25/03/2026
Agnieszka Jucewicz: Podobno ze wszystkich zwierząt tylko człowiek jest w stanie wyobrazić sobie, co czuje i przeżywa ten Inny. Chociaż mam co do tego wiele wątpliwości…
Anna Król-Kuczkowska: Wszyscy mamy tę zdolność, choć rzeczywiście niektórzy z nas używają jej lepiej, inni gorzej. I zdarzają się momenty w życiu, w których ta umiejętność się załamuje. Wtedy wpadamy w kłopoty.
Fachowo nazywa się tę zdolność mentalizacją, potocznie refleksyjnością. Czym tak naprawdę jest?
– To bardzo zaawansowana funkcja psychiczna, która polega na zdolności rozumienia świata fizycznego – różnych zachowań, czynów, własnych i innych ludzi – w kategoriach stanów mentalnych, czyli tego, czego nie widać gołym okiem.
A prościej?
– Powiedzmy, że rozmawiamy i zaczyna się pani wiercić na krześle. Jeśli jestem osobą, która w miarę dobrze mentalizuje, mogę pomyśleć tak: „Może nudzi panią to, co mówię, ale może być też tak, że jest pani niewygodnie. A może ma pani kłopot z kręgosłupem”. Co więcej, moja interpretacja może ulec zmianie w zależności od tego, co się będzie między nami działo. Jeśli natomiast jestem kimś, kto słabo mentalizuje, znajdę na pani wiercenie się jedną odpowiedź, na przykład: „Na pewno opowiadam bzdury, a pani się nudzi”. I nie będę mieć co do niej żadnych wątpliwości.
Cechą słabego mentalizowania jest to, że dorabiamy sobie do obserwowanych zachowań jakąś sztywną interpretację, która ma małe szanse ulec modyfikacji.
Czyli nawet gdybym powiedziała, że to, co pani opowiada, jest bardzo ciekawe…
– …nawet gdybym ja sama miała poczucie, że żywo nam się rozmawia, pozostałoby we mnie to pierwsze wrażenie. Bardzo prawdopodobne, że odrzuciłabym wszystko, co mogłoby je skorygować, jako „nie tak prawdziwe”.
Ludzie, którzy dobrze mentalizują, mają świadomość, że jakkolwiek dobrze by odczytywali sygnały płynące od innych, nigdy nie będą wiedzieć na pewno, co siedzi w głowie drugiej osoby. Natomiast osoby słabo mentalizujące mają czarno-białą wizję świata. Są przeświadczone, że ich punkt widzenia jest jedynym prawdziwym. Można powiedzieć, że to umysł, który stawia mało pytań. Nie kwestionuje siebie ani rzeczywistości oraz przypisuje innym motywy, które nie są ich, nawet tego nie sprawdzając.
Czym w takim razie różni się empatia od mentalizacji?
– Z badań neuronaukowych wiemy, że obszar mózgu odpowiedzialny za empatię jest mniejszy niż ten odpowiedzialny za mentalizowanie. Ono jest bardziej złożone. To nie tylko zdolność do „wejścia w skórę” drugiej osoby, wyobrażenia sobie, co ten ktoś może w tym momencie przeżywać, ale też gotowość do obejrzenia tego, co się dzieje, w szerszym kontekście, dostrzeżenia związków przyczynowo-skutkowych. To również zdolność rozpoznawania własnych uczuć.
Ma pani dziecko?
Mam.
– To wie pani, że są takie chwile, kiedy to „światło w życiu” swoim zachowaniem doprowadza panią do takiego stanu, że jest pani skłonna pomyśleć o nim, że jest rozwydrzonym, manipulującym potworkiem. W takich chwilach zdolność mentalizowania może się bardzo łatwo załamać i sprawić, że projekcja własnych odczuć – to potworek! – przesłoni nam dziecko, jakim ono jest. To opresyjna sytuacja.
Jak z niej wyjść?
– Poza paroma głębokimi oddechami? Trzeba przyjrzeć się dziecku i przypomnieć sobie, że przecież parę godzin temu było wspaniałe, wrażliwe, urocze, i jeśli uda nam się przejść przez tę trudną sytuację, to zaraz będziemy myśleć o nim tak samo. Na tym polega siła mentalizowania.
Albo weźmy skonfliktowaną parę. Jeśli partner odwraca się na pięcie i nie chce rozmawiać, mogę pomyśleć, że mnie nie kocha, nie szanuje i chce mnie psychicznie zniszczyć. Moje mentalizowanie się załamuje. Ale mogę też sobie przypomnieć, że to ktoś, z kim jestem już ładnych kilka lat, łączy nas wiele dobrych rzeczy, a on tak ma: jak jest wzburzony, to musi ochłonąć, nim zareaguje.
fragment rozmowy dla Gazety Wyborczej. Osoby zainteresowane terapią opartą na mentalizacji i szkoleniem się w tym podejściu zapraszamy do kontaktu.
fot Luis Eusebio