać się duchowo, mentalnie czy psychicznie.
Bawmy się
Przecież już jesteśmy doskonali.
Nie musimy nikomu niczego udowadniać”
Rozciągam dzień.
W ten weekend zauważam, że potrafię dodać sobie jeszcze jeden dzień.
Dzisiaj poszłam na wernisaż malować z dziećmi. Ostatni raz malowałam w ósmej klasie.
Dzisiaj bazgrałam.
Bawiłam się farbami.
Nagle obok mnie zaczęło płakać dziecko.
– Nie wychodzi mi. Jestem do niczego...
Pokazałam mu swoje bazgroły.
Zaczęło się śmiać.
Nie będę Matejką.
Ale moja dusza jest piękna.
Jest ukwiecona.
Tak jak dusza każdego z Was.