12/07/2026
Ku rozwadze
CUD ROZMNOŻENIA LEKARZY
(Autorka: Ewa Bujak-Rosenbeiger)
Cud rozmnożenia lekarzy
Polityka ma tę niezwykłą właściwość, że kiedy kończą się pomysły, zaczynają się cuda. I właśnie byliśmy świadkami jednego z nich.
Przez kilkanaście miesięcy system ochrony zdrowia przypominał tonący okręt. Kolejki rosły, oddziały zamykano, lekarzy brakowało, pacjenci czekali.
Wszystko przebiegało zgodnie z wieloletnią polską tradycją – wszyscy wiedzieli, że jest źle, ale nikt nie wiedział, jak zrobić, żeby było dobrze.
Aż tu nagle premier pod wpływem afery szpitala południowego wyznaczył pani minister cztery dni na przedstawienie planu naprawy. Cztery dni. Widocznie tyle właśnie potrzeba, by doznać politycznego objawienia.
I stała się światłość.
Okazało się, że przez całe lata wszyscy patrzyli w niewłaściwą stronę. Problemem nie był niedobór lekarzy. Nie wieloletnie zaniedbania. Nie starzejące się społeczeństwo. Nie chroniczne niedofinansowanie. Problemem okazali się... lekarze.
Wszyscy.
To dopiero eleganckie rozwiązanie.
Jeżeli system się wali, nie naprawiaj systemu. Znajdź grupę społeczną, którą można obarczyć winą.
To stara polityczna metoda – równie skuteczna jak leczenie zapalenia płuc wymianą termometru.
Teraz wszystko stanie się proste.
Minister wyznaczy lekarzowi, ile może zarobić, gdzie ma pracować, ile godzin wolno mu przepracować i u kogo wolno mu dorobić po godzinach.
Słowem – wolny zawód zostanie uwolniony od wolności.
Najpiękniejsze jest jednak to, że cały plan opiera się na milczącym założeniu, iż gdzieś w Polsce istnieje gigantyczna rezerwa lekarzy. Może śpią w hibernacji. Może czekają w magazynach Agencji Rezerw Strategicznych. Być może od lat ukrywają się w Bieszczadach i tylko czekają na rozporządzenie ministra, aby z okrzykiem „Na dyżur!” ruszyć ratować powiatowe szpitale.
Bo jeśli ich nie ma...
Jeżeli okaże się, że ci sami anestezjolodzy, chirurdzy czy pediatrzy, którzy dziś jeżdżą między trzema lub czterema szpitalami, po prostu przestaną to robić, wtedy nastąpi drugi cud. Znikną oddziały. Znikną dyżury. Znikną całe szpitale.
Ale za to problem wieloetatowości zostanie rozwiązany definitywnie.
Trudno mieć dwa etaty, kiedy nie ma gdzie pracować.
Najbardziej zadziwia łatwość, z jaką część klasy politycznej opowiada o lekarzach jak o państwowych poborowych. Skoro studia były publiczne, to lekarz ma obowiązek odpracować.
Świetny pomysł.
Proponuję konsekwencję.
Architekt po politechnice niech projektuje wyłącznie urzędy.
Informatyk po publicznej uczelni obowiązkowo do ZUS-u. Aktor tylko do teatru miejskiego.
Prawnik wyłącznie do prokuratury.
Muzyk do orkiestry wojskowej.
A filozof... właściwie filozof od zawsze odpracowuje swoje studia.
Dlaczego tylko lekarz ma być własnością państwa?
Jeszcze ciekawszy jest argument, że „publiczne pieniądze nie powinny trafiać do lekarzy, tylko do pacjentów”.
To zdanie powinno przejść do historii ekonomii. Bo przecież lekarz nie leczy pacjentów.
Lekarz najwyraźniej kolekcjonuje dyżury dla własnej satysfakcji. Operacje wykonują krasnoludki, porody odbierają elfy, a resuscytację prowadzi Duch Święty finansowany z Narodowego Funduszu Zdrowia.
Lekarz tylko przypadkiem znajduje się obok.
Od lat słyszymy, że medycyna kosztuje za dużo.
To prawda.
Kosztuje.
Kosztują nowoczesne leki.
Kosztuje sprzęt.
Kosztują operacje.
Kosztują oddziały intensywnej terapii.
I, o zgrozo, kosztują również ludzie, którzy potrafią z tego wszystkiego korzystać.
Najwyraźniej ktoś uwierzył, że można mieć ochronę zdrowia XXI wieku z budżetem XX wieku i kadrami w wieku emerytalnym ( w 40 %)
Politycy bardzo lubią powtarzać, że lekarz powinien mieć misję.
Ma.
Ale misja nie zastępuje specjalizacji.
Misja nie znieczuli pacjenta.
Misja nie zszyje pękniętej aorty.
Misja nie odbędzie dyżuru za nieobecnego kolegę.
Od misji zaczyna się medycyna.
Na misji nie kończy się rachunek za prąd czy benzynę po przejechaniu 4 tys. kilometrów na miesięcznie, kredyt na mieszkanie ani odpowiedzialność karna za każdą decyzję.
Najbardziej jednak niepokoi coś innego.
Tworzy się atmosferę, w której lekarz staje się wygodnym kozłem ofiarnym.
Jeśli kolejka jest długa – winny lekarz. Jeśli SOR jest przepełniony – winny lekarz. Jeśli szpital się zadłużył – winny lekarz. Jeśli w systemie brakuje kilku miliardów złotych – oczywiście też lekarz.
To niezwykle wygodne.
Bo dużo łatwiej wskazać palcem człowieka w białym fartuchu niż spojrzeć w lustro i przyznać, że od trzydziestu lat kolejne rządy nie potrafią zbudować spójnego systemu ochrony zdrowia.
Lekarzy można obrażać bez większego ryzyka.
Gorzej z matematyką.
Bo matematyka jest bezlitosna.
Jeżeli dziś jeden lekarz pracuje w trzech szpitalach, a jutro ustawowo będzie mógł pracować tylko w jednym, to nie oznacza, że pojawiło się dwóch nowych lekarzy.
Oznacza jedynie, że dwa szpitale właśnie straciły specjalistę.
I nawet największy cud administracyjny tego równania nie zmieni.
Chyba, że w Ministerstwie Zdrowia odkryto sposób rozmnażania lekarzy.
Jeśli tak, proponuję natychmiast zgłosić odkrycie do Nagrody Nobla.
Będzie to pierwszy przypadek w historii świata, gdy deficyt kadr rozwiązano konferencją prasową i rozporządzeniem.
Z poważeniem z dyżuru w szpitalu powiatowym.
Autorka tekstu: Ewa Bujak-Rosenbeiger
Mnie pozostaje tylko pochylić głowę przed tym tekstem Pani doktor.
Z wyrazami szacunku
Dr Maciej Jędrzejko Tata Ginekolog
wśród fanów
Do wiadomości
Kancelaria Premiera
Ministerstwo Zdrowia