KAMIL GÓRA I Psycholog dziecięcy

KAMIL GÓRA I Psycholog dziecięcy Jestem terapeutą, który z pasją wspiera dzieci, młodzież oraz ich rodziny. W swojej pracy stawiam na uważność, relację, autentyczne spotkanie i bezpieczeństwo.

Jeśli szukasz psychologa, który widzi człowieka, nie problem - jesteś w dobrym miejscu.

ZAUWAŻYĆ NORMALNOŚĆZa oknem w końcu dostrzec można było pierwsze oznaki wiosny. Zieleniące się drzewa, wszechogarniające...
30/05/2026

ZAUWAŻYĆ NORMALNOŚĆ

Za oknem w końcu dostrzec można było pierwsze oznaki wiosny. Zieleniące się drzewa, wszechogarniające promienie słońca, zapach świeżo koszonej trawy. Wczesna godzina i pogodna aura dyktowały warunki codzienności. Jedni wracali już z pracy, ze szkoły. Drudzy dopiero do niej zmierzali. Tak przynajmniej wynikało z prowadzonych przez nich rozmów.

Wewnątrz gabinetu panowała jednak cisza, która często poprzedza trudne, ale konieczne nazywanie rzeczywistości.

Naprzeciwko siedziała Lena. Patrzyła w buty, unikając wzroku.
- Jak minął tydzień? - zapytałem. Wzruszyła ramionami.
- Nic takiego. Normalnie. Szkoła, dom, lekcje. Nie ma o czym gadać.

To „nic się nie działo” słyszę w gabinecie niemal codziennie. To moment, w którym młodzi ludzie zakładają na oczy filtr: dostrzegają tylko to, co spektakularne - wielkie wygrane albo totalne katastrofy. Reszta, czyli szara codzienność, ląduje w koszu jako coś nieistotnego. Podobnie bywa z odpowiedzią „jest dobrze”. Kiedy proszę, by ją rozwinęli, zapada cisza. Czują ten stan, ale nie potrafią go nazwać, bo nie nauczyli się analizować jakości swojej codzienności.

Dlaczego to jest problemem?

Dopóki nie uznamy „normalności” za wartość, nasze poczucia własnej wartości i własnych kompetencji są skrajnie niestabilne. Gdy opieramy je tylko na spektakularnych sukcesach, jedna porażka wystarczy, by zburzyć cały nasz obraz siebie. Statystyka jest nieubłagana: porażka unieważnia wszystko, jeśli „wszystkiego” jest zbyt mało.

Kiedy zaczęliśmy z Leną drążyć to „nic”, okazało się, że:
• Wytrzymała trudną lekcję matematyki, mimo że lęk podpowiadał jej ucieczkę.
• Nie weszła w kłótnię z rodzicami, choć napięcie w domu było bliskie wrzenia.
• Została w miejscu, które było dla niej trudne, zamiast unikać konfrontacji.
Dla Leny to nie był sukces. Dla mnie - to był moment, w którym zrobiła coś bardzo ważnego - mimo obecności lęku.

Obserwacja zamiast oceny

W podejściu, które jest mi bliskie, nie szukamy wielkich triumfów. Szukamy uważności. Zapytałem Lenę: „Pamiętasz ten moment przed lekcją? Miałaś w głowie scenariusz katastrofy, a potem wydarzyła się rzeczywistość. Jak to, czego doświadczyłaś, ma się do tego, co sobie wyobrażałaś?”.
Lena zaczęła analizować:
1. Dostrzegła dyskomfort: Zidentyfikowała fizyczne objawy lęku (ucisk w brzuchu, pot na dłoniach, ból karku).
2. Obserwowała dynamikę: Zauważyła, że to napięcie nie jest stałe - faluje, a nie tylko narasta.
3. Porównała fakty z wyobrażeniami: Zrozumiała, że jej wyobrażenie o „katastrofie” nie pokryło się z tym, co realnie przeżyła, siedząc w ławce.

To jest istota budowania poczucia kompetencji i wpływu. To nie jest kwestia optymizmu, ale umiejętności zatrzymania się i sprawdzenia, co się faktycznie wydarzyło. Zamiast pozwalać emocjom dyktować definicję dnia, Lena zaczęła widzieć własne działanie w obliczu trudności.

Dlaczego to kluczowe?

Tolerowanie dyskomfortu to umiejętność zatrzymania się, gdy mamy ochotę zburzyć wszystko, bo coś nie wyszło. To świadomość, że stabilność nie bierze się z braku problemów, ale z tego, jak zarządzamy sobą w ich obliczu.

Uczmy młodych ludzi, że budowanie samoświadomości, poczucia kompetencji i skuteczności to proces obserwacji, a nie gromadzenia spektakularnych trofeów. Niech sprawdzają: „Ile razy w tym tygodniu, mimo że było ciężko, zauważyłem, że potrafię działać pomimo lęku?”. To właśnie te „nudne”, pozornie normalne dni, są fundamentem, który - w przeciwieństwie do sukcesów na pokaz - wytrzyma każdą burzę.

