08/06/2021
Kochani, w placówce, w której odbywam staż poznałam wiele niesamowitych osób. Jedną z nich jest moja imienniczka Pani Monika, której przydarzył się kryzys psychiczny. Jej lekkie pióro i równie lekki opis choroby jest dla mnie imponujący.Postanowiłam za jej zgodą opublikować tekst, który napisała. A zatem do dzieła Pani Moniko, może moja Fundacja Zrolowani wyda kiedyś Pani książkę. "Mam na imię Monika. Jestem osobą jakich wiele na świecie. Mam jednak jedną super moc. Nauczyłam się żyć z zaburzeniem psychicznym jakim jest schizofrenia. Nie była to prosta droga i pewnie jeszcze wiele zakrętów przede mną, ale nauczyłam się te zakręty pokonywać. Nie nauczyłam się tego sama, ale dzięki pomocy osób, które stanęły na mojej drodze podczas procesu zdrowienia. Nie były to tylko osoby z rodziny, ale także lekarze, pielęgniarki i psychologowie, których spotkałam podejmując leczenie. Bardzo ważni w tym procesie zdrowienia byli też pacjenci, z którymi przebywałam na oddziałach, najpierw na zamkniętym, a później rehabilitacyjnym. Dzięki nim poczułam, że nie jestem sama ze swoim problemem i mimo, że choroba psychiczna wydaje się czymś strasznym to da się z nią żyć. Zachorowałam gdy przeżywałam chyba najszczęśliwszy okres w swoim życiu. Studiowałam wtedy medycynę weterynaryjną, kierunek, który uwielbiałam. Po raz pierwszy w życiu znalazłam ludzi z którymi potrafiłam rozmawiać, którzy sprawiali, że czułam się akceptowana i zwyczajnie lubiana. Po raz pierwszy się zakochałam. Wszystko to powodowało, że w przyszłość patrzyłam z optymizmem. Mimo to trafiłam na oddział psychiatryczny. Zaczęło się od problemów na studiach. Po niełatwym semestrze i niezdanym egzaminie, wróciłam do rodzinnego domu. Poddałam się. Odcięłam się od znajomych i przyjaciół. Miałam wrażenie, że tamta Monika umarła i rzeczywiście coś wtedy we mnie pękło. Straciłam cały swój świat, który z pieczołowitością budowałam przez lata. Została tylko przerażająca pustka, której nie umiałam niczym wypełnić. Całą złość i frustrację za swoje niepowodzenia przelałam na rodziców szczególnie na mamę. Byli przerażeni tym co się ze mną działo. Po pewnym czasie pojawił się on. Mój psychiatra. Wyglądał jak stereotypowy przedstawiciel tego zawodu. Pan około pięćdziesiątki z rozwianymi siwiejącymi już włosami tak zwyczajnie jakby to ból brzucha powiedział, że mam schizofrenię i muszę się leczyć do końca życia. Najbardziej w jego wyglądzie przykuwały oczy. W momencie postawienia mi diagnozy były uważne i przenikliwe jakby chciały zobaczyć moja duszę. Czasami wydawało mi się, że dla niego jest to możliwe. Diagnoza przyniosła mi pewnego rodzaju ulgę. Bo jeżeli, to co się ze mną działo, to choroba to znaczy, że można ją leczyć. Ta myśl dawała mi nadzieję na lepsze jutro, niewielką ale jednak. Na odział psychiatryczny trafiłam pierwszego listopada w Święto Zmarłych. Moja mama do tej pory opowiada, że na oddział szłam tam pewna siebie i z dużą odwagą. Nie bałam się, mimo że nie miałam zielonego pojęcia co mnie czeka. Miałam tylko nadzieję, że nie będzie to wyglądało jak „Locie nad kukułczym gniazdem”. Pierwsze dni na oddziale były trudne. Nowe miejsce i przeróżni ludzie z problemami sprawiali, że nie czułam się bezpiecznie. Dopiero po pewnym czasie nauczyłam się rutyny tego miejsca i poczułam się