26/05/2026
Mija właśnie Dzień Matki.
Ponieważ coraz częściej wiele rzeczy rozpatruję przez pryzmat przemijalności, podobnie jest z tym dzisiejszym świętem i jego tematem.
Na zdjęciu (które de facto robił Andrzej) — ja i moja mama, kiedy ja nie byłam jeszcze mamą, ale na pewno byłam już córką.
Myślę właśnie o tym, że zanim zostałam mamą, najpierw byłam córką, która miała taką, a nie inną mamę.
I że wiele z tego, jak dziś kocham, reaguję, przytulam, milknę czy stawiam granice… przyszło do mnie dużo wcześniej, niż pojawiły się moje dzieci.
Żadne to odkrycie, gdy powiem, że nosimy w sobie nasze matki.
Ich czułość.
Ich lęki.
Ich zmęczenie.
Ich sposób patrzenia na świat i na siebie.
A nasze dzieci, zwłaszcza córki, będą nosiły w sobie nas…
Kiedy patrzę na swoją córkę, myślę, że to, jaka jestem dla niej dziś/byłam wczoraj, stanie się kiedyś jej wewnętrznym głosem.
Jej sposobem kochania siebie.
Jej sposobem bycia kobietą.
Może kiedyś także matką.
To jednocześnie wydaje mi się piękne i bolesne.
Bo uświadamia, jak bardzo jesteśmy połączone pokoleniowo.
Jak wiele zależy dalej od tego, jaka ja jestem… jaki klimat tworzę jako rodzic… jako matka…
Jak historie kobiet płyną przez domy, spojrzenia, gesty, ciszę i słowa, które zostają na lata.
Przemijalność uczy mnie pokory.
Pokazuje, że nie da się być matką idealną.
Można tylko być wystarczająco obecnym człowiekiem, rodzicem.
Takim, który ma odwagę widzieć siebie prawdziwie.
Uważam to za największą wartość w relacjach, a szczególnie w tych ważnych — a takimi są relacje z dziećmi.
Im bardziej jesteśmy świadomi i prawdziwi, szczerzy z samymi sobą, tym większa szansa na dobrą relację z dzieckiem, a dziecka z samym sobą…
A potem — na bycie dobrym, uważnym rodzicem dla swoich dzieci.
Podoba mi się stwierdzenie Jespera Juula, że: „Nieważne w wychowaniu jest to, jak radzimy sobie z dziećmi, ale jak radzimy sobie z samym sobą”.
To chyba moje motto, jeśli chodzi o "wychowanie" dzieci.
Ostatnie lata uczą mnie także być matką bez wsparcia mężczyzny.
Podejmować samodzielnie decyzje rodzicielskie.
Umieć mieścić w sobie emocje dzieci — te trudne, ciężkie, czasem przytłaczające — i nieść je sama.
Martwić się sama (choć oczywiście wspierają mnie w tym Przyjaciele, ale drugi rodzic to drugi rodzic).
Ale też cieszyć się — w jakimś sensie sama — ich sukcesami i radościami.
Dlatego tym bardziej blisko mi dziś do kobiet i mam, które idą przez macierzyństwo w podobny sposób. I je szczególnie przytulam do serca. A te, które mają przy sobie ojca dzieci...niech fajnie dzielą się tym wspólnym doświadczeniem...
Wszystkim mamom życzę dziś przede wszystkim łagodności dla siebie samych.
Mniej oceniania siebie przez pryzmat ideału.
Więcej czułości wobec własnej historii.
I odwagi, by być dla swoich dzieci nie idealnymi — ale prawdziwymi, obecnymi i świadomymi kobietami.
Asia