Powrót do Domu

Powrót do Domu Psychoterapia Warsztaty Praca z Ciałem

Po co grzebać w przeszłości?To popularne ostatnio sformułowanie ma odcień pejoratywny i jest używane - świadomie lub nie...
08/01/2026

Po co grzebać w przeszłości?

To popularne ostatnio sformułowanie ma odcień pejoratywny i jest używane - świadomie lub nie - w celu ustawienia zjawiska retrospekcji w psychoterapii w negatywnym świetle i nastawienia odbiorcy na nieprzyjemne skojarzenia. U mnie na przykład, od razu pojawia się obraz rozkopanego grobu po ekshumacji zwłok. Po co zatem „grzebać w przeszłości”? Nie mam nic przeciwko kwestionowaniu status quo, wręcz przeciwnie, cieszę się że są głosy sprzeciwu wobec różnych zjawisk, które uważamy za oczywiste, bo dzięki nim możemy sami dla siebie dokonać rewizji i przyjrzeć im się jeszcze raz.

Co zatem daje to „grzebanie w przeszłości” osobie w terapii?
Po pierwsze, może zrozumieć swoje objawy, reakcje i zachowania, które obniżają jakość jej życia i które chciałaby zmienić. Owszem, podejście poznawczo-behawioralne i jego pochodne pokazują, że można dokonać zmiany bez analizowania przeszłości, z czym nie polemizuję, sama zresztą czasem odsyłam po konsultacjach osoby do pracy w tym podejściu, kiedy uznaję, że będzie dla nich bardziej odpowiednie. Zdarza się jednak nierzadko, że – ponieważ wyleczono objawy bez dotknięcia przyczyny - te wracają uporczywie, czasem w innej odsłonie. Pracuję nieraz z osobami po terapii CBT, z której jak najbardziej skorzystały, jednak same uznały, że potrzebują głębszej pracy i są pozytywnie zaskoczone tym, ile daje im rozumienie i łączenie ich trudności z mechanizmami ukształtowanymi w przeszłości.

Często uporczywość objawów i innych trudności nie pozwala pójść dalej, a większe i poważniejsze zmiany wymagają stawienia się w punkcie wyjścia, czyli uczciwego obejrzenia obszarów, w których przeszłe doświadczenia dokonały wewnętrznego spustoszenia, ale też zasobów, w jakie mnie wyposażyły. Mogę potraktować te wglądy jako punkt wyjścia właśnie do tego, żeby przeszłość nie decydowała o moim dzisiaj i jutro, tylko żebym ja mogła zdecydować co z tym robię. W przeciwnym razie mogę być skazana na automatyczne odtwarzanie przeszłości, co można na przykład zaobserwować w niszczących relacjach, w które wchodzę bez wyciągania wniosków i lekcji. Mogę też włożyć kij między szprychy mechanizmu dowalania sobie czy innych automatycznie realizowanych destrukcji i wpuścić wiatr w te żagle, które dostałam i które są moimi zasobami. I w dojrzały sposób wziąć odpowiedzialność za siebie i pójść dalej.

Grzebanie w przeszłości nie jest, absolutnie, o oddawaniu odpowiedzialności za swoje dzisiaj i za swoje jutro rodzicom oraz wszystkim, którzy mnie skrzywdzili i utrzymywaniu, że wszystko, co złe, to przez nich. Jest dokładnie odwrotnie: zdejmuję z siebie winę i karę oraz poczucie, że mam jakiś defekt, bo byłam przez innych traktowana niesprawiedliwie, surowo czy okrutnie. Oddaję odpowiedzialność rodzicom za przeszłość, a biorę ją na siebie za teraz i od dzisiaj mogę postępować inaczej, gdyż te mechanizmy już mną nie rządzą. Bo je znam, widzę i rozumiem i mogę świadomie decydować o swoich reakcjach.
Tutaj warto poruszyć kolejny zarzut do terapii, czyli „mody” na obwinianie o wszystko rodziców. Często w trudnych rozmowach o rodzicach i przeszłości powtarzam, że nie jesteśmy w sądzie, nie udowadniamy winy i nie wymierzamy kary. Nie operuję tymi kategoriami. Zamiast tego mówimy o odpowiedzialności. Zdejmujemy z siebie, jako dziecka, odpowiedzialność za to co nam się przydarzyło i składamy ją na rodzicach którzy nie dowieźli, nie podjęli się niektórych swoich zadań, zawalili, zawiedli nas. Bo jednym z najbardziej leczących elementów terapii jest głębokie uświadomienie sobie, że to nie była moja odpowiedzialność, że ktoś mnie bił i upokarzał i mnie wyśmiewał i robił mi krzywdę, albo zamiast mnie chronić – sparentyfikował i oczekiwał że będę się nim zajmować. Nie było moim zadaniem porządkowanie chaosu w alkoholowej rodzinie ani ratowanie współzależnionej mamy i uzależnionego ojca. Ja na to nie zasłużyłam. I kiedy zdejmę z siebie ten ciężar, to mogę wreszcie odetchnąć i pójść do swojego życia. I mogę przyjąć i uznać, że moją odpowiedzialnością jest to, co dzisiaj z tym zrobię i w jaki sposób będę się ustawiać wobec rzeczywistości, mając taką historię, takie zasoby i takie deficyty. Jest oczywiście taki etap terapii, kiedy można się złościć na rodziców i żyć w przekonaniu, że spotkało nas od nich samo zło, ale to jest przejściowe i jeżeli ktoś z tym zostaje, to znaczy, że nie dokończył procesu terapeutycznego. Jego celem nie jest obwinienie rodziców. I radosne bieganie po ziemi rozłożonymi rękami i twierdzenie że przecież nic nie jest moją winą, tak mi zrobili to taka jestem. Tylko zdjęcie odpowiedzialności, która nie była moja i przyjęcie tej, która dzisiaj należy do mnie.

