03/07/2026
Nie ma miesiąca, w którym ktoś nie podejmowałby wobec mnie jakichś działań odwetowych albo nie próbował wpłynąć na moje decyzje jako specjalistki pracującej z dziećmi w sytuacji kryzysu rodzinnego.
Pisma przedprocesowe, wezwania, skargi, telefony do przełożonych. Można to nazwać strategią procesową, ale dla mnie to nic innego jak forma zastraszania i jakoś nie potrafię się przekonać do żadnej łagodniejszej etykiety 🤷🏻♀️
Na premierze mojej książki „Dla dobra dziecka” Asia Flis zapytała mnie, jak ja to robię, że nadal zajmuję się tematyką rozwodową, bo to podobno trudny kawałek chleba i większość specjalistów rezygnuje z pracy z rodzinami w kryzysie rozstania po pierwszym takim piśmie czy wezwaniu do sądu. Wczoraj kolejna osoba zapytała mnie jak ja to wszystko wytrzymuje. Zastanowiłam się więc, co sprawia, że mnie taki mechanizm nie zwala z nóg.
W sumie, faktycznie mogłabym spokojnie prowadzić wsparcie w nazwijmy to w „bardziej bezpiecznych” kryzysach rodziny. Tylko, że ja nie umiem nie reagować w obliczu krzywdy, zatem czy tak naprawdę istnieje dziś „bezpieczny” dla specjalisty pracującego z rodziną obszar wsparcia? Zamiast rezygnować z pracy w obliczu kryzysu rozstania rodziców, postanowiłam więc zadbać o siebie inaczej.
Nie zajmuję się takimi sprawami sama, współpracuję z kilkoma kancelariami prawnymi na stałe, dbam o standardy pracy i kompetencje miękkie takie jak asertywność, pozbywam się lęku przed postępowaniami sądowymi, prowadzę szczegółowe notatki z każdego spotkania, ale staram się też zachowywać obiektywizm i nie reagować bez powodu. Bo mogę bronić się przed manipulacją tylko wtedy, gdy sama nie ulegam emocjom, które ktoś próbuje we mnie wywołać.
Dbam też o swoją samoocenę zawodową i nie udaję, że walidacja zewnętrzna jest mi obojętna, bo nie jest. Dobrze mi robi, gdy dostaję kolejne pozytywne recenzje książki od czytelników i ekspertów, dobrze mi robi, gdy jestem cytowana w badaniach dotyczących dzieci (ostatnio przy raporcie Fundacji Orange “Dojrzeć do praw” jako jeden z niekwestionowanych autorytetów w dziedzinie ochrony praw dziecka), gdy zaprasza się mnie jako ekspertkę na krajowe i międzynarodowe konferencje naukowe.
Zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka się z tym wiąże, dlatego nie uważam się za osobę nieomylną. Ale z całą pewnością nie jestem osobą, którą łatwo zmanipulować. Manipulację wyczuwam po jednej nutce 😎 i chyba dlatego sędziowie i prokuratorzy, którzy dostają moje zawiadomienia, wiedzą, że każde z nich jestem w stanie obronić jak pracę dyplomową. Nie nadużywam tej formy prawnej, sięgam po nią wyłącznie w sytuacji uzasadnionego podejrzenia zagrożenia dobra dziecka.
Jedna z pacjentek zapytała mnie niedawno, czy się nie boję, bo jej były mąż pozywa każdego, z kim ona się kontaktuje. Nie, nie boję się. Gdybym się bała, nie mogłabym robić tego, co robię. Czy to jest komfortowe? Nie jest, ale jest wpisane w ten obszar pracy tak samo, jak w pracę psychologa w zakładzie karnym wpisane jest pilnowanie, żeby nożyczki trafiły do pancernej szafy. Psycholog pracujący z rodzinami w kryzysie rozstania musi mieć co najmniej dwóch dyżurnych pełnomocników i nerwy ze stali 🤪
To był trudny rok. Pracuję w kilku miejscach i kilku projektach naraz, wydałam jedną książkę, drugą napisałam, a w zeszłym tygodniu dopięłam korektę książki dla dzieci, która ukaże się w 2027 roku 😎 Dlatego z rozsądkiem dobieram procentowy udział rodzin w kryzysie rozstania względem pozostałych klientów w kryzysie, bo inaczej bym się zaorała.
Postanowiłam też, że w te wakacje odpuszczam sobie każdą pracę, która w jakikolwiek sposób mnie nadużywa albo odbiera mi godność. Z dziewięciu tygodni wakacji pracuję zawodowo tylko dwa (średnio dwa dni w tyg). To nie znaczy, że przestanę spotykać się z pacjentami, wysyłać pisma do sądów, OPS-ów czy prokuratury, albo odpisywać kancelariom reprezentujących oburzonych moimi zawiadomieniami rodziców. Od tego urlopu po prostu nigdy nie ma.
I stojąc dziś przy pocztowym okienku, wysyłając kolejne pisma, pomyślałam sobie, że ochrona dobra dziecka w Polsce to naprawdę trudna robota i trzeba mieć w sobie niebywałe pokłady determinacji, żeby się nie poddać. Pytanie, które zostawiam otwarte, brzmi: czy tak właśnie powinno to wyglądać, jeśli jako specjalista naprawdę chcesz o to dobro zadbać?