07/08/2026
Coś o mechanizmie wiary w szarlatanów :
W Kancelarii Prezydenta gościł naturopata Jerzy Zięba, prawomocnie skazany za zniesławienie i znieważenie lekarzy. Przyniósł tam petycję żądającą odrzucenia ustawy "Lex Szarlatan" która ma chronić pacjentów.
Oto wywiad ze mną opublikowany w "Rynku Zdrowia". Długi, więc tylko fragmenty - link do artykułu w komentarzu.
Jak szarlatani ukradli język nauki
Szarlatani XXI wieku nie zachęcają już do przykładania liści kapusty czy babki albo stawiania baniek - mówią o „detoksie komórkowym”, „wyciszaniu stanów zapalnych” i „badaniach żywej kropli krwi”. W jaki sposób pseudonauka przejęła pojęcia medyczne?
Pseudonauka przejęła medyczne słownictwo, bo w erze internetu stało się ono walutą wiarygodności. Sprzedawca czosnku w kapsułce nie może już pisać „naturalne wsparcie odporności", bo to sformułowanie wypaliło się przez trzydzieści lat marketingu suplementów. Musi napisać „modulacja odpowiedzi immunologicznej limfocytów T pomocniczych", bo tak brzmiałby prawdziwy immunolog. Mechanizm jest prosty: pseudonauka nie tworzy własnego języka, tylko przechwytuje istniejący i przykleja terminy techniczne do produktów, które z tymi terminami nie mają związku.
„Detoks komórkowy" nie oznacza w medycynie niczego. Komórki mają realny mechanizm usuwania metabolitów i uszkodzonych białek. Nazywa się autofagia i została opisana przez Yoshinoriego Ohsumiego, laureata Nagrody Nobla w 2016 roku. Ale „autofagia" się nie sprzedaje, bo klient jej nie zna. „Detoks" brzmi znajomo, a dodanie przymiotnika „komórkowy" nadaje mu naukowy sznyt.
Z kolei „wyciszanie stanów zapalnych" jest bardziej podstępne, bo opiera się na prawdziwym fakcie. Przewlekły stan zapalny niskiego stopnia rzeczywiście koreluje z chorobami cywilizacyjnymi, co stanowi jeden z ważniejszych obszarów badań ostatnich dekad. Ale różnica między naukowym stwierdzeniem, że podwyższona interleukina 6 zwiększa ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, a marketingowym „wycisz stan zapalny naszą herbatą z kurkumy" to różnica między wnioskiem z badań a hasłem reklamowym.
„Badanie żywej kropli krwi" to już jawne oszustwo diagnostyczne, wielokrotnie opisane w literaturze medycznej jako pseudonaukowa procedura bez wartości analitycznej. Kropla krwi w mikroskopie ciemnego pola po kilkunastu minutach zmienia się fizycznie, i te artefakty koagulacji „terapeuta" interpretuje jako „toksyny", „grzyby" czy „zakwaszenie organizmu". Chwyt polega na tym, że klient widzi na własne oczy coś, co ktoś w białym fartuchu nazywa patologią.
Pycha w umiarkowanych kompetencjach. Tak pseudonauka uwodzi wykształconych
Dlaczego to działa na wykształconych ludzi?
Odpowiedź jest niewygodna. Wyższe wykształcenie nie chroni przed pseudonauką w zakresie zdrowia, a w niektórych badaniach wręcz dodatnio koreluje z sięganiem po medycynę alternatywną. Wykształcony pacjent ma wyższe poczucie sprawstwa i chce aktywnie zarządzać swoim zdrowiem, dlatego szuka rozwiązań także poza gabinetem. Ufa własnej zdolności oceny źródeł, co paradoksalnie czyni go bardziej podatnym, bo nie sięga po zewnętrzną weryfikację. To nadmierna pewność umiarkowanej kompetencji.
Do tego dochodzi mechanizm poznawczy. Medycyna oparta na dowodach jest niekomfortowa, bo odpowiedzi brzmią: „nie wiemy jeszcze", „prawdopodobnie", „dane są sprzeczne". Pseudonauka daje twarde, spójne, osobiście sformułowane odpowiedzi.
Wykształcony pacjent, przyzwyczajony w swojej pracy do jasnych struktur pojęciowych, jest zniechęcony niepewnością medycyny i przyciągany pewnością szarlatana.
