13/03/2026
Bardzo się zgadzam.
Dziś postanowiłam stanąć w obronie tych, których według mnie prawie nikt nie broni.
Bardzo wielu ludzi broni dziś dzieci. Mówi się, że są ofiarami beznadziejnego systemu edukacji, że szkoła tłumi kreatywność, że nauczyciele nie dają wolności, że wymagania są zbyt duże, a zasady zbyt sztywne.
Chciałabym, żeby ci wszyscy ludzie zostali choć na jeden dzień zamknięci w klasie, w której połowa dzieci ma dokument, który w praktyce bywa traktowany jak usprawiedliwienie dla odmowy współpracy, lekceważenia poleceń i zwykłego chamstwa.
W takiej klasie nauczyciel ma często jedno narzędzie: może poprosić.
Może poprosić, żeby dziecko otworzyło zeszyt.
Może poprosić, żeby usiadło.
Może poprosić, żeby wróciło na miejsce.
Może poprosić, żeby wykonało zadanie.
A dziecko może odpowiedzieć:
nie.
Nie zrobię.
Nie będę.
Nie muszę.
Tak, słyszałam to.
I co wtedy?
Nauczyciel nie może zamknąć drzwi.
Nie może zatrzymać dziecka siłą.
Nie może go złapać.
Jeśli dziecko po prostu wstanie i wyjdzie z klasy, nauczyciel może właściwie tylko poprosić, żeby zostało.
A jeśli to nie działa, może zadzwonić do pedagoga.
Pedagog jest wtedy dodatkową osobą, która próbuje interweniować.
Ale sens sytuacji się nie zmienia: człowiek odpowiedzialny za klasę w praktyce bardzo często ma do dyspozycji tylko prośbę i telefon.
W tym czasie w klasie siedzą inne dzieci.
Takie, które może chciałyby się czegoś nauczyć.
Takie, które mają prawo do spokojnej lekcji.
Ale ich prawo coraz częściej przegrywa z chaosem.
Czasem szkoła prosi wtedy rodzica o diagnozę.
O konsultację.
O sprawdzenie, czy za zachowaniem dziecka nie stoi jakaś trudność, której trzeba pomóc.
I bardzo często słyszy odpowiedź:
„Ale on w domu tak nie robi.”
„Nie wiem, co się u was dzieje.”
„U nas jest zupełnie normalnie.”
I wtedy szkoła zostaje z problemem sama.
W środku tego wszystkiego stoi nauczyciel.
Człowiek, który ma ogromną odpowiedzialność i coraz mniej realnych narzędzi działania.
I mam wrażenie, że o nim prawie nikt dziś nie mówi.
Bo przecież nauczyciel ma dużo wolnego.
Bo przecież dużo zarabia.
Bo przecież powinien sobie radzić.
Wiedzę już mamy.
Od dawna.
Ale jeśli świat, w którym dorosły może tylko prosić, a dziecko może na wszystko odpowiedzieć „nie”, uznajemy za postęp, to naprawdę nie potrzeba wielkiej przenikliwości, żeby zobaczyć, dokąd to prowadzi.
Mogliśmy wiedzieć.
A jednak doprowadzimy do katastrofy.