NIE SŁOWEM, A RYTMEM - O WYKORZYSTANIU ZAŚPIEWÓW Drzwi otworzyły się niepewnie, jakby ktoś po drugiej stronie przez chwi...
18/04/2026

NIE SŁOWEM, A RYTMEM - O WYKORZYSTANIU ZAŚPIEWÓW

Drzwi otworzyły się niepewnie, jakby ktoś po drugiej stronie przez chwilę się zastanawiał, czy na pewno chce wejść. Najpierw weszła matka. Chłopiec stał tuż za nią, schowany pod jej ramieniem, z dłonią wsuniętą w materiał jej swetra.

Nie puścił jej od razu. Rozejrzał się szybko. Po podłodze. Po półkach. Po oknie. Mnie ominął.

Usiedliśmy na dywanie.

Mama zaczęła mówić. Spokojnie, ale z napięciem pod spodem. O tym, że w przedszkolu jest trudno. Że syn nie odpowiada. Że wycofuje się, kiedy ktoś coś do niego mówi. Że najczęściej „jest gdzieś obok”. W tym czasie chłopiec kręcił w palcach cienki sznurek. Zawijał go wokół palca, rozwijał, znowu zawijał. Ruch był równy, powtarzalny. Przyspieszał, kiedy mama mówiła o trudniejszych momentach.

Zwróciłem się do niego - krótko, spokojnie. Nie zareagował. Spróbowałem jeszcze raz. Znów bez odpowiedzi.

Zatrzymałem się.

Oparłem się lekko o ścianę i zacząłem nucić. Cicho. Bez pośpiechu. Melodia była prosta, oparta na kilku dźwiękach, powtarzalna. Nie patrzyłem na niego od razu. Pozwoliłem, żeby dźwięk po prostu był w przestrzeni. Po kilku sekundach jego ręka zatrzymała się w połowie ruchu. Sznurek przestał się kręcić. To był pierwszy moment, w którym przyjął coś ode mnie do swojego świata - nie przez słowo, tylko przez rytm i melodię.

Sięgnąłem po kapelusz – lekko pstrokaty, z licznymi zagnieceniami. Przesunąłem go bliżej siebie. Nie podnosiłem go wysoko. Nie robiłem z tego wydarzenia. Najpierw pojawił się głos: „Znam zaklęcie, co to będzie…”

Śpiewałem powoli. Zostawiłem miejsce między słowami. Nie kończyłem od razu. Uniosłem dłonie. Zatrzymałem się. To była ta chwila, w której nic „nie trzeba było zrobić”. W której to dziecko mogło zdecydować, czy chce się w to włączyć.

Dmuchnąłem lekko w powietrze. Cicho powiedziałem: „hokus-pokus”, znacznie przeciągając samogłoski, poruszałem palcami. Jego głowa uniosła się o kilka centymetrów. Spojrzał. Krótko, ale wystarczająco - i to był moment zmiany. Nie zrobił nic „dużego”, ale przestał być całkowicie zamknięty w swoim ruchu.

Dokończyłem gest. Wziąłem kapelusz do rąk i zacząłem nim delikatnie kręcić. Materiał zaszeleścił. Zmieniałem tempo, pozwalałem, żeby dźwięk „pracował”.
„…co tu się przed nami chowa?” - zaśpiewałem i zostawiłem pytanie bez odpowiedzi. Włożyłem rękę do środka i nagle ją cofnąłem, jakby coś mnie ukłuło. „Oj…” - skomentowałem.

Chłopiec spojrzał szybciej i nieco dłużej. Odsunął jedną rękę od sznurka. Nadal go trzymał, ale już nie był nim zajęty. Przechylił się do przodu. Wyciągnął rękę. Zatrzymał ją tuż przed kapeluszem. Czekał. Ja też czekałem. Dotknął materiału. Najpierw lekko. Potem trochę mocniej. Potrząsnął. Słuchał.

W tym miejscu wydarzyło się coś, co w pracy z dziećmi jest kluczowe, a często niedostrzegalne: napięcie zaczęło ustępować ciekawości.

Wyciągnąłem z kapelusza mały samochód. Nie komentowałem. Włączyłem go w melodię. Zaśpiewałem krótką frazę. Samochód „jechał” po mojej dłoni. Zatrzymałem się. Czekałem.

Chłopiec sięgnął. Wziął samochód. Przesunął go po dywanie. Wydał cichy dźwięk.

Co tam się właściwie wydarzyło?

Patrząc z boku, można by powiedzieć: „bawił się kapeluszem i samochodem”. Ale to skrót, który pomija to, co terapeutycznie ważne w tej interakcji. Na początku spotkania chłopiec był poza relacją. Zbyt dużo napięcia, zbyt mało przewidywalności, zbyt wysoki próg wejścia. Słowo okazało się za trudne. Muzyka – nie.

Mowa ludzka jest czymś niezwykle skomplikowanym. Wymaga odkodowania znaczenia słów, gramatyki, a do tego zinterpretowania intencji społecznej i mimiki. Dla układu nerwowego dziecka w silnym stresie to często zbyt wiele. Zaczynając nucić, próbowałem zdjąć ciężar z językowych ośrodków w mózgu. Prosta melodia i rytm mogły zaangażować wiele obszarów jednocześnie, a także trafić do starszych ewolucyjnie struktur odpowiedzialnych za emocje i przetwarzanie słuchowo-ruchowe. Chciałem przez to sprawić, aby dźwięk przestał być zagrożeniem, a stał się bezpiecznym tłem.

