Relacje - przestrzeń psychoterapii

Wskazówki dojazdu Strona internetowa

Relacje - przestrzeń psychoterapii Witamy na stronie
Relacje - przestrzeń psychoterapii.

29/09/2026

- A co jest warte starania w życiu?
- Być w harmonii ze swoimi uczuciami. To oczywiście nie znaczy, że wtedy jest jakieś stałe i bezgraniczne szczęście. Smutek i kłopoty są częścią życia. Warto być samą sobą. Trudno mi to lepiej wyrazić po polsku.

- Brzmi tak lekko.
- To wcale nie jest lekkie i łatwe. Większość ludzi ma fasadę. Takie fałszywe „ja”. A co się dzieje za tą fasadą, to nie chcemy wiedzieć. Za dużo tam zbyt bolesnych rzeczy. Myślę, że ja już nie musze się ukrywać za taką fasadą.

- Jak się do tego dochodzi?
- Starzejąc się, dojrzewając. Ale jakieś możliwości muszą być na samym początku życia i rozwoju. Dziecko musi być dobrze przyjęte, tulone, noszone, rozumiane. Ja byłam pierwszym dzieckiem w rodzinie ojca i dostałam dużo na samym początku. To bardzo ważne, właśnie to jest warte starania. By to dać dziecku. Nie ma co się starać o jakieś miliony, wewnętrzne bogactwo to jest kapitał na całe życie.

- Ale jeśli na początku nie było tego dobrego przyjęcia, to ciężko tam sięgać. To boli.
- Nawet jak coś boli, przecież można to wypłakać. Tak jak ja teraz płakałam przed panią. Nic strasznego się nie stało.

fragment rozmowy Justyny Dąbrowskiej z dr Anastazją Nakov, zmarłą wczoraj psychoanalityczką dziecięcą polskiego pochodzenia.
Smutno.

Fot Mikołaj Grynberg

29/09/2026

„Kazali nam wierzyć, że miłość, ta prawdziwa, zjawia się tylko jeden raz w życiu i do tego zazwyczaj przed trzydziestym rokiem życia. Nie powiedziano nam, że miłość nie jest sterowana i nie przychodzi w ściśle określonym czasie.
Kazali nam wierzyć, że każdy z nas jest połówką pomarańczy, że życie ma sens tylko wtedy, gdy znajdziemy tę drugą połowę. Nie powiedziano nam, że rodzimy się w całości, że nikt w naszym życiu nie zasługuje na to, by nieść na swoich barkach odpowiedzialność za dopełnienie naszych braków: rozwijamy się w sobie. Jeśli jesteśmy w dobrym towarzystwie, to jest to po prostu przyjemniejsze.
Kazali nam uwierzyć w formułę 'dwa w jednym': dwoje ludzi, którzy myślą tak samo, zachowują się tak samo, że jedynie tak to działa. Nie powiedziano nam, że to ma swoją nazwę: anulowanie siebie; że jedynie osoby o własnej osobowości mogą budować zdrowe związki.
Kazali nam wierzyć, że małżeństwo jest koniecznością i że pragnienia 'nie o czasie' muszą być stłumione. Wmówili nam, że piękni i szczupli są bardziej kochani, że ci, którzy uprawiają mało seksu są zacofani, a ci, którzy uprawiają go zbyt wiele nie są godni zaufania.
Kazali nam wierzyć, że istnieje tylko jeden przepis na szczęście, taki sam dla wszystkich, i ci, którzy starają się go ominąć, skazani są na marginalizację. Nie powiedziano nam, że ten przepis nie działa, frustruje ludzi, alienuje ich i że istnieją inne alternatywy.
Ach, nie powiedzieli nam nawet tego, że nikt nigdy nam tego nie wyjaśni. Każdy z nas odkryje to na własną rękę.”
przypisywane Johnowi Lennonowi

