17/02/2026
To nie jest opowieść o jednym życiu, raczej o doświadczeniu, które niekiedy się w nim pojawia...
Czasem czuję się jak kukiełka w teatrze lalek- nieustannie pociągana za sznurki…
Znam scenariusz, wiem dokładnie, co ma robić odgrywana przeze mnie postać....
Robię to, co do mnie należy, a wtedy widz daje się zwieść...
Gram, ale wiem, że ta kukła to nie ja, a pustka jej wnętrza jednocześnie ciąży i pali jak rozgrzany ołów…
Sznurek prawej ręki rusza w prawo. Moja prawa ręka podąża w prawo i sięga po telefon, żeby kliknąć piękne, czerwone serduszko pod wiadomością, która wcale mojego serca nie porusza- ona je łamie, depcze i rozrywa...
Sznurek poruszający moją głowę zwalnia napięcie i moja głowa powoli podąża w dół, kłaniając się napotkanej osobie. Uśmiech mam przyklejony do twarzy, ale mój uśmiech to tylko pociągnięcie pędzlem, kryjące wewnętrzną pustkę…
Sznurki przesuwają moje nogi do przodu; prawa, lewa, prawa, lewa; i tak, krok za krokiem podążam w miejsca, w których nie chcę być, ale w tym teatrze nie wolno mi wyjść z roli...
W tym teatrze nie ma miejsca na pęknięcia. Nie ma miejsca na łzy, które rozmazują makijaż. Nie ma miejsca na ciszę, w której wreszcie mogłabym przestać grać i dlatego choć boli "poprawiam" ten uśmiech niczym rekwizyt, sprawdzam, czy dobrze przylega do twarzy i wracam na scenę- jakby nic się nie stało…
Nienawidzę tego uśmiechu, który niczym maska ukrywa wszystkie moje uczucia. Chcę go zmazać, trę więc szaleńczo ten wymalowany "grymas", czuję ból, ale on nie znika, a ja dalej muszę się za nim chować…
Moja kukła czasem chce krzyczeć, wyć z bólu; chce wylać z siebie ten ołów, ale on pali tak bardzo, że ten krzyk jest niemy...
I nadal nikt mnie nie słyszy…
W depresji bardzo łatwo usłyszeć: „nie przesadzaj”, „weź się w garść”, „skup się na tym, co masz”. Z zewnątrz to brzmi jak próba pomocy, mobilizacji- jak szybkie przecięcie sznurków...
Tylko że czasem te sznurki są jedynym powodem, dla którego ta kukła jeszcze stoi. Nie chce być w tej roli, ale bez nich rozsypie się na scenie...
Może właśnie dlatego nie trzeba od razu szukać nożyczek. Może wystarczy najpierw ledwie zauważalne drgnięcie. Minimalny ruch palca, który przez chwilę nie podąży za napięciem. Mała myśl, która nie jest ze scenariusza...
Czasem od tego zaczyna się coś prawdziwego. Nie od zrywania sznurów. Od bardzo cichego: „jestem”.
Od momentu bezbronności, w którym bardzo często potrzebujemy kogoś obok. Kogoś, kto nie będzie ciął sznurków, ani popychał do przodu. Kogoś, kto przysiądzie na scenie, złapie za rękę, pozwoli oprzeć głowę na swoim ramieniu....
Bo są chwile, w których sami nie jesteśmy w stanie poprosić o pomoc. I wtedy największym wsparciem nie jest rada, nie jest hasło, nie jest mobilizacja, ale czyjaś cicha, realna obecność...
❤