Po co jeszcze stawiamy się do przeszłości? W świecie, w którym jako dzieci nie mamy szans uniknąć krzywdy, cierpienia, przerażenia, sytuacji traumatyzujących i bolesnych, potrzebujemy dorosłego świadka, który nazwie krzywdę i przywróci poczucie bezpieczeństwa. Przeżywając trudności, które są dla dzieci za duże, potrzebujemy, żeby ktoś stanął przy nas i powiedział że to było złe, że na to nie zasłużyliśmy, że że wyrządzono nam krzywdę i zapewnił nam bezpieczeństwo. Większość osób, które przychodzą na terapię, nie dostały tego wsparcia, nie miały tego dorosłego i często nikt nie reagował, kiedy ze ścianą słychać było wrzaski i odgłosy przemocy. W szkole nikt nie zajął się tymi, którzy prześladowali gdzieś w toalecie czy szatni i dziecko było zostawione samo w sobie. To jest często gorsze od samej krzywdy, ta samotność w przeżywaniu i brak kogoś dorosłego, któremu można zaufać. W terapii mamy świadka - terapeutę oraz siebie już dorosłego, którzy mogą po pierwsze usłyszeć i powiedzieć to było złe, a po drugie, przywrócić poczucie bezpieczeństwa. Dajemy sobie to czego z jakiegoś powodu nie dostaliśmy, a co jest niezbędne bo bez poczucia bezpieczeństwa w świecie. Nie jesteśmy w stanie budować satysfakcjonującego życia, jeżeli cały czas próbujemy przetrwać i utrzymać się na powierzchni. Czyli grzebiemy w tej przeszłości, żeby to, co nie mogło być wyrażone, poczute, wypowiedziane i usłyszane, dostało przestrzeń, uznanie, zobaczenie i już nie musiało zalegać w otchłani nieświadomości. Kto przeżył, ten wie, jak bardzo leczące bywają takie doświadczenia. Można po nich zacząć budować dojrzałość i przestać reagować jak dziecko w dorosłym życiu.

Po co grzebiemy w przeszłości? Także po to, żeby wiedzieć dla kogo albo przeciwko komu robimy różne rzeczy, podejmujemy ważne decyzje z życiowe czy budujemy swoje życie. Żeby zobaczyć, co jest moje a co nie jest, czy wartości, którymi się kieruję są moje własne czy są to czyjeś oczekiwania. Bo dopóki nie będę kierowała się w życiu swoimi wartościami, to nie będzie ono satysfakcjonujące. Jeżeli będę je urządzała pod kogoś a nie pod siebie, to zawsze będę na coś czekać, i będę się czuła nieszczęśliwa, nie usatysfakcjonowana i zamiast cieszyć się tym życiem, będę jedną nogą w grobie. Dlatego potrzebuję oddzielić to, co nie jest moje, zobaczyć do kogo należy i symbolicznie oddać właścicielowi. Żeby nie opierać decyzji zawodowych na zadowalaniu taty albo nie wiązać się z kimś w poszukiwaniu dobrej mamy.