Co myślisz o tym tekście?
fot Jack Mitchell, 1980

29/09/2026

Kiedy psychoterapia idzie dobrze, pacjenci stwierdzają, że w większym stopniu akceptują nie tylko swoje skomplikowane życie wewnętrzne i swoje »prawdziwe« Ja, ale także złożoność i wady innych osób. Widzą swoich przyjaciół, krewnych i znajomych w kontekście ich położenia i dotychczasowych doświadczeń oraz nie traktują rozczarowań tak osobiście. Ponieważ wybaczają sobie rzeczy, które teraz rozumieją i mogą kontrolować, wybaczają także innym to, czego nie rozumieją i na co nie mają wpływu. Wyznawszy najmroczniejsze tajemnice terapeucie, który mimo to nie doznał wstrząsu, zaczynają się mniej obawiać intymności, odsłonięcia przed inną osobą. Zbadawszy swoje wrogie i agresywne impulsy, zaczynają się mniej obawiać, że w jakiś sposób skrzywdzą tych, na których im zależy. Wchłonąwszy współczucie terapeuty wobec nich, rozszerzają je na innych.

📖 Nancy McWilliams, „Psychoterapia Psychonalityczna”
📸 Unsplash/Dalila Moreira

29/09/2026

- Jaką metaforą opisałbyś terapię?
- Szukam… szukam… O, może tak: to jest przestrzeń, w której pracuje się z cierpieniem na rzecz pokoju. Może pokój? Bo to jest słowo w dwóch znaczeniach. Tak jak polityk zajmuje się wojną, tak psychoterapeuta zajmuje się pokojem. Co ty na to?

- Podoba mi się. No to teraz wyobraź sobie, że przyleciałam do ciebie z Jowisza i pytam: co tam się dzieje, w tym pokoju? Co to jest ta psychoterapia? Wiedza? Praktyka? Sztuka?
- Do tego, co powiedziałaś, dodałbym, że przede wszystkim konieczne jest spotkanie. Od tego trzeba zacząć. Wiem, brzmi nieco banalnie, ale rzeczywiście wierzę, że to jest coś niezbędnego, a zarazem pisanego bardzo delikatną kreską. W terapii indywidualnej to będzie spotkanie dwóch osób, w rodzinnej kilku, w grupowej nawet kilkunastu. Oczywiście konieczne jest, żeby terapeuta miał wiedzę, umiejętności i doświadczenie, a także wrażliwość etyczną, ale podstawowy jest ruch myśli w tym spotkaniu. W psychoterapii ogólnie rzecz nazywając chodzi o to, żeby zmniejszyć cierpienie psychiczne osoby, która do nas przychodzi po pomoc. W trakcie pierwszych konsultacji terapeutycznych próbujemy ten cel naszych spotkań ubrać w słowa, ukonkretnić, uwspólnić. Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że zbyt często zdarza się terapeutom zapominać, że to, co w umyśle terapeuty jest celem, powinno być uzgodnione z klientem czy pacjentem. Z moich superwizyjnych doświadczeń wynika, że częstym źródłem porażek terapeutycznych jest właśnie brak takiego uzgodnienia.

- Uzgadnianie celu już może być początkiem pracy terapeutycznej, prawda?
- Tak, bo czasami trudno od razu ten cel zobaczyć. Bywa, że ktoś przychodzi, bo mu żona kazała czy mąż. Albo jest zalecenie sądu. Ta osoba może początkowo nie mieć wewnętrznego przekonania. Wtedy te pierwsze spotkania są wspólnym szukaniem sprawy, którym można i warto się zająć. Chodzi o to, by osoba zgłaszająca się po pomoc widziała w tym jednak jakiś sens dla siebie- żeby dotarła do takiego oglądu sytuacji, z której będzie wynikać, że coś jest do zmiany. Albo we wnętrzu, albo w relacji, albo i tu, i tu. Słowo „zmiana” będzie kluczowe. Jak jest zgoda na nią, wtedy dopiero można zacząć pracować.

