26/08/2026
Nie patrzę już na dzieci tak samo...
Są takie książki, które czytasz i odkładasz na półkę. I są takie, po których odkładasz książkę, ale jeszcze długo nie możesz odłożyć własnych myśli. Dla mnie właśnie taka była „Spoglądając w duszę dziecka” Berta Hellingera.
Zaczęłam ją czytać z myślą o dzieciach. O tym, dlaczego czasami zachowują się w sposób, którego zupełnie nie rozumiemy. Dlaczego jedno dziecko jest pełne lęku, inne bierze na siebie odpowiedzialność za wszystkich, a jeszcze inne jakby nie potrafi znaleźć swojego miejsca.
A potem zobaczyłam, że coraz częściej myślę o sobie. O własnym dzieciństwie. O tym, czego jako dziecko nie rozumiałam, a co dopiero jako dorosła zaczynam oglądać z innej perspektywy.
I chyba właśnie tutaj ta książka zrobiła mi największą niespodziankę. Hellinger bardzo często patrzy na dziecko nie jak na „problem do rozwiązania”, ale jak na część większej historii. Rodziny. Relacji. Straty. Przemilczeń. Lojalności, o których dziecko przecież nie ma pojęcia.
Teraz już wiem, że dziecko może nieść coś, co wcale nie należy do niego...
I nagle zaczynasz patrzeć inaczej. Nie tylko na swoje dziecko. Na siebie również. Bo ile razy dorosły człowiek przez całe życie próbuje być kimś, kim musiał stać się bardzo wcześnie?
Grzecznym dzieckiem. Tym, które nie sprawia problemów. Tym, które pociesza mamę. Tym, które wszystko rozumie. Tym, które „da sobie radę”.
A później takie dziecko dorasta i nawet jako dorosła kobieta nadal automatycznie sprawdza, czy wszystkim wokół jest dobrze, zanim zapyta siebie, czy jej jest dobrze.
I właśnie dlatego nie czytałam tej książki wyłącznie jako książki o dzieciach. Czytałam ją trochę jak książkę o tym, co zabieramy ze sobą z dzieciństwa.
Hellinger pokazuje swoje przypadki, rozmowy i ustawienia. Ta książka pokazała mi coś ciekawego...
Zanim nazwę zachowanie dziecka problemem, mogę najpierw spróbować zobaczyć stojącego za nim człowieka. I to jest dla mnie ogromna różnica.
Ta książka potrafi otworzyć drzwi do własnego dzieciństwa.
To jest raczej książka do odkładania.
Do zaznaczania.
Do wracania do niektórych historii po kilku tygodniach.
Bo czasami dopiero po czasie orientujesz się, że jakieś zdanie zostało w Tobie.
I jeszcze jedna rzecz bardzo mi się w niej podoba.
Hellinger nie próbuje zrobić z dzieci kogoś, kogo trzeba nieustannie naprawiać.
W jego spojrzeniu jest założenie, że pod tym wszystkim, co trudne, jest dziecko, które chce przynależeć, być kochane i mieć swoje miejsce.
A może właśnie tego potrzebujemy czasami najbardziej? Nie kolejnej instrukcji wychowywania. Nie kolejnej listy tego, co robimy źle. Tylko zatrzymania się przy własnym dziecku. I przy własnym wewnętrznym dziecku.
Bo czytając tę książkę, coraz mocniej czułam, że kiedy patrzymy na dzieci, bardzo często patrzymy również na siebie.
Na swoje lęki.
Na własne niespełnione potrzeby.
Na to, czego nam kiedyś zabrakło.
I może dlatego najważniejsze pytanie po tej książce nie brzmi:
„Co jest nie tak z moim dzieckiem?”
Tylko:
„Na co patrzę, kiedy patrzę na moje dziecko?”
To pytanie zabieram ze sobą.
💚💚💚
Współpraca recenzencka z wydawnictwem Wydawnictwo Virgo