Czasem retrospekcja służy temu, żeby zobaczyć uczciwie, bez znieczulenia, koloryzacji i filtrów, obraz najważniejszych ludzi w naszym życiu, którzy kiedyś byli dla nas jak bogowie. Spojrzeć na nich, jak na zwykłych ludzi i dać im spokój. Zobaczyć, jakie kawałki naszej psychiki ukształtowały się w oparciu o naśladowanie, obserwowanie, interakcje i relacje z naszymi rodzicami, żebyśmy mogli zobaczyć: o wow! ja tu ja tu jestem jak tata, a tutaj odtwarzam mamę, albo ja tu działam tak żeby żeby im zrobić na złość. Grzebiemy w przeszłości, żeby tych rodziców zobaczyć, żeby ich puścić i żeby zdjąć ich z tego piedestału i pozwolić im sobie być jakimi chcą. Uwolnić ich od tej konieczności bycia idealnymi i siebie od spełnienia ich oczekiwań albo buntowania się przeciwko nim. Do budowania czegoś swojego, niezależnie od nich.

Przyglądamy się przeszłości również po to, żeby zobaczyć czyim głosem do siebie mówimy i czy to aby na pewno jest głos i nasza prawda. Żeby przestać sobie dowalać, a zamiast tego zrozumieć skąd mi się to, czego w sobie nie lubię, albo nie akceptuję, wzięło. Zrozumieć, że to nic dziwnego że tak mam i że nie jestem jakaś beznadziejna, dziwna i wybrakowana, tylko to normalne że w ten sposób reaguję, skoro moja rzeczywistość tak wyglądała. Możemy też dzięki temu ocenić, czyje kryteria sukcesu, powodzenia i udanego życia próbujemy spełnić i czy dzisiaj, jako dorosłe osoby, zgadzamy się z nimi. Możemy np. marzyć o prostym, spokojnym życiu blisko natury, ale rodzice byli ambitni, wykształceni, odnosili sukcesy zawodowe i finansowe, albo wręcz przeciwnie, ledwo ciągnęli i w nas upatrywali ratunku i spełnienia własnych ambicji. I możemy spędzić życie pnąc się po szczeblach kariery albo zdobywając kolejne tytuły naukowe i czuć się martwi wewnątrz, tęskniąc za oddechem, szumem morza i dotykiem wiatru na skórze. Wtedy poszukanie w przeszłości pozwala nam zobaczyć czyją drogą idziemy i świadomie zdecydować się na własną.

Ważnym dla mnie skutkiem przyglądania się przeszłym doświadczeniom jest też spójny obraz siebie, z uznaniem historii, która nas ukształtowała na osobę, jaką jesteśmy dzisiaj. W rezultacie może to prowadzić do dojrzałego poznania własnej tożsamości i niejednokrotnie wpływa pozytywnie na odzyskiwanie adekwatnej samooceny. Kiedy rozumiem swoje doświadczenia oraz potrafię podejść do siebie z życzliwością, mogę przestać poszukiwać swojej wartości w zewnętrznych kryteriach, gonić „spełnienie” i prestiż, które (przepraszam za spoiler) nie dają żadnej satysfakcji, kiedy już nam się – za cenę ogromnego wysiłku i czasu - nawet udaje je osiągnąć. I często, zamiast potraktować to rozczarowanie jako wskazówkę, uznajemy, że to pewnie w kolejnym awansie albo tytule albo milionie na koncie, czy jeszcze kilku kilogramach mniej czeka na nas to, czego szukamy. I często właśnie poszukanie w przeszłości przyczyn naszego gonienia za przygniłą marchewką, uwalnia od tego przymusu i pozwala poszukać własnej drogi.

Zatem nie „grzebiemy” w przeszłości po to, żeby ją rozgrzebać i w niej utkwić, obwiniając cały świat za swoje niepowodzenia, tylko po to, żeby połączyć kropki. Żeby ona już nami nie rządziła, żeby rozbroić mechanizmy, które ukształtowały się dawno temu i dzisiaj są nieaktualne i bardziej nam szkodzą niż pomagają. I żeby właśnie przestać żyć pod dyktando przeszłości. Bo kiedy rozumiem, dlaczego dzisiaj tak reaguję, jaka była droga która mnie tutaj doprowadziła, kiedy już wiem że coś, co mi doskwiera, jest reakcją z przeszłości, na coś starego, to mogę się zatrzymać, wziąć oddech i zrobić inaczej niż do tej pory. Mogę zrobić sobie przestrzeń na świadome decyzje i wybory czyli po prostu – dorosnąć.