Fragment rozmowy Justyny Dąbrowskiej z Bogdanem de Barbaro T jak Terapia i Terapeuta. W: Swoją drogą…, Wydawnictwo Agora, Warszawa, 2024 r.

fot Suzanne D. Williams

29/09/2026

"Aby poradzić sobie z pułapką „to, co fascynuje, później irytuje” warto wdrażać w związku pewne strategie postępowania.
Można np. przypominać sobie dawną iskrę, która połączyła nas na początku związku. Robić małe wyprawy w przeszłość, wspominając, jak dana cecha partnera kiedyś nas pociągała. Pomocne jest tu świadomie wracanie do historii zakochania i odkrywanie na nowo tego, co sprawiło, że właśnie ta osoba tak nas zauroczyła.
Warto także uaktualniać „mapy miłości”. Z czasem zmieniają się nasze priorytety i oczekiwania, dlatego właśnie dobrze jest „uaktualniać” sobie nasze wzajemne potrzeby.
Może, gdy życie było beztroskie, spontaniczność partnera wydawała się ekscytująca, ale obecnie cenimy sobie raczej stabilność. Dobrze więc o tym powiedzieć partnerowi (spokojnie i bez wyrzutów). Na przykład tak: „Uwielbiam w tobie spontaniczność, dzięki niej wnosimy do życia trochę przygody. Ale ostatnio, kiedy mam na głowie mnóstwo obowiązków, potrzebuję większego planu. Czy możemy znaleźć złoty środek?”. Tym samym podkreślamy, co wciąż cenimy, a jednocześnie komunikujemy nowe potrzeby. Tego rodzaju komunikaty pozwalają aktualnym potrzebom odnaleźć się w obecnym kształcie relacji."

Matylda Porębska, terapeutka par.

A co Tobie pomaga "uaktualniać mapę miłości"?
fot Jamie Street

29/09/2026

"Poczucie bycia wystarczającym zapewniają tylko dwie rzeczy - więź z drugim człowiekiem i kontakt z samym sobą. Dzięki dialogowi z prawdziwym ja zyskujemy wiedzę, co jest dobre, co złe, a co wystarczające. Możemy zorientować się, gdzie są nasze granice, jaki mamy potencjał i jak możemy go rozwijać. Jeśli kroczymy tą ścieżką, męczymy się wprawdzie, ale jesteśmy usatysfakcjonowani.

Już od dziecka możemy się uczyć kontaktu ze sobą.
Kiedy dziecko mówi, że nie wie, na co ma ochotę - na przykład czy na gruszkę, czy jabłko - można zaproponować: „Zapytaj brzuszka". No i nagle olśnienie. Bo pojawia się zachęta do poszukiwania odpowiedzi w swoim ciele i umyśle. Im częściej będzie powtarzać tę czynność, tym szybciej nauczy się rozpoznawać, czego chce.

Wymóg wykraczania poza bycie wystarczającym narzuca nam też kultura. Dlatego wchodzimy na Everest i rozglądamy się za wyższym szczytem. Jeśli ktoś ma jednak kontakt ze sobą, nie przejmuje się tak bardzo kulturowymi podpowiedziami i nie poddaje do końca społecznej presji. Zna swoją wartość. Sam ocenia, co jest dla niego zdrowe. Wie, ile może zrobić. Nie czuje też przymusu popisywania się i porównywania się z innymi, żeby ostatecznie dojść do wniosku: „Inni są lepsi, a ja do niczego się nie nadaję".

U osób, które wiecznie wymagają od siebie, nie ma stopniowania. Albo zdobywają sto punktów na sto, albo zero. Jeżeli dostają trzydzieści, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt, czują się załamani, bo dla nich to zawsze jest zero.

Ludzie, którzy czują się wiecznie niewystarczający, mają też tendencję do funkcjonowania w pewnym sensie poza czasem. Wydaje im się, że zawsze zdążą. Że muszą się do czegoś jeszcze lepiej przygotować. Że nie sprawdzili wszystkich możliwości. Cóż, te możliwości przelatują im jednak przed nosem. Byłoby lepiej, gdyby po prostu zaczęli działać, zamiast nadal stać z pustymi rękami.

