08/10/2024
Krótka historia z życia psychoterapeutki:
Poniedziałek wieczór. Wrociłam do domu i zaległam na kanapie, obmyślając plan na alternatywną przyszłość. Myśl o dalszej pracy w tym zawodzie była bez sensu, tak jak bez sensu wydawały mi się spotkania, które miały miejsce kilka godzin wcześniej. Rozmowa na ważne tematy szła jak po grudzie, klient podważał wprost sens terapii, mówiąc wprost o braku nadziei na zmianę (po tylu miesiącach pracy!).
Kolejny poniedziałek. Na kolejnym spotkaniu z tym samym klientem słyszę, że po poprzedniej sesji coś mu kliknęło i zaczyna widzieć pewne rzeczy inaczej, że wszystko idzie w dobra stronę, że zaczyna odwołać się robić rzeczy w zgodzie ze sobą.
Taka sytuacja.
O czym chce w związku z tym pamiętać?
By się nie poddawać.
By wierzyć w klienta, zwłaszcza wtedy, gdy on traci nadzieję na zmianę.
By mieć świadomość, że przeniesienie działa, a lęki klientów nie są moimi lękami.
By pamiętać, że terapia to maraton, a nie sprint, że zmiany przyjdą, gdy klient poczuje się gotowy, by je unieść w swoim życiu.
I że taki poniedziałek* nie jest pierwszym ani ostatnim takim poniedziałkiem w moim zawodowym życiu.
Nie-terapeuci, pamietajcie, że terapeuci to też ludzie. Też zmagamy się z syndromem oszusta, może nawet nierzadko, bo bywa, że efektem krótkoterminowym naszych działań bywa pogorszenie stanu klienta albo niezadowolenie z trudem pracy podczas procesu.
Mimo tamtego poniedziałku* – warto.
(* dowolny dzień tygodnia)
Kto ma podobnie? Kto się w tym odnajduje? A może tylko ja tak mam?
Aha. Oczywiście opisany "klient" nie jest konkretną osobą, jest zbiorem moich roznych doświadczeń z różnymi osobami – nie ma tu sytuacji naruszenia tajemnicy psychoterapii.