Jak zauważa Daniel Levitin, badacz zajmujący się psychologią muzyki, ludzki mózg to maszyna do przewidywania. Świat społeczny jest nieprzewidywalny, ale rytm – wręcz przeciwnie. Kiedy zacząłem śpiewać „Znam zaklęcie...”, chłopiec po kilku powtórzeniach wiedział, jaka będzie struktura i tempo. Ta przewidywalność mocno obniża poziom stresu, lęku. Dziecko nie musi już tracić energii na obronę przed chaosem – może tę energię zainwestować w ciekawość.

Kiedy chłopiec kręcił sznurkiem, był zamknięty we własnym, samoregulacyjnym rytmie. Nucąc w tempie zbliżonym do jego ruchów, zastosowałem mechanizm znany w muzykoterapii. Nasze układy nerwowe zaczęły się synchronizować. Wydaje się, że był to pierwszy moment bycia „razem”, zanim jeszcze nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. Kiedy ja zawiesiłem głos, jego ręka ze sznurkiem również się zatrzymała.

Zatrzymanie się w połowie zaklęcia i zawieszenie dłoni w powietrzu nie było przypadkowe. W muzyce niedokończona fraza tworzy napięcie poznawcze, które mózg naturalnie próbuje rozwiązać. Ta pauza wygenerowała przestrzeń, w której chłopiec zyskał inicjatywę. Nie musiał odpowiadać słowem. Wystarczyły ruch, spojrzenie i dotyk.

Wprowadzenie kapelusza przeniosło ciężar interakcji. Przestaliśmy patrzeć na siebie (co – zwłaszcza na początku bywa bardzo obciążające), a zaczęliśmy patrzeć na coś wspólnie. Kapelusz stał się bezpiecznym buforem. Czymś co pozwoliło zbudować wspólne pole uwagi.

Zarówno ludzie świata nauki, jak i terapeuci coraz wyraźniej pokazują, że takie momenty - oparte na rytmie, powtarzalności i wspólnym działaniu - są fundamentem rozwoju komunikacji. Nie zaczyna się od skomplikowanych słów. Zaczyna się od synchronizacji, uwagi, zauważenia siebie nawzajem. Od tego, że dwie osoby potrafią przez chwilę trwać w jednym rytmie, akceptując pauzy.

Na końcu spotkania chłopiec znów wziął do ręki samochód. Przesunął go po dywanie i wydał cichy dźwięk, przypominający fragment melodii, którą wcześniej nuciłem. Nie spojrzał na mnie. Ale już nie był „sam”.

Zrobiliś(My) pierwszy krok, aby poczuł się bezpiecznie, aby być „razem”.

I to było wystarczające.

Są takie materiały terapeutyczne, do których regularnie wracam. Nie dlatego, że „dobrze wyglądają” albo są modne, tylko ...
11/04/2026

Są takie materiały terapeutyczne, do których regularnie wracam. Nie dlatego, że „dobrze wyglądają” albo są modne, tylko dlatego, że realnie wspierają pracę - szczególnie w tych momentach, które są najtrudniejsze: kiedy trudno o wspólną uwagę, kiedy dziecko jest bardziej obok niż w relacji, kiedy inicjatywa praktycznie od niego nie wychodzi.

Materiały wydawnictwa Czary Mary (https://pareo.edu.pl/) często pomagają ten pierwszy krok wykonać.

Widzę to w gabinecie bardzo konkretnie: kiedy czytam, śpiewam treść książeczek, dzieci zaczynają się zatrzymywać, dłużej utrzymują kontakt wzrokowy, czekają na reakcję. Pojawia się przestrzeń, żeby coś powtórzyć, odpowiedzieć, wejść w prostą wymianę. Z tego robi się naśladowanie. Z naśladowania – dialog. A dalej już zabawa, która ma sens i kierunek. I dla mnie to jest kluczowe - że nie trzeba tego „wyciągać”. To sytuacja, w której dorosły nie musi cały czas podtrzymywać aktywności, bo dzieci zaczynają w niej uczestniczyć.

Korzystam z tych materiałów w pracy z bardzo różnymi dziećmi: z maluczkimi, którzy dopiero budują pierwsze słowa i komunikaty i ze starszymi, które potrzebują uporządkować sposób komunikowania się i bycia w relacji.

Cenię je też za prostotę. Nie ma tam nadmiaru bodźców, nie trzeba niczego upraszczać ani „ratować” w trakcie. Można się skupić na tym, co najważniejsze - na kontakcie.

Piszę o tym teraz, bo na stronie internetowej wydawnictwa trwa wielka wyprzedaż: - 50% z kodem rabatowym: NOWYETAP.

Jeśli ktoś z Was myśli o Zaczytankach, Zaskakiwankach czy innych materiałach realnie wspierających terapeutyczną codzienność, np. Zabawach na Start - to jest to dobry moment, żeby się nimi zainteresować.

CZY SŁYSZYSZ, CO MÓWI TWOJE CIAŁO?Była środa. Powoli widać było oznaki nadchodzącego wieczoru. Pierwsze światła latarni ...
28/03/2026

CZY SŁYSZYSZ, CO MÓWI TWOJE CIAŁO?