Warto też zastanowić się nad tym, dla kogo chcemy być wystarczający - dla kultury, kolegów, rodziców, partnerów? Jeśli nie odpowiemy sobie na to pytanie, możemy zabrnąć w maliny. Pod koniec życia zorientujemy się - jak trafnie ktoś to kiedyś ujął – że wspięliśmy się na drabinę przystawioną do niewłaściwej ściany.

Żeby rozpoznawać własne potrzeby, żyć swoim życiem, a nie tym zalecanym przez innym, potrzebujemy kontaktu z prawdziwą częścią nas samych. Wtedy poczujemy się wystarczający. Zaczniemy się prawdziwie bawić życiem i w życiu. Rozumiem przez to swobodną eksplorację świata, porzucanie sztywnych przekonań, zaglądanie za róg ulicy, bo może kryje się za nim coś ciekawego. Takim osobom ich prawdziwe ja podpowiada: „To mi się podoba! A to wypluję, bo mi nie smakuje".

Zabrzmi to może dziwnie, ale pomocna okaże się także zazdrość. To bardzo przydatne uczucie, choć niestety ma fatalną prasę. Taką opinię wyrobili jej ludzie, którzy natychmiast reagują pod jej wpływem. Tymczasem trzeba pozwolić jej, tak jak większości uczuć, trochę w nas pomieszkać i poleżeć. Inaczej nie da się jej oswoić i zaprzestać impulsywnych działań. Jedynie wtedy zazdrość pcha w stronę rozwoju, bo podpowiada nam, czego chcemy i co nas naprawdę inspiruje u innych, co motywuje do sensownego działania.

Danuta Golec, Czyim życiem żyjesz?

fot Marcos Paulo Prado

28/09/2026

Berenika Steinberg: Ale co złego jest w dążeniu do bycia najlepszą wersją siebie?

Anna Król-Kuczkowska: To sformułowanie budzi we mnie nieufność i irytację. Przyjrzyjmy mu się głębiej – co ono właściwie miałoby znaczyć? Czy to, że cały czas krytykujemy się i zawstydzamy za to, że najlepszą wersją siebie nie jesteśmy? A jeśli oczekujemy tego od siebie, to od innych również? Czy inni też mają być najlepszą wersją siebie? Jakim wtedy okiem patrzymy na ważne dla siebie osoby: partnera, dziecko, przyjaciela? Takim, które się nie potrafi zachwycić, które cały czas wyłapuje, co by tu jeszcze…? Wobec zaś samych siebie: co zrealizowanie optymalnego modelu miałoby oznaczać? Że mielibyśmy być zadowoleni od rana do wieczora? Zawsze pełni pomysłów, chęci i nigdy nieprzemijającej energii? Znam takie osoby, ale zazwyczaj cierpią one również na różnego rodzaju trudności – skrajnym tego przykładem są stany maniakalne w chorobie afektywnej dwubiegunowej, które zresztą często kończą się straszliwą depresją. Niezwykle ważna w funkcjonowaniu człowieka jest zdolność do przeżywania mniej „dobrostanowej” strony życia – cierpienia, bólu, rozczarowania. Tymczasem wellness obiecuje, że kiedy do jakiegoś punktu dobrniemy, to będziemy szczęśliwi.

