10/09/2026
Mity i fakty na temat psychoterapii
Czy psychoterapia utwierdza zależność pacjenta od drugiej osoby? Czy koncentruje się na grzebaniu w przeszłości i obarczaniu winami rodziców? Czy potęguje egoizm i egocentryzm? Wokół spotkań z psychoterapeutą wciąż krąży wiele mitów i błędnych wyobrażeń.
Społeczna świadomość profesji psychoterapeuty zmienia się. Nigdy wcześniej pomoc psychoterapeutyczna nie spotykała się z takim zainteresowaniem, jak obecnie. Psychoterapię przybliżają czasopisma popularno-naukowe, książki pisane przez znanych terapeutów, seriale filmowe. Wiele osób zaczytuje się głębokimi i osobistymi książkami amerykańskiego psychiatry egzystencjalnego, Irvina Yaloma. Kilka lat temu Polska Rada Psychoterapii opublikowała zwięzłą i merytoryczną publikację pt. Psychoterapia Vademecum. To zainteresowanie psychoterapią zdecydowanie idzie też w parze ze wzmożonym zainteresowaniem różnymi formami rozwoju osobistego i samodoskonalenia.
Trendy to jednak nie wszystko. Uczciwie mówiąc, nie spotkałem dotąd w gabinecie ani jednej osoby, która przyszłaby na terapię ze względu na „modę”. Homo patiens znaczy człowiek cierpiący. Według danych WHO w każdym społeczeństwie jest od 10 do 15 procent osób, potrzebujących pomocy terapeutycznej. Trudno wskazać tu jeden odpowiedzialny za to czynnik, ale z pewnością są to zarówno głębokie zmiany społeczno – cywilizacyjne, jak i rosnąca wrażliwość na świat przeżyć wewnętrznych. Ludzie coraz częściej nastawiają swoje radary do wewnątrz, więcej tam wychwytują.
Pomimo tak dużego wzrostu popularności psychoterapii wydaje się, że najsilniejsze mity dotyczące tej dziedziny pomagania wciąż mają się dobrze nawet wśród wykształconych osób. Do powstania ich przyczynili się czasem sami psychoterapeuci. Swoją rolę odegrały też media, wreszcie nie sposób pominąć wrodzonej wszystkim potrzeby upraszczania spraw złożonych, a wiedza psychoterapeutyczna z pewnością prosta i jednoznaczna nie jest. Stereotyp brodatego, niezaangażowanego psychoanalityka, pomrukującego z rzadka za kozetką, odchodzi powoli do historii, jednak kilka innych utrwalonych stereotypów może wciąż grać pewną rolę w podejmowaniu decyzji, co do skorzystania z fachowej pomocy.
1. Czy psychoterapia sprzyja unikaniu osobistej odpowiedzialności za siebie?
Wiele osób wzbrania się przed podjęciem własnej psychoterapii z przekonania, że dorosła, silna osoba powinna poradzić sobie sama z problemami, a psychoterapia byłaby popadaniem w zależność. Stereotyp, że psychoterapeuta udziela hipnotycznie sugestywnych wskazówek jak żyć, albo że posiada tajemne narzędzia oddziaływania na podświadomość pacjenta, tylko wzmaga te obawy. Psychoterapeuta nie prześwietla, nie daje porad, nie usłyszymy od terapeuty, czy rozwieźć się, czy zostać z małżonkiem. Terapeuta pomoże nam jednak zgłębić wewnętrzny konflikt leżący u podłoża tego życiowego dylematu. Różne części nas samych bywają w stanie wojny ze sobą, my nie czujemy tego w sposób dostatecznie jasny, i stąd wypływa część dylematów.
Psychoterapia krótkoterminowa (czyli do około 25 sesji terapeutycznych) z założenia wyklucza zależność i koncentruje się na jak najszybszym rozwiązaniu problemu w oparciu o siły i zasoby pacjenta. Jest to szczególnie widoczne np. w psychoterapii opartej na rozwiązaniu czy w terapii Ericksonowskiej. W psychoterapii długoterminowej spotkania terapeutyczne odbywają się regularnie na przestrzeni dłuższego czasu, a między pacjentem a terapeutą nawiązuje się osobista relacja. Terapeuta staje się dla pacjenta kimś ważnym. Dzięki temu staje się możliwe powtórne przejście przez pacjenta kluczowych etapów wczesnodziecięcego rozwoju, krok po kroku. Tak, jest to rodzaj zależności, w pacjent nie traci w niej jednak swoich dorosłych sił i władz. Pojawia się czasowa zależność po to, aby mogła z niej wyniknąć zdrowa autonomia zamiast prowizorycznej maski typu „Niczego i nikogo nie potrzebuję”, co nie byłoby zdrową niezależnością, lecz tzw. przeciwzależnością. Do tej samodzielności pacjenta zmierzamy w toku terapii różnymi sposobami. Należą do nich wzrost umiejętności tolerowania wewnątrz siebie konfliktów i trudnych uczuć, umiejętność refleksji nad sobą zamiast impulsywności, większa gotowość do podejmowania decyzji na własny rachunek i akceptowania ryzyka, niewiadomego oraz wynikających z nich nieuniknionych konsekwencji, w tym strat.
Są osoby nadmiernie niezależne, których niezależność od wszystkiego i wszystkich jest ich mechanizmem obronnym przed pragnieniem bliskości i zależności, i długoterminowa psychoterapia może być na to „lekarstwem”. Są też osoby nadmiernie zależne i pracujący nimi terapeuta będzie pomagał im dostrzec pozytywne aspekty zakończenia psychoterapii. W myśl stwierdzenia Michaela Eigena, zadanie psychoterapii to pomoc w zbudowaniu wewnętrznych zasobów, dzięki którym terapia przestanie być potrzebna.
2. Czy psychoterapia skupia się na przeszłości i polega na obwinianiu rodziców pacjenta?
Wiele osób obawia się badania swej przeszłości podczas terapii, sądząc, że nieodwołalnie doprowadzi ich to „twardych rozrachunków” z rodzicami, obwinienia rodziców za ich obecne problemy i ostatecznie pogorszy i tak już napięte relacje z rodzicami. Woleliby uniknąć rozdrapywania zabliźnionych ran albo też podważania pozytywnego obrazu własnych rodziców.
Utarty stereotyp nieustannego analizowania doświadczeń z rodzicami wynika ze zniekształconego i uproszczonego rozumienia tradycyjnej psychoanalizy, gdzie często za ważniejsze uważano to, co było chronologicznie wcześniejsze. Od tego już o krok do zrzucenia wszystkiego na rodziców. Różne podejścia psychoterapeutyczne w różnym stopniu przywiązują wagę do wczesnodziecięcych doświadczeń z rodzicami, jednak względnie bezspornym pozostaje fakt, że ważne osoby w świecie dziecka mają istotny wpływ na kształtowanie się jego osobowości. Najczęściej to przede wszystkim z rodzicami dziecko uczy się sposobu przeżywania siebie i świata. Trzeba jednak pamiętać o złożoności i wieloprzyczynowości zjawisk, w tym problemów psychologicznych. Byłoby lekkomyślnym orzec, że coś wzięło się dokładnie i tylko stąd a stąd.
Być może jednak jeszcze ważniejsze jest to, że rzeczy, które pacjent mówi o przeszłych doświadczeniach nie są tożsame z tzw. prawdą obiektywną o tych doświadczeniach i obecnych w nich osobach, np. rodzicach. Nie chodzi o to, że pacjent kłamie, lecz o to, że te doświadczenia, ci rodzice jakoś zapisali się w jego umyśle i kompetentny terapeuta wie, że podczas sesji mowa jest raczej o wewnętrznym obrazie pacjenta dotyczącym tych osób. Ktoś może mówić podczas psychoterapii: „Miałem wspaniałą matkę i okropnego ojca”. Znaczy to, że takiego zapisu dokonał umysł pacjenta z rozmaitych przyczyn, nie zaś, że matka była dobra a ojciec zły, ani że w związku z tym w nieskończoność mielibyśmy zajmować się wyrażaniem złości do ojca. Nie negując istnienia traum i krzywd wyrządzanych przez opiekunów, często mamy do czynienia z mechanizmem rozszczepienia na czarno-biały świat wewnętrzny i w psychoterapii badamy, jak ten obraz świata wpływa na uczucia i zachowania pacjenta w jego realnych relacjach. Pacjent uczy się niuansować obraz ludzi, dostrzegać dobro w tych, którzy wydawali się tylko źli oraz elementy zła, w tych z pozoru idealnych. I gdzieś w tym wszystkim musi się pojawić pogodzenie, że lepszej przeszłości nie będzie, że są straty niepowetowane a jednocześnie, że coś wartościowego otrzymaliśmy od rodziców, przodków, od życia, coś co umożliwiło nam dotarcie do obecnego punktu. Czyli mowa o przejściu od poczucia krzywdy do poczucia wdzięczności, czasem o jakieś formie wybaczenia. I to zdecydowanie nie ma nic wspólnego z ciągłym obwinianiem rodziców. Taki kierunek pracy sprzyja dojrzalszym i bardziej realistycznym relacjom z bliskimi takimi, jakimi oni są, w granicach dobrej woli obu stron.
Podczas psychoterapii warto poświęcić czas na przyjrzenie się swoim przeszłym doświadczeniom po to, by osłabić mechanizm powtarzania dawnych wzorców reagowania i spróbować wyjść poza nie. Jednak ciągłe zapatrzenie wstecz nie ma sensu, ponieważ w terapii chodzi o to, by począwszy od dziś, teraz i w przyszłości żyć lepiej. Trawestując słowa J. P. Sartre’a: ważne jest to, co nam zrobiono, lecz jeszcze ważniejsze jest to, co my sami zrobimy z tym, co nam zrobiono.
3. Czy psychoterapia racjonalizuje egoizm?
Krytycy psychoterapii sądzą, że psychoterapia z założenia uczy pacjenta stawiać samego siebie w centrum świata i przedkładać własne dobro nad potrzeby innych. Zwłaszcza część środowiska chrześcijańskiego sugeruje, że psychoterapia wzmaga egoizm. Przyczyniło się do tego m.in. całkowicie wypaczone rozumienie niektórych teorii (np. teorii Freuda jako folgującej impulsom seksualnym i agresywnym) oraz niektórych terminów wywodzących się z psychoterapii takich, jak psychologia Ja, psychologia ego, samorealizacja, bezwarunkowa akceptacja czy indywiduacja. Jedne z najbardziej absurdalnych wniosków, z jakimi się kiedykolwiek zetknąłem, zawarte są w książce amerykańskiego psychologa Paula Vitz’a pt. „Psychologia jako religia. Kult samouwielbienia”. Wniosek, jakoby psychoterapia prowadziła do kultu siebie wywodzi on wprost z samego istnienia w fachowych pojęciach słów takich jak „Ja”, „ego”, „self” czy prefiksu „samo-”.
Terapeuci w swoich interwencjach terapeutycznych bezpośrednio nawiązują do umiejętności uwzględniania przez pacjenta tego, jak jego działania wpływają na innych. Pomaga w tym np. uczenie się umiejętności mentalizowania innych, tj. umiejętności rozumienia stanów umysłowych innych osób. Terapeuta może zapytać np. „Jak pan myśli, co dzieje się w umyśle pana żony, kiedy mówi pan, że kolejny tydzień nie będzie pana w domu?” Albo: „Co może myśleć i czuć pani przyjaciółka, kiedy kolejny raz prosi ją pani o pomoc, po czym dewaluuje otrzymane od niej rady?” Niekiedy terapeuta ujawnia, jak działanie pacjenta wpływa na niego. Pacjenci uczą się dostrzegać związki przyczynowo - skutkowe między tym, co robią a tym, jak to wpływa na ich sytuację i samopoczucie. Uczą się ciekawić innymi i troszczyć o nich. Freud mówił, że zdrowa osoba to taka, która potrafi kochać i pracować. Taka praca terapeutyczna wymaga więc odwagi konfrontacji ze sobą i nie ma nic wspólnego z treningiem relaksacji (skądinąd także potrzebnym) czy głaskaniem po głowie ze słowami „Jesteś OK, to inni mają problem”.
Zatem zaabsorbowanie pacjenta sobą traktuje się jako przejściową fazę uczenia się siebie, wynikającą m.in. z braku dostatecznej uwagi poświęcanej sobie dotychczas.
Z drugiej strony, w toku psychoterapii pacjent może podjąć decyzję, że przestanie pozwalać się nadużywać, manipulować czy nawet wycofa się ze szkodliwych relacji, które przestały rokować. Pozostaje wówczas ryzyko, że niektórzy odbiorą taką postawę jako egoizm. Ale ochrona siebie, swoich wartości i granic egoizmem nie jest.
Co ciekawe, zgodnie z danymi WHO oraz Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychologicznego, stosowanie psychoterapii zmniejsza konieczność korzystania przez pacjentów z podstawowej opieki medycznej wskutek rozwinięcia większej dbałości o siebie, profilaktyki oraz eliminowania zaburzeń natury psychologicznej objawiających się pod postacią somatyczną. To odciążenie dla społeczeństwa, nie egoizm.
Psychoterapia jako odrębna dyscyplina ma już za sobą tzw. fazę usprawiedliwiania; skuteczność psychoterapii prowadzonej przez profesjonalistów jest wszechstronnie dowiedziona.
4. Psychoterapia jest zaadresowana tylko dla zaburzeń psychicznych?
Przez wiele dziesięcioleci mnóstwo ludzi powstrzymywało się od skorzystania z pomocy psychoterapeutycznej, obawiając się stygmatyzacji związanej z chorobą psychiczną. Wiele osób pomniejsza swoje trudności i nie decyduje się na pomoc terapeutyczną, wychodząc z założenia, że nie cierpią na poważne zaburzenie psychiczne.
Źródłosłów słowa „psychoterapia” to psyche = dusza i therapein = leczyć. To prawda, że psychoterapia ma zasadnicze zastosowanie w leczeniu zaburzeń i chorób natury psychicznej oraz że jest ściśle związana z aktualną wiedzą medyczną. Przykładowo, nie sposób wyleczyć zaburzeń osobowości (borderline, narcystycznej) głównie farmakologicznie. Choć osoby te często zażywają leki stabilizujące nastrój, niezbędna jest psychoterapia. Jednak warto wspomnieć, że już Freud sprzeciwiał się wchłonięciu psychoanalizy przez lobby medyczne i zrobieniu z psychoterapii „służącej psychiatrii”.
Natomiast Frederick Perls, uważany za głównego twórcę terapii Gestalt, postulował odstąpienie od terminu „nerwica” na rzecz „zaburzenia rozwoju”, uważając, że celem psychoterapii jest usuwanie przeszkód na drodze swobodnego rozwijania samego siebie. Z kolei Rollo May i inni terapeuci humanistyczni pisali o cierpieniu wynikającym z zaprzepaszczania własnych zdolności i potencjału.
Codzienne doświadczenie psychoterapeutów wykazuje również, że do terapeuty, zwłaszcza w prywatnej praktyce, zgłasza się wiele osób, które w oparciu o popularne klasyfikacje diagnostycznych typu ICD-11 czy DSM-V nie otrzymałyby rozpoznania jakiegokolwiek zaburzenia a psychiatra powiedziałby: „Nie widzę u pana zaburzenia”. Tymczasem oni jakoś dalej cierpią. A inni zgłaszają się, poszukując głębszej jakości życia i relacji z ludźmi. Nie każde cierpienie jest patologiczne i nie tylko cierpienie sklasyfikowane psychiatrycznie jest punktem wyjścia do psychoterapii. Może być nim także sfrustrowanie dotychczasowymi sposobami radzenia sobie i pragnienie bardziej uczciwego i autentycznego życia z ludźmi.
Na chwilę obecną nie mamy w polskim prawie ustawy o zawodzie psychoterapeuty. Ten stan rzeczy sprzyja naturalnie zamieszaniu wokół tej profesji, podtrzymuje niektóre nieprawdziwe założenia, a także społeczną dezorientację, co do różnic między profesjonalnymi psychoterapeutami a samozwańczymi pomagaczami.
Sens rozpowszechniania rzetelnej wiedzy o psychoterapii tkwi przede wszystkim w tym, aby każdy, kto potrzebuje z niej skorzystać, mógł w możliwie nieskomplikowany sposób i bez niepotrzebnych prób i błędów dotrzeć do właściwego terapeuty i uzyskać pomoc.
— — —
Pierwodruk: Newsweek w latach 2013-2022 oraz blog autora „Kontrapunkt Psychoterapii”, 31 października 2022