Była środa. Powoli widać było oznaki nadchodzącego wieczoru. Pierwsze światła latarni dawały znać, że jeszcze tylko chwila - lada moment - a dzień dobiegnie końca, bloki zdawały się niknąć za gęstniejącą z minuty na minutę mgłą.

Wtedy do gabinetu wszedł Damian.

Nie mówił nic przez pierwsze minuty. Oddechy były ciche, ale wyrażały napięcie – jakby każdy wdech i wydech przyspieszał bicie jego serca. Plecak rzucił tuż przy drzwiach, a sam opadł na puf – szybko, intensywnie, jakby w ogóle nie zwracał uwagi na to, że może sobie wyrządzić krzywdę.

Nie odzywałem się.

Trwaliśmy w tym przez kilka minut. Nalałem wody do dwóch kubków. Jeden z nich uniosłem, aby samemu się napić, dając tym gestem znać, że on też może się napić. Skorzystał.

Jego dłonie zaciskały się na kolanach, palce bębniły w rytm, którego sam najwyraźniej nie zauważał. Ramiona podniesione, barki napięte. Każdy drobny ruch mówił coś więcej niż słowa, których jeszcze nie wypowiedział.

– Nie wiem, czemu tak się denerwuję – wyszeptał w końcu.

Nie odpowiedziałem od razu. Nie chciałem, żeby poczuł się oceniany albo zmuszany do wyjaśnień. Zamiast tego poprosiłem go, żeby zamknął oczy i położył dłonie na brzuchu.

Obserwowałem jego oddech – szybki, płytki, nierównomierny. Widziałem drżenie w dłoniach, gotowość do ucieczki w całym ciele. Było jasne, że ciało Damiana wysyła komunikat: „jestem przeciążony”.

– Czy czujesz, co teraz mówi twoje ciało? – zapytałem. – Ile energii jeszcze w nim zostało?

Chłopiec spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem. Nigdy nikt nie pytał go wprost o ciało. Zwykle padało: „co się stało?”, „dlaczego się denerwujesz?”, „o czym myślisz?”. A tu nagle pytanie: „co mówi twoje ciało?”

Pokazałem mu pewien schemat – Macierz Thayera, którą w pracy nad sobą wykorzystuje się do rozpoznawania poziomu napięcia i energii.

Kolory.
Pionowa oś – dużo/mało energii.
Pozioma oś – niskie/wysokie pobudzenie.

– Twoje ciało jest teraz tu – powiedziałem, wskazując górną część macierzy: wysokie pobudzenie, dużo energii, złość i niepokój. – Nie jesteś „zły” ani „źle wychowany”. Twoje ciało po prostu wysyła sygnał: jest przeciążone i nie ma siły, żeby się kontrolować.

Chwila przerwy.

- W tym miejscu na macierzy ciało jest szybkie, napięte, gotowe do działania – ale głowa nie nadąża - uzupełniłem.

Damian powoli przesunął rękami po udzie, jakby dotykanie własnych mięśni pomagało mu odnaleźć informacje.

– Czyli to normalne, że się tak czuję? – spytał niepewnie.
– Tak – odpowiedziałem spokojnie. – Pobudzenie nie jest wrogiem. To komunikat, sygnał. Twoje ciało mówi: „potrzebuję przerwy, potrzebuję uwagi, potrzebuję oddechu, moja bateria jest rozładowana, brakuje mi paliwa”.

Poprosiłem Damiana, żeby opisał, co dokładnie czuje.
Zamyślił się chwilę, a potem wydukał:
– Mam mocny ucisk…o tu – powiedział, pokazując głowę – jakbym nosił za małą czapkę. A serce bije szybko i ciężko… Nie mogę złapać oddechu. A i czuję, że potrzebuję się ruszać.

Zaproponowałem prostą obserwację oddechu.

Na początku był płytki, chaotyczny, ale gdy po chwili położył dłonie na brzuchu i skupił się na każdym wdechu i wydechu, zaczęło się coś zmieniać.

Ciało powoli „mówiło” coraz wyraźniej: które sygnały to napięcie gotowości do walki, które to stres, które oznaczają zmęczenie i potrzebę przerwy.

Tuż potem przeszliśmy do techniki oddychania kwadratowego, tak aby oprócz skanowania ciała uruchomić też świadome działanie.

– Teraz już wiesz, o czym może mówić twoje ciało. To, co nazywasz ‘denerwowaniem się’… to często jest ten moment, kiedy ciało nie daje już rady, kiedy któraś z potrzeb bije na alarm. To nie jest magia ani szybkie uspokojenie. To informacje, które daje ci ciało, zanim myśli zdążą je nazwać.

Damian uśmiechnął się lekko. Nie dlatego, że powiedziałem mu „uspokój się”, tylko dlatego, że zdjęliśmy początkowy ciężar, jaki niosło za sobą zachowanie.

Po pewnym czasie, uzbrojony w różne strategie, sam zaczął słuchać sygnałów swojego ciała. Nauczył się „czytać” ciało: zauważał napięcie w barkach, ucisk w brzuchu, płytki oddech, szybkie bicie serca, przeciążenie. Zrozumiał, że każdy skurcz mięśni, każdy ucisk, każdy przyspieszony oddech to strzałka na mapie – pokazująca, gdzie jest i co może zrobić, żeby wrócić do równowagi.