Anna Król-Kuczkowska w rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym”,
„Dlaczego pragniemy być najlepszą wersją siebie. I kto na tym zarabia?”, nr 42/2025

27/09/2026

„Ów sposób bycia z drugim człowiekiem, nazwany empatycznym, ma kilka właściwości. Oznacza więc wyjście w prywatny świat czyjeś percepcji i zadomowienie się w nim. Oznacza, że ma się nieustannie wyostrzoną wrażliwość na zmiany znaczeń i odczuć drugiego człowieka, na jego lęk, wściekłość i czułość, zakłopotanie, na wszystko, co on przeżywa. Oznacza, że przez jakiś czas żyje się jego życiem, poruszając się tam delikatnie, nie ferując ocen, wyczuwając znaczenia, których on prawie sobie nie uświadamia, nie próbując jednak obnażać uczuć, których osoba ta jest zupełnie nieświadoma, gdyż stanowiłoby to dla niej zbyt duże zagrożenie. Oznacza to również, że terapeuta daje wyraz uczuciom, jakie budzi w nim świat przeżyć klienta, gdy bez uprzedzeń i lęku spogląda na to, czego klient się obawia. Oznacza to wreszcie, że często sprawdza adekwatność swoich doznać i kieruje reakcjami klienta. Jest zaufanym współtowarzyszem wędrówek po jego wewnętrznym świecie. Wskazując klientowi możliwości znaczeń zawartych w strumieniu jego doświadczeń, pomaga skoncentrować się na nich, pełniej przeżywać owe znaczenia i zagłębiać się jeszcze dalej w ich przeżywanie. Być z kimś drugim w ten sposób oznacza, że na pewien czas rezygnuje się ze swoich poglądów i wartości po to, by bez uprzedzeń wejść w czyjegoś świata. W pewnym sensie oznacza to, że rezygnuje się ze swojego ja, a to może zrobić tylko osoba, która czuje się ze sobą na tyle bezpiecznie, by wiedzieć, że nie zagubi się w tym cudzym świecie, który może okazać się obcy i dziwaczny, i że będzie mogła spokojnie powrócić do swojego własnego świata, gdy tylko zechce.”

Carl R. Rogers. Terapia nastawiona na klienta. Grupy spotkaniowe. Thesaurus – Press. Wrocław 1991. Przekład: Anna Dodziuk i Elżbieta Knoll

fot fot Antonio Poveda Montes

27/09/2026

"Donald Winnicott, pisał, że to dobrze móc się ukryć, ale katastrofą jest nie zostać odnalezionym.
Potocznie myślimy, że miłość jest lekarstwem na samotność. Skłonni jesteśmy traktować ją jako szczepionkę na doświadczenie bycia niezrozumianym i opuszczonym. I jeśli szczepionka nie działa, często uznajemy, że ta miłość jest niewiele warta.
To błędne myślenie – miłość, bliskie relacje są z jednej strony lekarstwem na samotność, ale tylko wtedy kiedy zrozumiemy, że aby kochać i być kochanym musimy nauczyć się, że doświadczenie samotności jest nierozerwalnie połączone z byciem w relacji. Że nasza odrębność jako ludzi, inne historie jakie mamy za sobą, inne wzorce przywiązania sprawiają, że w największej nawet miłości nieuchronne są momenty bycia samemu "w chłodnym i pustym miejscu". I że zdolność do tolerowania tego stanu, wychodzenia z niego i gotowość do pomocy drugiej osobie w wyjściu z niego buduje siłę miłości. Miłości, którą możemy rozumieć jako zdolność do powtórnego odnajdywania bliskiej osoby w jej samotności, jak i do tego, że my również pozwalamy się – po oddaleniu w naszą samotność– odnaleźć.

Anna Król- Kuczkowska, fragment wykładu
fot Nong

17/09/2026

Bardzo dobrym i praktycznym narzędziem terapeuty jest skupienie się na procesie. Możemy myślec o procesie jako czymś przeciwstawnym do treści. W rozmowie treść to wypowiedziane słowa i sprawy, które się omawia; proces natomiast to sposób, w jaki wyrażona jest treść. Szczególnie ważne jest tu to, co dany sposób komunikowania się mówi o charakterze relacji między uczestniczącymi w rozmowie.

” Kat miłości" Irvin Yalom

Adres

Ulica Gen. Józefa Fiszera 5/1
Gdansk
80-231

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Relacje - przestrzeń psychoterapii opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij

Kategoria