20/07/2025
O złościDo napisania kilku porządkujących złożony temat złości zdań, natchnął mnie wpis (którego autora i treści już naw...
17/07/2025

O złości

Do napisania kilku porządkujących złożony temat złości zdań, natchnął mnie wpis (którego autora i treści już nawet nie pamiętam) destygmatyzujący lenistwo jako pozytywny i potrzebny element higieny psychicznej, a raczej burza, która rozpętała się w komentarzach pod nim. Refleksję po ich lekturze miałam taką, że mimo szerokiego dostępu do wiedzy psychologicznej, nadal wokół złości istnieje spore zamieszanie i często nie potrafimy z niej właściwie korzystać. Ten wpis będzie miał zatem charakter bardziej porządkujący niż analityczny i mam nadzieję, że okaże się przydatny.

Gdybym miała dla przejrzystości wymienić dwie podstawowe funkcje złości, to są nimi: komunikat o tym, że coś wymaga zmiany oraz wyzwolenie energii do działania. W pierwszej z nich zawiera się informowanie nas (trochę tutaj uproszczę) albo o nie zaspokojonej potrzebie, albo o przekraczaniu naszych granic. Energia złości może następnie być wykorzystana do oddziaływania na rzeczywistość (wewnętrzną lub zewnętrzną). Zamieszanie i spory pojawiają się między innymi wtedy, kiedy uwzględniamy tylko jeden z rodzajów komunikatów, które przekazuje nam złość lub stosujemy nieadekwatne do sytuacji rozwiązanie.

Innymi słowy, kiedy czujemy złość, może to być spowodowane niezaspokojoną potrzebą (P***k głodny - P***k zły ;) lub faktem, że ktoś narusza albo przekracza nasze granice.

Jak w prosty sposób odróżnić jedną sytuację od drugiej? Kiedy ktoś nas wkurza tym, jaki jest, co robi, jak wygląda, w co się ubiera, jakich wyborów życiowych dokonuje, jakie ma priorytety, sukcesy czy porażki, które w żaden sposób nie wpływają na nasze życie, to złość na tę osobę pokazuje nam obszar, w którym siebie zaniedbujemy. Wskazuje na jakiś brak, konflikt albo wyparty do nieświadomości element psychicznej układanki. Wtedy złość mówi o niezaspokojonej potrzebie, którą możemy odkryć szukając odpowiedzi na pytanie: na co sobie nie pozwalam? Co tak bardzo mnie kole w oczy w drugiej osobie? To są przykłady okoliczności, w których moja złość na kogoś jest komunikatem o mnie. O moim cieniu, o tym, co wyparłam i czego się pozbawiłam w procesie socjalizacji. Dlatego złość jest wspaniałym drogowskazem w pracy z cieniem i nieświadomością. Post, który natchnął mnie to tych przemyśleń dotyczył lenistwa: kiedy oceniam kogoś jako leniwego i czuję do niego złość, mam ochotę go ochrzanić, zawstydzić i upokorzyć, to potrzebuję obejrzeć sobie własne przekonania na temat pracy i odpoczynku, wartości człowieka mierzonej harówką, przypomnieć sobie doświadczenia bycia karanym za nic nie robienie. A następnie zobaczyć, jak bardzo zaniedbuję potrzebę odpoczynku i relaksu i odpowiedzieć na pytanie, do którego złość zachęca: i co z tym zrobię? Do tej pory być może rzucałam zjadliwe komentarze wobec „leniwej” osoby, obmawiałam ją, pisałam złośliwości w mediach społecznościowych (jak spora część komentujących wspomniany post). Czy pomogło mi to odpocząć i zrelaksować się? Pomogło jedynie upuścić energię złości i skierować jej niszczący aspekt zupełnie nie tam, gdzie potrzeba.

Tutaj mała dygresja. Owa destrukcja zawarta w złości jest często tym, czego się obawiamy i co sprawia, że, zamiast się z nią przyjaźnić, używamy jej przeciwko sobie lub innym, a nie dla swojego dobra. Dzieje się tak, ponieważ doświadczyliśmy wielokrotnie sytuacji, w których zezłoszczona osoba strzelała w kogo popadnie, raniła i niszczyła, a my często nie mogliśmy się (szczególnie jako dzieci) bronić. Przekonanie, że złość jest złem, niszczącym i krzywdzącym, wrosło w nas tak mocno, że albo stosujemy bierną agresję, tłumimy jej energię aż wybuchnie, kierujemy ją przeciwko sobie, popadając w depresję i choroby autoimmunologiczne, albo przyjmujemy rolę prześladowcy i wyżywamy się na słabszych. To prowadzi do dalszego niszczenia nas samych, relacji, świata wokół i potwierdza błędne przekonanie o tym, że złość jest moralnie zła.