Czasami nie chodzi o pocieszanie ani „naprawienie” emocji. Chodzi o bycie obecnym, o uważność na sygnały płynące z ciała, o wspólne obserwowanie i próbę zrozumienia stanu pobudzenia. Chodzi o to, żeby dziecko – albo dorosły – poczuło, że nie jest samo ze swoim stresem, że jego ciało nie musi być czymś, co należy poskromić. Może być przewodnikiem, źródłem wiedzy i bezpieczeństwa.

Praca nad tego typu świadomością to jednak proces. Jednorazowe czy sporadyczne wciśnięcie pauzy, zatrzymanie się raczej nie przyniosą ulgi. Aby nauczyć się uważności konieczny jest systematyczny trening – jak na siłowni – często wymagający samozaparcia, a czasem wsparcia drugiego człowieka, o czym mogliście przeczytać w artykule dotyczącym techniki HALT (https://www.facebook.com/share/p/14ZC5D3Vxqd/).

Pomóc nie zawsze znaczy pocieszyć.

Czasem znaczy nauczyć kogoś słuchać siebie, rozpoznawać własne sygnały i doświadczyć, że nie musi ich nieść sam.

Czasem znaczy stać obok i mówić: „Widzę, co się dzieje w twoim ciele. Jesteś bezpieczny. Możemy to przejść razem”.

09/03/2026

15 MINUT PARUJĄCEJ HERBATY - O FUNDAMENTACH NA CAŁE ŻYCIE

„Narysuj swój dom” - to jedno z tych zadań, które w moim gabinecie często otwiera najważniejsze drzwi.

Dzieci zazwyczaj rysują klasycznie: trójkątny dach, okna, czasem komin, ale kiedy zaczynamy rozmawiać o tym, co dzieje się w środku, rzadko słyszę o kolorze ścian czy nowych meblach. Opowiadają o zapachu ciasta, herbaty, o tym, że tata „śmiesznie kicha”, albo o tym, że mama zawsze patrzy w oczy, kiedy mówi „dobranoc”.

Ostatnio, pracując nad jednym utworem, ubrałem te gabinetowe obserwacje w słowa. Pomyślałem o tym, jak często my, dorośli, wpadamy w pułapkę budowania „idealnego dachu”, zapominając o tym, co faktycznie ma pod nim zamieszkać.

Więcej niż dach

W dzisiejszym świecie łatwo uwierzyć, że bycie dobrym rodzicem polega głównie na organizowaniu dziecku życia: najlepszych zajęć dodatkowych, nowoczesnych gadżetów, wygodnej przestrzeni. To są nasze „ściany”. Są ważne, dają schronienie, ale same w sobie nie leczą smutku ani nie budują więzi.

W kilku swoich słowach zapisałem:

„Bo dom to nie ściany i nie dach nad głową.
To czyjeś 'wracaj' wypowiedziane wprost”.

W mojej praktyce zawodowej widzę to codziennie. Dziecko może mieszkać w wymarzonym miejscu, a emocjonalnie czuć się nieswojo, nieotulone. I odwrotnie - w małym, wynajętym mieszkaniu może kwitnąć poczucie absolutnego bezpieczeństwa, bo ktoś tam na nie po prostu czeka.

Psychologia zwykłej rozmowy

W relacji z dzieckiem najważniejsze rzeczy dzieją się często „przy okazji”. „To herbata parująca nad zwykłą rozmową i cisza, co potrafi unieść każdy głos”.
Z perspektywy psychologicznej to nic innego jak bycie „z”, bycie „obok”, uważna obecność. To ta chwila, w której odkładasz telefon i siadasz przy stole. Bez oceniania, bez planowania jutra, bez naprawiania świata na siłę.

Często powtarzam rodzicom, że 15 minut takiej „parującej herbaty” - pełnej gotowości na przyjęcie tego, co dziecko ma nam do powiedzenia - buduje fundamenty psychiczne na całe życie. To właśnie ta cisza, która potrafi unieść głód bliskości, gdy słowa stają się zbędne.

Miejsce, gdzie kończy się bieg

Dla dziecka świat zewnętrzny bywa chaotyczny. Szkoła, rówieśnicy, oczekiwania. Dobrze, aby dom był miejscem, w którym „mówi i milczy się tak lekko, jak oddycha sen”. Przestrzenią, gdzie nie trzeba zasłużyć na uwagę. Miejscem, w którym „[...] nieważne, czy przyniesiesz zwycięstwa łuk, czy po prostu zmęczony skończysz swój dzień”.

Jako psycholog wiem, że największym darem, jaki możemy dać dziecku, jest bezwarunkowa akceptacja. Pozwolenie mu na bycie zmęczonym, wygranym, przegranym, po prostu sobą. Dom to jedyne „miejsce”, w którym nic nie musimy udowadniać – wystarczy, po prostu, to, że jesteśmy.

Chwila dla Ciebie

Zanim wieczorem zamkniesz drzwi i zgasisz światło, zatrzymaj się na moment.
Pamiętaj, że dla swojego dziecka nie jesteś tylko tłem codzienności czy kimś, kto dba o logistykę.

Jesteś jego adresem.

Jedynym miejscem, do którego - być może - zawsze będzie chciało wracać.

Zachęcam do wysłuchania utworu i do dyskusji w komentarzach! :)

"Dom" - tekst, muzyka, wykonanie - własne.