Ostatnia rzecz: pseudonauka daje pacjentowi czas, uwagę i uznanie, czyli to, czego system medyczny często mu nie oferuje. Wizyta u „terapeuty holistycznego" trwa godzinę, wizyta w POZ dziesięć minut. Pierwszy patrzy pacjentowi w oczy, drugi w monitor. Bez zrozumienia tej asymetrii nie wyjaśnimy, dlaczego wykształcony pacjent płaci 400 złotych za „badanie żywej kropli krwi" zamiast za wizytę u internisty. Ustawa Lex Szarlatan, którą popieram, jest niezbędna, ale sama nie rozwiąże problemu, jeżeli system medyczny nie odzyska tego, co pseudonauka dziś mu odbiera: rozmowy z pacjentem.
Jak wygląda mechanizm, w którym racjonalny człowiek po zdiagnozowaniu nowotworu lub przed szczepieniem dziecka odrzuca medycynę opartą na faktach? Gdzie dokładnie w tym łańcuchu strachu następuje pęknięcie, po którym pacjent oddaje swoje życie w ręce człowieka z internetu, np. takiego Oskara D. z wykształceniem gimnazjalnym?
Nie ma jednego pęknięcia. Racjonalny człowiek nie odrzuca medycyny opartej na faktach w jednym momencie, tylko przechodzi przez sekwencję kilku etapów, z których każdy z osobna jest zrozumiały, a razem prowadzą do miejsca, w którym powierza się życie osobie bez wykształcenia medycznego.
Pierwszy etap to zderzenie z diagnozą. Pacjent słyszy „nowotwór" albo staje przed decyzją o szczepieniu dziecka i doświadcza czegoś, co psychologia kliniczna nazywa ostrym stresem egzystencjalnym. Zdolność do przetwarzania informacji spada, uwaga zawęża się do zagrożenia, myślenie logiczne ustępuje myśleniu magicznemu. W tym stanie każda informacja skomplikowana, statystyczna, warunkowa jest odrzucana, a każda prosta, kategoryczna i personalna jest przyjmowana.
Drugi etap to spotkanie z systemem. Pacjent trafia do onkologa, który ma dla niego 15 minut, mówi trudnym językiem, pokazuje wyniki i rysuje ścieżkę leczenia, w której na każdym kroku pojawia się słowo „ryzyko". Rodzic trafia do pediatry, który zapisuje szczepienie w karcie, a następnie przechodzi do kolejnej wizyty. W obu przypadkach pacjent wychodzi z gabinetu z poczuciem, że nikt nie widział jego strachu, tylko chorobę lub kartę. To jest pęknięcie, o które pan pyta, ale nie pęknięcie zaufania do nauki, tylko pęknięcie relacji z konkretnym lekarzem.
Trzeci etap to internet, na który pacjent trafia, bo musi coś zrobić, czekając na leczenie. Wyszukiwarka nie kieruje go do najlepszych źródeł, tylko do najbardziej klikanych.
Algorytm rozpoznaje, że pacjent szuka „nowotwór, alternatywy" i podsuwa treści dopasowane do tego zapytania. Po godzinie czytania na tacy ma się już nazwiska „terapeutów", „historie ozdrowieńców" i „mechanizmy, których lekarze nie chcą ujawnić". Tu właśnie wchodzi ktoś taki jak Oskar D. Nie jest lekarzem, nie musi być, ma zamiast tego to, czego pacjent szuka: nazwane emocje, prostą fabułę z bohaterem i wrogiem, obietnicę odzyskania kontroli.
Czwarty etap to test wiarygodności. Pacjent nie jest bezkrytyczny, więc sprawdza, czy „terapeucie" można ufać. Sprawdzanie polega jednak nie na weryfikacji wykształcenia czy publikacji, lecz na trzech kryteriach społecznych. Czy „terapeuta" ma świadectwa wyleczonych, czy potrafi wyjaśnić chorobę w sposób zrozumiały, czy jest osobiście dostępny. Wszystkie trzy kryteria pseudonauka spełnia doskonale, a medycyna spełnia je słabo. Świadectwa wyleczonych są w medycynie zabronione etyką, wyjaśnienia są ostrożne i pełne niepewności, dostępność lekarza jest w Polsce systemowo ograniczona.
Piąty etap to decyzja. W tym momencie pacjent nie „odrzuca medycyny opartej na faktach". On odrzuca konkretną instytucję, która jego zdaniem go zawiodła, i wybiera człowieka, który jego zdaniem go rozumie. Dopiero z zewnątrz wygląda to na wybór irracjonalny. Wewnątrz jest maksymalnie racjonalny - na podstawie tych sygnałów, do których pacjent ma dostęp.