A gdyby tak destrukcyjną energię złości skierować tam, gdzie dobrze jest coś zniszczyć? W przykładzie o leniu i odpoczynku, tym, w co potrzebujemy ją wymierzyć są nasze przekonania, które nie pozwalają nam na relaks. Nasza własna mentalność zapier*olu jest pułapką, która robi z nas niewolników i nieszczęśliwych ludzi i to ona potrzebuje być „zniszczona”. Następnie przychodzi czas na pytanie: i co z tym zrobię? Nad które morze polecę wygrzewać się na plaży? Do którego spa pojadę? Po którym lesie pospaceruję? A może po prostu zacznę wreszcie przesypiać 8 godzin i jeść regularnie? Nie tylko odpocznę, ale też uwolnię się od patologicznych przekonań i uwolnię z cienia swojego „lenia” ;) Zniknie potrzeba walenia na oślep w każdego, kto nie haruje i zamiast niszczyć, dam sobie w życiu coś dobrego. A to wszystko dzięki złości.

Drugi aspekt złości dotyczy momentów, w których jestem w interakcji z drugim człowiekiem i komunikuje mi ona, że moje granice są przekraczane. Tutaj sytuacja jest nieco bardziej złożona, ponieważ albo możemy na to, co dzieje się teraz nakładać stare przekroczenia i interpretować czyjeś zachowanie jako skierowane przeciwko sobie albo właściwie identyfikować sytuację czy zachowanie, które nas narusza. Wyłapanie tego pierwszego wymaga samoświadomości i zintegrowania przeszłych doświadczeń oraz rozumienia, w jaki sposób wpływają na nas dzisiaj.

Czasem czyjeś zdanie na ważny dla nas temat wywołuje złość, która tak naprawdę przykrywa wstyd, upokorzenie czy żal, gdyż przywołuje przykre doświadczenia z przeszłości, podczas, kiedy ktoś po prostu wyraża swój światopogląd. I tak, jeżeli byliśmy w przeszłości prześladowani czy dyskryminowani, możemy walczyć z każdym, kto ma odmienne od nas zdanie na temat naszych przekonań, religii, tożsamości itp. To jest temat na osobny wpis, ale jeżeli ktoś twierdzi, że istnieją wyłącznie dwie płcie i wszystko inne to patologia lub grzech, to jego zdanie nie może realnie skrzywdzić osoby niebinarnej czy transpłciowej (nie mam tutaj na myśli wyzwisk czy aktów agresji, tylko wyrażanie przekonań). Przywołuje ono jedynie bolesne doświadczenia, których zapewne miała wiele w swoim życiu i rany, które w ich wyniku powstały. I znowu, mało konstruktywną jest próba zmuszenia całego świata, żeby natychmiast zmienił światopogląd i przyjął mój, albo przestał się odzywać, bo to nie tylko się nie stanie, ale też prowadzi do dalszej agresji, walki i podziałów. Złość i jej destrukcyjny aspekt potrzebujemy w tym przypadku skierować we własne, często nieuświadomione, zinternalizowane przekonanie, że jestem dziwadłem, nie zasługuję na swoje miejsce, jestem gorszym sortem człowieka. Ale żeby to się stało, potrzebujemy je w dostrzec w sobie, a nie tylko w innych ludziach i zatrzymać się na kilka oddechów, kiedy czyjeś zdanie nas uruchamia.

I w końcu, kiedy ktoś naprawdę narusza nasze granice, czyli atakuje nas, zabiera to, co do nas należy, zjada nasz obiad z firmowej lodówki, używa naszych ubrań bez pozwolenia, wydaje nam rozkazy i polecenia, poniża nas, krzyczy, używa siły fizycznej, krytykuje wszystko, co robimy i lubimy, domaga się naszej uwagi i czasu tak, jakby mu się należały, (np. ma pretensje, że zbyt rzadko dzwonisz albo nie odbierasz telefonu zawsze, kiedy chce się z tobą skontaktować), wciąga nas w rozgrywki z innymi ludźmi, wciska piątego kotleta – złość służy do wyrażenia sprzeciwu. Powiedzenia wyraźnego nie, które niesie za sobą konsekwencje. Nie, nie zjem więcej. Nie możesz używać moich ubrań bez pozwolenia. Nie podnoś na mnie głosu. Nie przyjadę na święta, mam inne plany.
To nie jest miejsce na zastanawianie się, co mi to mówi o mnie i odwracanie kota ogonem. Kiedy próbujemy stosować to rozwiązanie, to nie skorzystamy z dobrodziejstw złości we właściwy sposób. Niektórzy „duchowi nauczyciele” namawiają do takiego jej pojmowania w każdej sytuacji, co prowadzi na manowce i może przynieść więcej szkody niż pożytku. Nie zawsze twoja złość na kogoś jest o tobie.

