29/09/2026
"Poczucie bycia wystarczającym zapewniają tylko dwie rzeczy - więź z drugim człowiekiem i kontakt z samym sobą. Dzięki dialogowi z prawdziwym ja zyskujemy wiedzę, co jest dobre, co złe, a co wystarczające. Możemy zorientować się, gdzie są nasze granice, jaki mamy potencjał i jak możemy go rozwijać. Jeśli kroczymy tą ścieżką, męczymy się wprawdzie, ale jesteśmy usatysfakcjonowani.
Już od dziecka możemy się uczyć kontaktu ze sobą.
Kiedy dziecko mówi, że nie wie, na co ma ochotę - na przykład czy na gruszkę, czy jabłko - można zaproponować: „Zapytaj brzuszka". No i nagle olśnienie. Bo pojawia się zachęta do poszukiwania odpowiedzi w swoim ciele i umyśle. Im częściej będzie powtarzać tę czynność, tym szybciej nauczy się rozpoznawać, czego chce.
Wymóg wykraczania poza bycie wystarczającym narzuca nam też kultura. Dlatego wchodzimy na Everest i rozglądamy się za wyższym szczytem. Jeśli ktoś ma jednak kontakt ze sobą, nie przejmuje się tak bardzo kulturowymi podpowiedziami i nie poddaje do końca społecznej presji. Zna swoją wartość. Sam ocenia, co jest dla niego zdrowe. Wie, ile może zrobić. Nie czuje też przymusu popisywania się i porównywania się z innymi, żeby ostatecznie dojść do wniosku: „Inni są lepsi, a ja do niczego się nie nadaję".
U osób, które wiecznie wymagają od siebie, nie ma stopniowania. Albo zdobywają sto punktów na sto, albo zero. Jeżeli dostają trzydzieści, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt, czują się załamani, bo dla nich to zawsze jest zero.
Ludzie, którzy czują się wiecznie niewystarczający, mają też tendencję do funkcjonowania w pewnym sensie poza czasem. Wydaje im się, że zawsze zdążą. Że muszą się do czegoś jeszcze lepiej przygotować. Że nie sprawdzili wszystkich możliwości. Cóż, te możliwości przelatują im jednak przed nosem. Byłoby lepiej, gdyby po prostu zaczęli działać, zamiast nadal stać z pustymi rękami.
Warto też zastanowić się nad tym, dla kogo chcemy być wystarczający - dla kultury, kolegów, rodziców, partnerów? Jeśli nie odpowiemy sobie na to pytanie, możemy zabrnąć w maliny. Pod koniec życia zorientujemy się - jak trafnie ktoś to kiedyś ujął – że wspięliśmy się na drabinę przystawioną do niewłaściwej ściany.
Żeby rozpoznawać własne potrzeby, żyć swoim życiem, a nie tym zalecanym przez innym, potrzebujemy kontaktu z prawdziwą częścią nas samych. Wtedy poczujemy się wystarczający. Zaczniemy się prawdziwie bawić życiem i w życiu. Rozumiem przez to swobodną eksplorację świata, porzucanie sztywnych przekonań, zaglądanie za róg ulicy, bo może kryje się za nim coś ciekawego. Takim osobom ich prawdziwe ja podpowiada: „To mi się podoba! A to wypluję, bo mi nie smakuje".
Zabrzmi to może dziwnie, ale pomocna okaże się także zazdrość. To bardzo przydatne uczucie, choć niestety ma fatalną prasę. Taką opinię wyrobili jej ludzie, którzy natychmiast reagują pod jej wpływem. Tymczasem trzeba pozwolić jej, tak jak większości uczuć, trochę w nas pomieszkać i poleżeć. Inaczej nie da się jej oswoić i zaprzestać impulsywnych działań. Jedynie wtedy zazdrość pcha w stronę rozwoju, bo podpowiada nam, czego chcemy i co nas naprawdę inspiruje u innych, co motywuje do sensownego działania.
Danuta Golec, Czyim życiem żyjesz?
fot Marcos Paulo Prado