pewniej. Odkryłam, że oddział psychiatryczny to taki sam oddział jak inne w szpitalu z ludźmi, którzy są chorzy i potrzebują pomocy. Już trzeciego dnia pobytu zakomunikowałam mojemu psychiatrze, że chcę wrócić na studia co prawda już nie na weterynarie ale na jakieś inne. Myśl o studiach i zwykłym życiu trzymała mnie na powierzchni i nie pozwalała zanurzać się w depresyjnych myślach. Wtedy jeszcze nie wiedziałam ile wysiłku będzie mnie kosztowało marzenie o wyższym wykształceniu. Po czterech tygodniach wyszłam ze szpitala już jako zupełnie inna osoba. Powrót do domu był dziwny. Domownicy traktowali mnie trochę jak zgniłe j***o. Nie wiedzieli jak ze mną postępować, jak ze mną rozmawiać. Niby wszystko było w porządku. Codzienne rytuały odbywały się jak tak jak zwykle. Wspólne posiłki, telewizja, domowe obowiązki, jakiś spacer, wszystko to było niby jak dawniej. Tylko ja już nie byłam tą dawną Moniką. Stałam się jeszcze bardziej zamknięta w sobie niż przed chorobą. Jeszcze bardziej milcząca. Mimo że, brałam niskie dawki leków to czułam się przez nie otumaniona. Nie rozmawialiśmy o mojej chorobie, bo to było moja skaza i to ja musiałam sobie z nią poradzić. Przynajmniej tak na początku myślałam. Na początku nie zauważyłam jak wielki wpływ moja choroba ma na resztę rodziny. Dostrzegłam pewnego dnia, że tata postarzał się w ciągu ostatniego roku o dobre dziesięć lat. Mama, która zawsze była radosna i pełna energii nagle stała się zamyślona i nieobecna. Uświadomiłam sobie, że to nie tylko ja choruję, że w pewnym sensie choruje także moja najbliższa rodzina. Był to moment w którym zdałam sobie sprawę, że muszę zrobić wszystko co w mojej mocy żeby wrócić do normalnego życia. Kolejne lata były pełne wzlotów i upadków. Rozpoczęłam studia, które w przypływie bezsilności kilkakrotnie rzucałam. Później wracałam na nie z jeszcze większym zapałem co pozwoliło mi na ich ukończenie. Zaliczyłam dwa razy oddział rehabilitacyjny na którym poznałam mniej lub bardziej fantastycznych ludzi. Powoli uczyłam się jak żyć z tą chorobą. Powoli oswajałam ją bo wiedziałam że będzie mi towarzyszyła jeszcze długi czas. Czułam się trochę jak
małe dziecko stawiające swoje pierwsze kroki. Tak samo jak ono ja uczyłam się na nowo życia w społeczeństwie. Z osoby, której po szpitalu nic się chciało i wykonanie zwykłych domowych
obowiązków było wyczynem godnym zdobywców szczytów Himalajów stałam się osobą pełną energii do działania.
Choroba wywróciła moje życie do góry nogami. Zabrała mi bardzo dużo, ale też pozwoliła zobaczyć innych ludzi takimi jakimi są ze wszystkimi niedoskonałościami. Wcześniej bardzo surowo oceniałam siebie i innych a teraz już wiem że mimo wad których każdy trochę ma to każdy jest wartościowy i dzięki temu niezwykły. Nauczyłam się że mimo ograniczeń spowodowanych przez chorobę można żyć szczęśliwie nierzadko lepiej niż niejeden zdrowy. Zrozumiałam że wiele ograniczeń jest w mojej głowie przez to jak sobie wyobrażam co powinna lub nie osoba chora psychicznie. Doceniłam też moją rodzinę. Mogę powiedzieć, że tę próbę przeszliśmy obronną ręką. Jestem im wdzięczna za to byli przy mnie nawet wtedy gdy ja byłam w najgorszym stanie i nie chciałam mieć z nimi nic wspólnego.
Po kilku latach walki ze sobą i światem jestem w miejscu, z którego patrzę z optymizmem w przyszłość."