Kiedy dzień w tramwaju jeszcze toczył się w dal,
a wiatr niósł po kieszeniach obcy kurz i pył,
na końcu czekał dom, co słowem mnie grzał,
ten, co od zawsze w oczach Twych był.

Bo dom to nie ściany i nie dach nad głową,
to czyjeś "wracaj" wypowiedziane wprost.
To herbata parująca nad zwykłą rozmową
i cisza, co potrafi unieść każdy głos.

Niosłem w kieszeniach kilka prostych, ludzkich spraw,
których nie chciał słuchać ani klon, ani wrzos.
A ty tylko spojrzałaś i powiedziałaś mi "zostaw",
jakbyś wiedziała, ile może unieść ktoś.

Tutaj noc jest nocą, ale i końcem dróg,
tu się milczy tak lekko, jak oddycha sen.
I nieważne, czy przyniesiesz zwycięstwa łuk,
czy po prostu zmęczony skończysz swój dzień.

Bo dom to nie ściany i nie dach nad głową,
to słowo "jestem" wypowiedziane znów.
To kawa, herbata, przytulenie rozmową,
to drobne gesty i parę słów.

Niezwykle ważny temat! Zerknijcie! :)
24/02/2026

Niezwykle ważny temat! Zerknijcie! :)

Wielu rodziców pyta mnie: „Dlaczego on nie może po prostu posiedzieć 5 minut spokojnie?”. Odpowiedź kryje się w mózgu, a konkretnie w tym, jak przetwarza on czas i dopaminę.

Na dzisiejszych zajęciach, kiedy ja przygotowywałam salę i materiały, zamieniliśmy nudne czekanie w budowę „węża giganta”. Dlaczego to zadziałało lepiej niż prośba o spokój?

1. Ślepota czasowa
Dzieci z ADHD postrzegają czas inaczej. Dla nich istnieją tylko dwie pory: „teraz” i „nie teraz”. „5 minut” to abstrakcja, która brzmi jak wieczność. Konkretne zadanie, jak układanie węża przez całą salę, daje im fizyczny dowód na to, że czas płynie, a praca posuwa się do przodu.

2. Głód stymulacji
Mózg z ADHD stale szuka dopaminy. Siedzenie bezczynnie to dla niego „kara”, która powoduje narastający niepokój. Dając wyzwanie – „zbuduj najdłuższego węża, jakiego widziałam” – dostarczamy paliwa dla mózgu. Czekanie staje się aktywnym działaniem, a nie biernym cierpieniem.

3. Grywalizacja i domknięcie (zawody w sprzątaniu)
Zakończyliśmy przygotowania pojedynkiem: ja zbieram czerwone, pacjent niebieskie klocki. Dlaczego to ważne? Bo mózg lubi rywalizację i jasne zasady. To pomaga w „przełączeniu się” na właściwe zadanie bez buntu, który często pojawia się przy nagłej zmianie aktywności.

Wniosek?
Zamiast walczyć z naturą dziecka, możemy wykorzystać jego potrzebę ruchu i zabawy, by osiągnąć cel. Czysty korytarz, duma z ułożonego węża i gotowość do dalszej pracy – to nasz dzisiejszy sukces! Często pokazuję Wam patenty, które świetnie działają przy ADHD, ale prawda jest taka: mózg każdego dziecka potrzebuje ruchu i wyzwań, żeby poradzić sobie z trudnymi emocjami.

Dajcie znać: czy wiedzieliście o „ślepocie czasowej”? A może intuicyjnie stosujecie podobne patenty w domu? 👇

gabinetpsychologa sposóbnadziecko uważność

KIEDY JEDNA PORAŻKA UNIEWAŻNIA WSZYSTKOZa oknem było już coraz ciemniej, słońce chyliło się ku zachodowi. Gdzieś w oddal...
06/02/2026

KIEDY JEDNA PORAŻKA UNIEWAŻNIA WSZYSTKO

Za oknem było już coraz ciemniej, słońce chyliło się ku zachodowi. Gdzieś w oddali słychać było klaksony tłamszących się w korku samochodów. Taka pora, ktoś powie: powroty do domu po pracy, po szkole takie są. Jeśli przyjrzeć się dokładniej, można było dostrzec potok ludzi, kroków, myśli, pochód doświadczonych w ciągu dnia emocji. Każdy zanurzony w swoim własnym świecie - zmęczony tym, co za nim i tym, co przed nim, działający jakby na autopilocie.

Tuż po tej krótkiej przerwie, w której pijąc kawę z zaciekawieniem przyglądałem się pospiesznie przemieszczającym się ludziom, w drzwiach mojego gabinetu stanął nastoletni Bartek. Usiadł ciężko na fotelu i przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Rozglądał się nerwowo, jego spojrzenie co rusz przeskakiwało pomiędzy sufitem, a podłogą. Potem rzucił:
- „Ja chyba nie mam za bardzo z czego być zadowolony. Odniosłem kilka sukcesów, może z trzy, ale nie więcej.”
Nie powiedział tego z żalem. Raczej z przekonaniem. Jakby właśnie zamknął jakąś wewnętrzną sprawę i nie było już od czego się odwoływać. Wrócił do tematu, do którego zbliżyliśmy się na wcześniejszym spotkaniu. Tym tematem była samoakceptacja, a więc szacunek dla siebie albo, odwrotnie, nielekceważenie siebie. Uważność na własną historię.

