12/05/2026
🌳Bliski memu sercu jest ten wpis poniżej i czuję coraz mocniej, że wchodzę w trzeci etap, nie chce mi się już niczego udowadniać, za niczym gonić, coraz bardziej ufam i czekam co wiatr przyniesie...upraszczam życie... zapraszam do lektury
"Od kilku lat bardzo mocno pracuje we mnie hinduska koncepcja czterech etapów życia, obecna w Upaniszadach. Im dłużej o niej myślę, tym bardziej widzę, jak bardzo współczesny świat zatrzymał się właściwie na jednym etapie. Drugim.
Według tej koncepcji życie ma swój naturalny rytm i własną mądrość wpisaną w każdy jego okres.
Pierwszy etap to Brahmaczarja. Czas uczenia się. Budowania fundamentów. Przygotowywania do wejścia w świat.
Drugi etap to Grihastha. Czas działania. Relacji. Rodziny. Pracy. Zarabiania. Budowania domu, pozycji, bezpieczeństwa. Etap intensywnego uczestnictwa w świecie.
Trzeci etap to Vanaprastha. Etap stopniowego wycofania. Nie z życia. Z nadmiaru. Z nieustannego działania. Z potrzeby zdobywania. Z ciągłego udowadniania swojej wartości światu i sobie. To etap przesuwania uwagi w stronę ciszy, prostoty, natury, obecności i wewnętrznego życia.
Czwarty etap to Sannjasa. Etap całkowitego uproszczenia i duchowego wyzwolenia. Odejścia od ról, przywiązań, posiadania i identyfikacji. Życie staje się wtedy bardzo proste, skupione na byciu, prawdzie i wolności wewnętrznej.
Mam wrażenie, że współczesny świat panicznie boi się dwóch ostatnich etapów. Etapów, w których wymagana jest zgoda na przemijanie. Na starzenie się. Na coraz mniej sił. Na to, że nie wszystko jest już możliwe. Że część drzwi zamknęła się już na zawsze. Że życie nie będzie już rosło wyłącznie w stronę ekspansji. A przecież cały współczesny świat oparty jest właśnie na ekspansji. Na ruchu. Na zdobywaniu. Na produktywności. Na nieustannym „więcej”.
Więcej podróży.
Więcej atrakcji.
Więcej przeżyć.
Więcej rzeczy.
Więcej aktywności.
Więcej młodości.
Więcej pieniędzy.
Mam czasami wrażenie, że żyjemy dziś w kulturze zbiorowej ucieczki przed starością. W świecie, który zrobi wszystko, byle tylko nie usiąść naprzeciwko przemijania.
Salony piękności dla siedemdziesięcioletnich kobiet stają się świątyniami podtrzymywania iluzji, że czas można zatrzymać. Kolejne zabiegi, liftingi, poprawianie twarzy, wygładzanie skóry, doczepiane włosy, kolejne „drugie młodości”, a czasami już nawet trzecie. Nie ma w tym nawet próby wejścia w inny etap życia. Jest desperackie trzymanie się poprzedniego.
Jakby starzenie było porażką. Jakby zmarszczki były czymś niestosownym. Jakby ciało miało obowiązek pozostać młode, żeby człowiek dalej czuł swoją wartość.
Widzę ludzi, którzy mają siedemdziesiąt lat i żyją tak, jakby śmierć była obraźliwą plotką, której nie należy dopuszczać do świadomości. Wypełniają każdy fragment ciszy kolejnymi zakupami, kolejnymi wyjazdami, kolejnymi atrakcjami, kolejnymi samochodami, kolejnymi remontami domów lub wręcz nowymi domami, kolejnymi bodźcami.
Ostatnio moja przyjaciółka opowiedziała mi o ludziach, którzy mają dwa domy w Polsce, jeden w Hiszpanii i jeszcze jeden w Panamie! Wyobrażacie sobie życie wypełnione podróżami od domu do domu?
W moim odczuciu pod tym wszystkim bardzo często stoi lęk. Ogromny lęk: przed pustką, samotnością, utratą znaczenia. Lęk przed tym, że dzieci odeszły już do własnego życia i nagle człowiek zostaje sam ze sobą. Ten znany syndrom pustego gniazda, który w czasach plemiennych prowadził do mądrości, a teraz tylko do pustki. Bo przez całe życie nikt nas nie przygotował do tego, że nadejdzie moment oddawania. Moment wycofywania się. Moment przechodzenia z działania do bycia.
Współczesny świat właściwie nie posiada już rytuałów przejścia do starości. Nie ma mądrych opowieści o odpuszczaniu. O Starszyźnie. O mądrości wieku. Nie ma zgody na słabość. Nie ma miejsca na ciszę. Nie ma miejsca na starość. Jest za to nieustanne zagłuszanie.
Telefon. Serial.
Galeria handlowa.
Podróż.
Nowy zakup.
Nowy bodziec.
Nowe doświadczenie.
Nowy..... byle tylko nie doświadczyć przemijania.
Patrzę czasami na to wszystko i myślę, że być może właśnie dlatego tak bardzo boimy się starości, gdyż współczesny człowiek właściwie utracił duchowy sens trzeciego i czwartego etapu życia. Zostało tylko biologiczne starzenie się, które przeżywane bez nadania mu sensu, rzeczywiście musi być przerażające.
A przecież Vanaprastha niesie własny rodzaj piękna. To etap, w którym człowiek może zacząć wracać do siebie. Do natury. Do prostoty. Do ciszy. Do prawdy. Do życia. I przede wszystkim do mądrości. Mądrości, która nie wynika z ilości przeczytanych książek tylko rodzi się z przeżytych lat, z doświadczeń, z przekraczania kolejnych problemów, progów, też tych wynikających z cierpienia.
Upaniszady mówią o tym okresie: „dzieci dorastają, włosy siwieją, a wraz z tym pojawia się naturalne odpuszczanie, oddawanie, rozluźnianie uchwytu". Stopniowe wyrzekanie się dóbr materialnych, oddawanie obowiązków rodzinnych dzieciom, pielgrzymki, studiowanie świętych pism i medytacja, często życie w odosobnieniu. Pojawia się większa cisza, dystans i potrzeba przebywania bliżej natury, co symbolicznie oznacza „udanie się do lasu".
Coraz bardziej rozumiem ludzi, którzy odchodzili „do lasu”. Upraszczali życie. Rezygnowali z nadmiaru. Nie robili tego, gdyż przegrywali życie, ale dlatego, że zaczynali dostrzegać jego inną jakość. I mam czasami wrażenie, że właśnie tego współczesny świat boi się najbardziej. Tego, że gdy człowiek zatrzyma się, może nagle odkryć, że przez całe życie uciekał przed czymś, czego i tak nie da się ominąć"
Za: Alicja Chlasta