Tutaj również potrzebujemy najpierw zorientować się, co się dzieje, o czym złość mnie informuje i odpowiedzieć na pytanie: co z tym zrobię. I nawet w tym przypadku nie chodzi o to, żeby uderzać na oślep i wygrać z kimś walkę, tylko, żeby zidentyfikować a następnie zakomunikować to, o czym złość mnie informuje. Zatem, kiedy nawrzeszczę na kogoś, obrażę go i zwyzywam, to nie osiągnę celu (żeby przestał zżerać moje jedzenie, używać moich rzeczy albo na mnie krzyczeć). Ulżę sobie, ale naruszę relację. Potrzebuję poinformować tę osobę, czego sobie życzę, a czego nie i wytrzymać jej reakcje, wbijanie w poczucie winy, robienie z siebie ofiary, manipulacje czy dalszą agresję. Do tego potrzebuję siły własnej złości. Żeby wystać w swoim. Albo obrócić się na pięcie i wyjść, jeżeli nie dociera. Złość ma służyć mnie, a nie walce i niszczeniu kogoś.

I ostatnia, być może najbardziej kontrowersyjna myśl. Czasem energia złości jest potrzebna do tego, żeby odepchnąć napastnika, albo fizycznie się obronić. Uczenie dzieci, że przemoc nie jest rozwiązaniem, poza tym, że jest ogólnie właściwym kierunkiem, ma w sobie element pułapki, kiedy używamy tego zdania w stosunku do atakowanego. Odbieramy mu bowiem siłę i sprawczość i utwierdzamy go w roli ofiary. Kiedy odepchnę czy nawet uderzę kogoś w obronie własnej, to nie stosuję przemocy. Przemoc dotyczy sytuacji, w której silniejszy atakuje słabszego (dlatego dziecko, które w złości uderza rodzica nie stosuje wobec niego przemocy, a w drugą stronę już tak). „Przemoc nie jest rozwiązaniem” jest właściwym komunikatem do osób inicjujących akt przemocy z powodu własnych trudności wewnętrznych, braku kontroli impulsów czy nawyku atakowania zamiast wyrażania potrzeb i granic, a nie do broniących się.

Zatem złość może zostać twoją dobrą przyjaciółką, jeżeli tylko nauczysz się z nią właściwie obchodzić. Zamiast się jej bać, możesz spojrzeć na nią jak na przysłowiowy nóż, którym można ukroić kawałek ciasta, albo wbić komuś w nerkę. Ty wybierasz.

Zdjęcie: Photo by Philipp Pilz on Unsplash

Dziecko rodzica z mocnym rysem narcystycznym przegląda się w krzywym zwierciadle. Głównym (a czasem jedynym) kryterium o...
31/03/2024

Dziecko rodzica z mocnym rysem narcystycznym przegląda się w krzywym zwierciadle. Głównym (a czasem jedynym) kryterium oceny jego zachowania, wyglądu, wypowiedzi, gustu, preferencji i wszystkiego, co składa się na jego tożsamość, jest to, czy i na ile wspiera rodzica w jego wielkościowej narracji lub w roli skrzywdzonej ofiary. Informacje zwrotne, które dziecko otrzymuje, nie są o nim jako odrębnej jednostce ludzkiej, tylko o tym, w jaki sposób służy rodzicowi. Nawet, jeżeli nie doświadcza bezpośredniej przemocy, jego relacja z tym, który powinien pełnić rolę opiekuna jest jednostronna i często odwrócona – to dziecko opiekuje się zaburzonym światem wewnętrznym dorosłego. Z pozoru drobne i niewinne interakcje stanowią budulec, z którego tworzy się fałszywa tożsamość dziecka. Przykładem może być krótka rozmowa, której byłam świadkiem, (mówi babcia do kilkuletniej dziewczynki):

- (…) no ale ja już w takim razie nie wiem czy ty się cieszysz że mnie widzisz
- ja się rozpłakałam jak przyszłaś, bo...
- już mi mówiłaś, to nieważne, ja chcę tylko wiedzieć, czy ty mnie kochasz czy nie

Nie ma wyzwisk, krzyków, obrażania się i odmowy kontaktu, o których wiemy, że są dewastujące, ale jest jasny przekaz: to, co się w tobie dzieje, nie jest ważne, interesuje mnie tylko, czy nakarmisz moje wewnętrzne dziecko swoją miłością. Skrzywdziło mnie to, co poczułaś i wyraziłaś, dlatego musisz teraz zapomnieć o sobie i zająć się moim poczuciem odrzucenia i bycia niekochaną.