Na stoliku między nami leżała Jenga. Klocki poukładane byle jak, jeszcze z poprzedniego spotkania. Wspomniał o trzech sukcesach - tak powstał fundament jego wieży. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, sondując jego drobne zwycięstwa. Nie zdążyła minąć, a konstrukcja z klocków miała już kilka pięter.

Po tej dynamicznej wymianie nastąpiła pauza, chwila na oddech. Wtedy Bartek sięgnął po kolejny klocek - mając na końcu języka kolejny mały sukces - i przez chwilę obracał go w palcach.
- „Jak coś mi nie wyjdzie, to mam wrażenie, że wszystko inne też się nie liczy.”

Poprosiłem, żeby dołożył klocek do wieży. Bez zastanawiania się, czy pasuje. Po prostu - jeden fakt z ostatniego tygodnia, który nie był porażką.
- „To bez sensu. Przecież to nie jest sukces.” - powiedział odruchowo.
- „W tym momencie chyba inaczej go rozumiemy” - odpowiedziałem. - „Dlatego zrób to mimo wszystko, żebyśmy za chwilę mogli go obejrzeć, spotkać się w definicji”.

Myśli, które brzmią jak fakty

Kiedy klocek wylądował na górze, wieża nawet się nie zachwiała. Chłopiec spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem.
- „Ale i tak wiem, że zaraz coś zawalę.”

To zdanie znam dobrze. W różnych wersjach. Wypowiadane przez dzieci, nastolatków i dorosłych. Brzmi jak przewidywanie przyszłości, a tak naprawdę jest krytycznym głosem, który nauczył się mówić automatycznie, bezrefleksyjnie, na gorąco. W pierwszej chwili miałem chęć zapytać, czy to prawda, ale byłoby to zbyt łatwe do odrzucenia. Zapytałem więc: „Skąd ten głos wie?”

Zaczęliśmy się mu przyglądać. Jak podejrzanemu. Bez oskarżeń, ale z uważnością. Co mówi? Kiedy się odzywa? Co robi z wieżą? Co się dzieje kiedy słyszy podobne głosy od innych?

Wyczulenie na sygnały z zewnątrz

W pewnym momencie powiedział:
- „Jak ktoś coś skomentuje, nawet głupio, to od razu mam w głowie: no tak, miał rację.”
Poprosiłem, żeby wyjął klocek z dowolnego miejsca. Bez planu. Wyciągnął. Wieża zadrżała.
- „Tak to właśnie czuję.”
I to był moment, w którym tłumaczenie mu, że „nie każdy komentarz jest ważny”, było zwyczajnie zbędne. On to wiedział. Problem nie polegał na tym, że reagował - tylko że reagował automatycznie, bez sprawdzenia, co naprawdę jest ważne.
Uczyliśmy się zatrzymywać rękę. Choćby na sekundę. Zauważyć napięcie. Myśl. Impuls. Zamiast walczyć - podawać dłoń temu, co trudne. Bez zgody na demolowanie konstrukcji.

Bo sztuką jest nie bać się próbować

Na kolejnym spotkaniu wieża była jeszcze wyższa. Nie spektakularnie. Kilka klocków więcej.
- „W sumie… były dwa dni, kiedy było spokojniej. Wytrzymałem na lekcji bez krzyków, spróbowałem tego oddechu od Sealsów” - rzucił mimochodem.

Te „w sumie” są najcenniejsze. Tam kryją się wyjątki. Moment, w którym problem nie rządził umysłem. Dołożyliśmy je ostrożnie. Bez fanfar. Ale z uważnością.
- „To co to mówi o Tobie?”- zapytałem.
Przez chwilę milczał, po czym odpowiedział:
- „Że może nie wszystko się rozsypuje od razu?”

Miał rację. Koniec końców, kiedy do głosu dochodzi nasz wewnętrzny krytyk, najczęstszym odruchem osób z naszego otoczenia, jak i nas samych jest kontratak: „nie myśl tak”, „weź się w garść”. Tyle że to zwykle kończy się kolejnym wyrokiem - tym razem za to, że w ogóle tak się czujemy.

Dlatego uczmy się czegoś innego: jak się zatrzymać, jak zauważyć, nazwać, podać dłoń temu, co trudne. Jak dotrzeć do siebie z myślą:
- „Okej, słyszę cię, ale dziś decyduję ja.

A samoakceptacja - jak ta wieża - nie musi być idealna. Wystarczy, że jest wystarczająco stabilna, żeby próbować dalej.

O DŁUGU, KTÓRY NIE MA TERMINU SPŁATYW gabinecie było cicho i spokojnie... Tak spokojnie, że cisza w pewnym sensie domaga...
14/01/2026

O DŁUGU, KTÓRY NIE MA TERMINU SPŁATY

W gabinecie było cicho i spokojnie... Tak spokojnie, że cisza w pewnym sensie domagała się wypełnienia. Matka pewnego chłopca siedziała tuż obok, dłonie miała oparte na kolanach, palce zaś splecione - z przyzwyczajenia. Co jakiś czas rozplatały się i wracały na to samo miejsce.

