20/05/2026
Pamiętnik (nie)idealnej kobiety.
Odcinek 3. Wiara w Boga i moc Św. Rity...
Dni po jej odejściu zlewały się w jedną, długą, cichą noc. Ból wracał falami — czasem łagodniejszy, czasem tak silny, że odbierał oddech. W sercu została pustka, której nic nie potrafiło wypełnić.
Chodziłam na jej grób. Siadałam obok, mówiłam do niej szeptem, jakby mogła mnie usłyszeć. Opowiadałam jej o wszystkim — o domu, o rodzeństwie, o tym, jak bardzo za nią tęsknię. I pytałam wciąż o to samo: dlaczego?
Nie umiałam pogodzić się z tym, co się stało. W myślach tworzyłam jej obraz — zastanawiałam się, do kogo byłaby podobna, czy miałaby mój uśmiech, czy charakter po tacie, a może po starszej siostrze. Każda taka myśl bolała, ale jednocześnie była jedynym sposobem, by choć na chwilę poczuć, że wciąż jest blisko.
Mąż nie chciał kolejnej ciąży. Rozumiałam jego strach, jego potrzebę spokoju, ale we mnie rosła pustka, której nie potrafiłam uciszyć. Ta pustka była zbyt wielka. Zbyt głośna. Zbyt obecna.
Lekarz sugerował pomoc psychologa, ale ja nie byłam gotowa. Nie chciałam mówić o bólu na głos. Wolałam nosić go w sobie — cicho, głęboko, ściskając w dłoniach jedyną pamiątkę, jaka mi została. Małą ramkę z odbitą nóżką i rączką mojej córki oraz datą jej urodzenia. Trzymałam ją jak coś najcenniejszego, jak dowód, że naprawdę była.
Któregoś dnia koleżanka zaproponowała, żebym pojechała z nią na nabożeństwo św. Rity. Mówiła, że to patronka od spraw beznadziejnych, tych, w których człowiek przestaje widzieć jakiekolwiek wyjście. Nie byłam przekonana, ale zgodziłam się. Może bardziej dla niej niż dla siebie.
Na pierwsze nabożeństwo pojechałam trochę niedowierzając w to, że można sobie wymodlić coś czego brdzo pragnę...
Koleżanka dała mi czerwoną różę — powiedziała, żebym ofiarowała ją w swojej intencji.
Moja intencja była prosta i jednocześnie najtrudniejsza: zajść w ciążę, donosić ją i urodzić zdrowe dziecko. Ta msza była dziwna, inna niż wszystkie na których dotychczas byłam.
Od tamtej pory każdego 22 dnia miesiąca jeździłam na nabożeństwo św. Rity z czerwoną różą.Słuchając świadectw ludzi, którzy wymodlili sobie to czego tak bardzo pragnęli. Byłam tam i ja z tą samą intencją, z tą samą nadzieją, choć czasem bardzo kruchą to w podświadomości coraz bardziej silniejszą. Litania do św Rity stała się moją codziennością. Szeptałam ją rano, wieczorem, w chwilach lęku i zwątpienia.
Po kilkunastu miesiącach wydarzyło się coś, co do dziś nazywam cudem — zaszłam w ciążę- w tą w którą miałam już nigdy ze względów zdrowotnych nie zajść.
Mąż zmienił swój pogląd, zaczął się cieszyć tak jak ja.
Radość była ogromna, ale jeszcze większy był strach. Każdy dzień był walką między nadzieją a lękiem. Każde ukłucie, każdy sygnał z ciała budził niepokój. Modliłam się jeszcze więcej. Każdego dnia prosiłam o jedno — aby tym razem się udało. Bo kolejnej straty nie dam rady udźwignąć.
Ciąża nie była łatwa. Były komplikacje, chwile zwątpienia, łzy i bezsilność. Ale los był łaskawszy.
W 36 tygodniu na świat przyszedł mój syn.
Pamiętam moment, kiedy go zobaczyłam. Strach nagle ustąpił miejsca spokojowi, jakiego dawno nie czułam. Wiedziałam, że to dziecko jest wyproszone, wymodlone, wywalczone każdą łzą i każdym szeptem modlitwy.
I wtedy po raz pierwszy od długiego czasu poczułam coś jeszcze — nie tylko radość, ale też cichą pewność, że ona... nasza córka... gdzieś jest. I że czuwa.
Od tamtej pory wierzę, że nigdy tak naprawdę nas nie opuściła. Że jest częścią naszej rodziny — niewidzialną, ale obecną. Że patrzy na swoje rodzeństwo i otacza nas opieką, której nie potrafimy zobaczyć, ale możemy poczuć.
A pustka? Nie zniknęła całkowicie. Ale nauczyłam się z nią żyć. Stała się miejscem, w którym mieszka miłość — ta, która nie miała szansy rozkwitnąć dla zmarłej córki . Ze zdwojoną siłą przelałam ją na nasze 4 dziecko- naszego synka.