Pojedyncze tego typu sytuacje się zdarzają, bo nikt z nas nie jest na tyle dojrzały, żeby nigdy nie użyć drugiej osoby do własnych celów. I jeżeli widziana przeze mnie dziewczynka ma wystarczająco dobrych rodziców, to taka interakcja z babcią nie powinna jej naruszyć.

Natomiast dziecko, którego główni opiekunowie w taki sposób go używają, składa swoją autentyczność w ofierze na ołtarzu (zaburzonej) relacji i buduje fałszywą tożsamość. Żyje z przymusem przeglądania się w innych ludziach, tworząc zależną osobowość. Kryteria oceny jego postępowania są na zewnątrz, poszukuje „obiektywnych” definicji normalności i często obsesyjnie usiłuje je spełniać. Taka osoba często używa takich sformułowań jak „boje się, co ludzie o mnie pomyślą”, ponieważ brak dostępu do czyjegoś świata wewnętrznego i możliwości kontrolowania go, jest dla niej zagrażający. Spodziewa się bowiem kary (odrzucenia, agresji, dewaluacji) w przypadku wzbudzenia w kimś niezadowolenia i nauczyła się, że odpowiedzialność za to, co dzieje się w drugim człowieku oraz za jego zachowanie, spoczywa na niej.

W dorosłych relacjach myli używanie z miłością, wchodzi w rolę ratownika, w interakcjach jest przezroczysta, w bliskości zlewa się z drugą osobą, jednocześnie doświadczając ogromnej pustki w naturalnych momentach oddzielenia. Odrębność jest zagrażająca, bo konfrontuje z wewnętrzną pustynią i lękiem przed powtórzeniem raniących doświadczeń. Jest jak wydmuszka, która wyzbyła się swojej esencji, gdyż nie było na nią miejsca, a potrzeba relacji i bliskości stanowiła fundament przetrwania. Ceną są oczywiście choroby psychiki i ciała, prowadzące czasem do śmierci. Śmierć fizyczna w tym kontekście może być ilustracją czy ostatecznym dopełnieniem tego, co dziecko narcystycznego rodzica musiało uczynić swojemu wnętrzu, żeby pozostać w relacji i zapobiec porzuceniu: uśmiercić własny temperament, pragnienia, reakcje emocjonalne, myślenie, ciekawość świata i chęć eksplorowania, a nade wszystko odrębność, granice i każdy aspekt swojej tożsamości, który nie wspierał zaburzonego obrazu rzeczywistości rodzica.
Psychiczne zmartwychwstanie, to osiągnięcie niezależności, która nie przyjmuje odpowiedzialności za czyjkolwiek stan wewnętrzny poza własnym i bez względu na reakcje otoczenia, pozostaje w zgodzie ze sobą. Nie należy jej mylić z przeciwzależnością, która wyraża bunt wobec zachowań zależnych, nadal jednak obraca się wokół tych samych, zewnętrznych kryteriów postępowania i monitorowania nastrojów ludzi wokół.

Osoby niezależnej nie można kontrolować, nie tylko groźbą kary (odrzucenia, wyśmiania, ostracyzmu), ale też kusić komplementami, głaskami i pochwałami. Nie oznacza to, że nie bywa jej przykro, kiedy jest źle traktowana, ani przyjemnie, kiedy jest chwalona, ale w imię żadnego z tych doznań nie zrezygnuje z autentycznej ekspresji samej siebie. Żeby stać się osobą niezależną (autentyczną), potrzebujemy wrócić do siebie, czyli odzyskać wszystkie uśmiercone aspekty swojej tożsamości, nauczyć się od początku - jak dziecko chodzenia - tego jacy jesteśmy i co naprawdę jest nasze, a co jest Ja fałszywym, stworzonym w oparciu o konieczność przetrwania w niesprzyjających warunkach. Procesowi temu towarzyszy ból psychiczny, tym większy, im bardziej unikaliśmy czucia go w przeszłości. Niezależność wymaga bowiem zgody na nieprzychylne reakcje otoczenia, czyli odwrócenia mechanizmu zadowalania innych, co może być jednym z najbardziej bolesnych doświadczeń dorosłości. W zgodzie na odczuwanie bólu jest jednak wolność do poznawania siebie, a następnie swobodnej ekspresji, stawiania granic, zajmowania miejsca i wychodzenia do świata oraz czerpania z życia.

Długo jeszcze będziesz przystawiać do piersi wszystkich biedaczków tego świata, którzy się napatoczą? Nakarmię jego, to ...
22/03/2024

Długo jeszcze będziesz przystawiać do piersi wszystkich biedaczków tego świata, którzy się napatoczą? Nakarmię jego, to potem on, uzdrowiony i silny, nakarmi mnie. A naprawdę będzie ciągle głodny, bo jego otchłań jest bezdenna. Ty będziesz marnieć i umierać, a twój wewnętrzny biedaczek będzie krzyczał coraz głośniej.