- Mam wrażenie, że cały czas coś powinnam - powiedziała w końcu.
Jej głos był równy, nie zdradzał pośpiechu.
- Nawet jak nic się nie dzieje, to w środku mam listę. Jakby ten moment był tylko przerwą między jednym a drugim.

Zamilkła. Spojrzała na zegarek. Chwilę się zawahała, po czym odwróciła go tarczą do dołu. Jakby sprawdzała, czy świat się od tego nie zawali.

To poczucie rzadko pojawia się nagle. Zwykle narasta powoli. Między jednym „jeszcze tylko” a kolejnym. Między odpowiedzialnością a troską. Między byciem potrzebnym a byciem w stałej gotowości. Rodzice rzadko mówią o presji. Częściej o pilnowaniu. O tym, że coś trzeba mieć na oku. Że nie bardzo wiadomo, kiedy można przestać.

- Ja nie czuję, że robię za dużo - dodała po chwili.
- Bardziej, że jak przestanę, to coś mi umknie.

To zdanie często zapada w ciszę. Taką, która nie domaga się odpowiedzi ani uspokojenia. Raczej chce zostać chwilę w powietrzu.

Dług produktywności nosi się bardzo cicho

Nie wchodzi z hukiem. Jest obecny przy okazji: przy planowaniu dnia, przy wieczornym sprawdzaniu, czy wszystko gotowe, przy myśli, że jutro znów będzie intensywnie. Wielu pewnie wspomni tutaj cechy wspólne z odpowiedzialnością. Tyle, że wielu rodziców bierze na barki odpowiedzialność także za te rzeczy, na które nie mają realnego wpływu. A stąd już prosta droga do poczucia winy.

W praktyce gabinetowej widać, że wielu rodziców funkcjonuje w tym trybie latami. Bez nazwy. Bez zatrzymania. Jakby napięcie było naturalnym tłem dorosłości. Czasem dopiero w gabinecie pojawia się przestrzeń, by to zauważyć. Nie od razu. Najpierw jest opowieść o dziecku, o trudnościach, o codzienności. A potem, między jednym zdaniem a drugim, pojawia się coś jeszcze. Westchnienie. Opuszczone ramiona. Dłonie, które na moment przestają się poruszać.

Jest jeszcze jeden moment, który często wraca

Zwykle pojawia się po słowach: „Jest już lepiej.” Rodzic mówi to spokojnie, czasem nawet z ulgą. A zaraz potem dodaje:
- Tylko teraz… to już chyba tak powinno być, prawda?
Nie ma w tym radości z osiągnięcia. Jest raczej poczucie, że od tej pory obowiązuje nowy standard. W praktyce wygląda to tak, że każdy postęp bardzo szybko przestaje być czymś, przy czym można się zatrzymać. Staje się nowym minimum. Czymś, co teraz trzeba utrzymać - często za wszelką cenę. Dopilnować. Powtórzyć.

- Skoro już potrafię być spokojniejsza…
- Skoro poranki są lepsze…
- Skoro on już sobie radzi…

I choć nikt nie nazywa tego wprost, w tle pojawia się napięcie, że cofnięcie się o krok będzie porażką. Że nie ma miejsca na gorszy dzień. Że każde osiągnięcie wychowawcze odnawia dług - zamiast go zamykać.

To nie jest coś, co trzeba naprawić

Na jednym ze spotkań ta sama Matka powiedziała cicho:
- Jak o tym mówię, to widzę, że ja właściwie cały czas coś spłacam.
Nie było w tym oskarżenia wobec siebie. Raczej zdziwienie. Jakby dopiero teraz zobaczyła, ile energii kosztuje bycie w ciągłej gotowości - także wtedy, gdy „jest już lepiej”.

To często moment, w którym napięcie nie znika, ale zmienia się nastawienie wobec niego. Przestaje być czymś, co trzeba zagłuszyć kolejnym wysiłkiem. Zaczyna być sygnałem zmęczenia, które długo było odkładane „na później”.

Co to zmienia w relacji z dzieckiem?

Nie przez instrukcje. Nie przez postanowienia.

Zmiana zaczyna się od drobnych przesunięć: od krótszego „zaraz”, od jednego momentu w ciągu dnia, który nie musi być użyteczny, terapeutyczny, od zgody na to, że nie wszystko zostanie dopilnowane.

Rodzice często mówią później:
- Jak ja trochę zwolniłem, to on jakby mniej sprawdzał.
- Nie wiem, co dokładnie się zmieniło, ale w domu jest ciszej.
- Jakby było więcej miejsca.

Nie zawsze potrafią to nazwać. I nie muszą. Ważne, że doświadczają.

Na zakończenie

Jeśli nosisz w sobie poczucie, że „ciągle musisz”, spróbuj nie pytać, jak to zmienić. Może wystarczy zatrzymać się na chwilę, zauważyć zmęczenie i zapytać siebie z życzliwością: „Jak długo już to we mnie pracuje?” I czy dziś mogę potraktować siebie z tą samą uważnością, z jaką reaguję, gdy o zmęczeniu informuje mnie dziecko.

Czasem to wystarcza, żeby napięcie w relacji mogło na moment opaść.

Bez naprawiania.
Bez przyspieszania.
Z wyrozumiałością.
Z życzliwością.

Adres

Kołobrzeska 9
Kraków
30-406

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy KAMIL GÓRA I Psycholog dziecięcy umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij