21/05/2026
Oglądając polską edycję Love is Blind mam jedno pytanie:
czy my jeszcze mówimy po polsku, czy już głównie po „instagramowo-angielsku”?
„Vibe”, „connection”, „red flag”, „space”, „crush” te słowa padają coraz częściej, szczególnie w kontekście relacji i emocji. Jakby polskie odpowiedniki były zbyt proste, zbyt dosłowne albo mniej „atrakcyjne”.
I to jest ciekawy moment z perspektywy języka.
Bo „chemia” nagle brzmi gorzej niż „connection”?
„Sygnał ostrzegawczy” przegrywa z „red flag”?
„Zauroczenie” wypada mniej naturalnie niż „crush”?
Nie chodzi o to, że to jest „dobrze” albo „źle”.
Zapożyczenia są normalną częścią języka i zawsze były jego elementem.
Bardziej interesujące jest coś innego: kiedy obce słowo zaczyna być nie dodatkiem, tylko automatycznym zamiennikiem istniejącego już pojęcia.
Bo wtedy język nie tyle się wzbogaca, co się skraca. Czasem znaczeniowo, czasem emocjonalnie.
I tu mam wrażenie, że zaczyna się ciekawsza dyskusja niż sam program.
Gdzie Twoim zdaniem kończy się naturalne zapożyczenie, a zaczyna po prostu moda językowa?
Czy w Twoim codziennym języku te słowa są wygodą, stylem czy już nawykiem?