19/06/2026
Dobry wieczór. Mam chwilę wytchnienia i mimowolnie śledzę doniesienia medialne na temat obecnej sytuacji w służbie zdrowia. Jeśli pozwolicie i doczytacie do końca parę zdań z mojego punktu widzenia. W tym roku stuknie mi 35 lat pracy zawodowej. Specjalistą chirurgii jestem od 2002. Przechodziłem „ po staremu” dwa stopnie specjalizacji. Zaczynałem w 1991 roku stażem podczas którego zarabiałem 650 zl miesięcznie a salowa zatrudniana z etatu kopalnianego, bo to był szpital górniczy, zarabiała 850 zł. Już w trakcie specjalizacji: „ jedynki” i „ dwójki” moje wynagrodzenie z 5-6 dyżurami nie przekraczało 2500 zł. Trwało to jakieś 15 lat. Ekipy rządzące, dyrektorzy się zmieniali ale w kwestii wynagrodzeń nic się nie zmieniało. By utrzymać 4 osobową rodzinę musiałem dorabiać i to niekoniecznie w medycynie. I jakoś to nikomu wtedy nie przeszkadzało, że lekarz, czy pielęgniarka tyle zarabia. Zmieniło się to w czasie gdy weszły przepisy unijne co do czasu pracy ale i wtedy trzeba było protestów, strajków by formalnie stawki w służbie zdrowia wzrosły do jakiegoś, przyzwoitego poziomu. I szczerze mówiąc nam wtedy jakby się świat otworzył, choć dalej to nie były jakieś ogromne kwoty. Nikt w zmieniających się ekipach rządzących nie zajął się tym problemem konstruktywnie. Uruchomiłem wówczas mój prywatny gabinet chirurgiczny i powoli budowałem swoją markę jako chirurg. Tylko ja i moja rodzina wie ile godzin przesiedziałem w gabinecie czekając na pacjentów, bo takie były czasy. Nie było tzw znanego lekarza, czy innych podobnych by zapełnić dzień gabinetowy. Prowadzę gabinet prawie 25 lat i mam pacjentów, którymi się opiekuję od wielu lat ale i na bieżąco zaopatruję nowe przypadki. Nawet jak kieruję pacjenta do oddziału, to wpisuje go w kolejkę oddziałową i czeka na zabieg. Pracuję w tym oddziale od samego początku, przeżyłem trudne czasy, gdy nie było czym operować, bo szpital borykał się z problemami finansowymi. W świetle ostatnich doniesień ja również uważam, że mamy do czynienia z patologicznymi sytuacjami. Ale z tego co czytam dotyczy to w większości lekarzy, którzy połączyli pracę zawodową z polityką, co zdecydowanie potępiam. Ale pozostaje ogromna grupa lekarzy, którzy pracują i nie zarabiają milionów, łączą pracę w szpitalu i mają swoje gabinety bo leczą ludzi. I przeraża mnie ta narracja, czy projekty by zakazać pracy w jednostkach realizujących kontrakty z NFZ i prowadzić swoje gabinety wypracowane latami. Doprowadzi to po prostu do destabilizacji systemu ochrony zdrowia. Mam nieodparte wrażenie, że chce się przykryć wieloletnie zaniedbania obecną sytuacją i proponuje się bardzo niedobre rozwiązania. Przecież popularne obecnie kontrakty w szpitalach były promowane przez zmieniające się ekipy rządzące, bo nie umiano znaleźć odpowiednich rozwiązań dla pracowników etatowych. Obchodziło się dzięki temu braki personalne, można było pracować więcej godzin niż etat. Pojawiły się patologiczne sytuacje, że to szpitale zaczęły „podkupować” specjalistów, proponując większe stawki. Zaczęła się turystyka zarobkowa. I tu chcę podkreślić, że nie wszyscy temu ulegli, wielu pracuje nadal tam gdzie wiele lat temu zaczęli. Dlatego apeluję o rozwagę. Zdecydowanie jestem za określeniem granic zarobkowych. Tylko nie w takiej atmosferze, emocjach, bez należytego rozeznania.
Mirek Łyszczarz
Specjalista chirurgii ogólnej.