10/06/2026
Dwadzieścia lat temu, mniej więcej o tej porze, po raz pierwszy usiadłem naprzeciw drugiego człowieka, nie jako kolega, syn czy muzyk, ale jako psycholog. Trudno w to uwierzyć, ale wszystko zaczęło się od zegarków i od nierozważnej dziecięcej ciekawości, która kazała mi rozbierać na części pierwsze każdy mechanizm, jaki wpadł mi w ręce. Podobno ten proces był jednokierunkowy. Zegarek po spotkaniu ze mną nigdy nie wracał do stanu pierwotnego. Dorośli wróżyli mi karierę inżyniera i dawali sobie za to ręce uciąć. Na szczęście nikt ich nie trzymał za słowo.
Moja fascynacja mechanizmami była jednak prawdziwa, tylko że nikt, łącznie ze mną, nie rozumiał wtedy, o jakie mechanizmy naprawdę chodzi. Szkoła średnia szybko rozwiała złudzenia: myśl techniczną wyparła pierwsza elektryczna gitara i pogoń za tym, żeby było głośno, szybko i na przekór. Młodzieńczy bunt przeżyłem w pełni: z długimi włosami, ideałami hipisowskiej wolności i totalną niechęcią do jakichkolwiek ram. Dla mnie piękny czas, dla moich rodziców prawdopodobnie okres wzmożonej modlitwy o moją przyszłość. Bywałem liderem w swojej grupie i bywałem wykluczany, bo nie mieściłem się w cudzych oczekiwaniach. Nauczyło mnie to więcej o ludziach, niż mógłbym wtedy podejrzewać.
A potem przyszedł pociąg. Dosłownie. Jechałem na egzaminy wstępne, z głową pełną dylematów: archeologia, prawo, historia? Każdy z tych kierunków był głosem innej części mnie, która domagała się uwagi. I nagle, gdzieś w rytmie stukotu kół, wszystko kliknęło. Ta potrzeba rozkładania na części, odkrywania ukrytych mechanizmów, precyzyjnego dociekania prawdy. To była ta sama pasja, która każe archeologowi warstwa po warstwie odsłaniać przeszłość, a historykowi łączyć fakty w sensowną całość. Ale pod spodem było coś więcej, pragnienie by rozumieć nie tylko przedmioty czy zdarzenia, ale ludzi. Mechanizmy ludzkiej duszy. Psychologia nie ewoluowała we mnie powoli, ona wybuchła. Do dziś czuję wdzięczność za tamten przejazd.
Studia w Lublinie, pierwsze staże na oddziałach psychiatrycznych, pierwsze spotkania z głębokim ludzkim cierpieniem. Gitara została ze mną. Czułem, że muzyka leczy, bo leczyła mnie. Chroni, bo chroniła mnie w trudnych chwilach. Pomyślałem: skoro to działa na mnie, dlaczego nie spróbować z innymi? Tak zacząłem eksperymentować i doprowadziłem do pierwszego praktycznego mariażu pasji i zawodu, do zajęć z muzykoterapii. Mogłem pomagać za pomocą dźwięków. Z sentymentem wspominam tamten etap.
Potem Kraków i rzeczywistość, w której jako młody terapeuta pracujący w nurcie poznawczo-behawioralnym byłem jak punkowiec na sali balowej. Wszędzie wokół królowało podejście psychodynamiczne, a ja szedłem pod prąd. Nie z przekory, tylko z wewnętrznej pewności, że ta metoda, oparta na dowodach, konkretna, uczciwa, to moja droga. Szybko dołączyła do tego terapia schematów, która poszerzyła mi horyzonty i wypełniła miejsca, gdzie klasyczne CBT ma swoje wąskie gardła.
Ten zawód nauczył mnie rzeczy, których nie da się oprawić w dyplom i powiesić na ścianie. Nauczył mnie słuchać tak, że słyszę nie tylko słowa, ale i to, co pod nimi. Że za każdym zachowaniem stoi konkretna potrzeba. Że w jednym człowieku mogą się jednocześnie pomieszczać dwie lub więcej przeciwstawnych sił, miłość i złość, pragnienie zmiany i śmiertelny strach przed nią. Że wzięcie odpowiedzialności za własne emocje przypomina przesiadkę z fotela pasażera na fotel kierowcy. Że stawianie granic nie jest egoizmem, tylko zwykłym ogrodzeniem. Nie po to, by kogoś wykluczyć, ale żeby było jasne, gdzie kończy się mój trawnik, a zaczyna twój.
Bycie terapeutą dało mi coś, czego nie umiem już od siebie oddzielić: widzę więcej i czuję głębiej. Czasem to dar, a czasem ciężar.
Widzę emocje, które ktoś próbuje ukryć za zwykłym „wszystko dobrze”. Słyszę napięcie w głosie, zauważam drobne gesty, które zdradzają smutek albo niepokój, zanim rozmówca sam je sobie uświadomi. To dzieje się automatycznie, nie tylko w gabinecie, również w życiu prywatnym. I o ile w pracy jest bezcenne, o tyle poza nią potrafi przytłaczać. Bo nagle widzisz coś, o co nikt cię nie prosił.
Ale ta sama wrażliwość sprawia, że jestem bliżej ludzi. Daje mi zdolność obecności, której inni potrzebują i sprawia, że przy mnie mogą czuć się bezpiecznie. To największy skarb, jaki dostałem od tego zawodu, nawet jeśli czasem oznacza, że po intensywnym dniu potrzebuję więcej ciszy niż przeciętny człowiek. I już się z tym nie kłócę.
Nie byłbym tu, gdzie jestem, bez ludzi. Bez mojego terapeuty, który kiedyś dosłownie wyciągnął mnie z ciemności i pokazał kierunek. Jego słowa wracają do mnie w różnych momentach życia jak kompas. Bez tych, którzy zobaczyli we mnie „to coś” i zaprosili do współpracy. Każdy z was zostawił we mnie swój ślad. Jestem bardzo wdzięczny za każdą historię, która została mi opowiedziana w gabinecie. Dwadzieścia lat to kawał czasu, a ja z czułością patrzę na wszystkie swoje ograniczenia, które musiałem pokonać, żeby się nim stać. Nie przyszło mi to lekko, ale dziś czuję, że stoję w szczycie swoich możliwości intelektualnych, emocjonalnych i ludzkich. Jestem zbudowany z doświadczeń, ale wciąż głodny nowej wiedzy.
Na sam koniec a może przede wszystkim na początku – jest moja żona i córki. To przy Was wracam do siebie. Nigdy nie potrzebowałyście, żebym był terapeutą, mam być po prostu sobą. I właśnie to zwykłe, codzienne bycie z Wami nauczyło mnie najwięcej o tym, co naprawdę ważne w życiu, więcej niż jakiekolwiek szkolenie. Dziękuję Wam za dom, który nie jest gabinetem i za miłość, której nie muszę poszukiwać. Czuję ją w pełni od Was.
Dwadzieścia lat minęło.
- My Own Way -
MyOwnWay.pl