Nie dostaniesz tego, za czym tęsknisz, z zewnątrz.

Niech to się wreszcie odczaruje, bo zniszczysz się do końca. Jedynym "biedaczkiem", za jakiego jesteś odpowiedzialna jest ten w tobie i to on potrzebuje twojej dobrej piersi.

💖

Jest we mnie głodne dziecko, które myli używanie z miłością.Nie oszukujmy się, jest w każdym z nas. To dlatego dajemy si...
01/03/2024

Jest we mnie głodne dziecko, które myli używanie z miłością.
Nie oszukujmy się, jest w każdym z nas. To dlatego dajemy się złapać tym, którzy potrafią tak zakrzywić rzeczywistość, żeby ubrać używanie w płaszczyk zainteresowania. Współpracujemy w tym z nimi, odwracając wzrok od wielkich czerwonych flag i głuchnąc na wewnętrzny głos szepczący „wracaj do siebie”. Ignorujemy ukłucia w brzuchu, fale lęku przepływające przez ciało, myląc je z ekscytacją. Naginamy się coraz bardziej, przekraczamy siebie i znajdujemy mnóstwo racjonalnych powodów, dla których jest to dla nas „dobre” i „rozwojowe”.
A tymczasem druga osoba próbuje wypełnić własną pustkę naszą energią, pożywić się nami, żeby przez chwilę uciec od samotności, smutku, lęku i beznadziei. A kiedy nam to pokaże, to zamiast uciekać, wpadamy jeszcze głębiej w sidła własnego uzależnienia od ratowania skrzywdzonych, biednych i pokiereszowanych. Głodne dziecko wierzy, że kiedy naprawi zepsutego rodzica, to zostanie wreszcie nakarmione. Oddaje wszystko, co ma bezdennej pustce drugiego człowieka w nadziei, że tamten, nasycony, pokocha swojego małego wybawcę. A kiedy czarnej dziury nie udaje się zapełnić, dziecko marnieje i przymiera głodem. Staje się coraz bardziej zależne od okruchów uwagi, które są mu czasem rzucone. I wierzy, że za mało się stara, albo robi coś źle, skoro druga osoba nie jest szczęśliwa i nie kocha go tak, jak by chciało.
A najgorsze jest to, że dla głodnego miłości dziecka nie ma znaczenia to, że doskonale znasz te mechanizmy, pracujesz z nimi, przejrzałaś je na wylot i potrafisz pisać o nich elaboraty. Jeżeli nie karmisz swojego głodnego dziecka, to, zanim się zorientujesz, zaprowadzi cię tam, gdzie obiecałaś sobie już nigdy się nie znaleźć.
Przepraszam, Kochanie, już wracam.

09/02/2024

Jeżeli już wszystko wiesz, a nic się nie zmienia, to znaczy, że używasz wiedzy jako tarczy zamiast latarni.

12/01/2024

Pani od ciemnych sprawek psychiki i umysłu. Uwielbiam spacerować w przestrzeni cienia, nieświadomości, wydobywać stamtąd najbardziej wstydliwe, przerażające, nie chciane kawałki i odkrywać ich wartość. Lubię mrok i nie boję się demonów, które go zamieszkują. Wiem też, że mogę w terapii pokazać tylko drogę, którą sama przeszłam. Nie zjadłam wszystkich rozumów, sama ciągle się uczę. A kiedy zbyt dużo się powymądrzam, to nagle mierzę się w życiu z sytuacjami, które weryfikują moje twierdzenia o sobie, innych i o świecie. Ciągle uczę się wracać do ciała i do czucia, znam też prawie wszystkie drogi ucieczki, dlatego niewiele może mnie w tym temacie zaskoczyć. Unikam ratowania a nawet pomagania, żeby nie odbierać ci siły, tylko pozwolić ją odnaleźć w sobie. Pokazuję tyle, ile mogę zobaczyć i na ile mi pozwolisz. Znam teorię, mam wiedzę oraz doświadczenie terapeutyczne i korzystam z nich do eksplorowania rzeczywistości wewnętrznej w kontakcie z czuciem, świadoma, że wiedza i teoria też mogą być ucieczką.

12/01/2024

Kiedy chcemy pożegnać stare i zrobić miejsce na nowe, to musimy być gotowi na opłakiwanie straty.

Adres

Lelewela-Borelowskiego 14/4
Kraków
30-108

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Powrót do Domu umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Powrót do Domu:

Udostępnij