18/08/2026
Z perspektywy starego nauczyciela
Pracuję w szkole wystarczająco długo, żeby pamiętać czasy, kiedy uczeń po prostu musiał coś umieć.
Nie „spróbować”.
Nie „podjąć wysiłek”.
Nie „mieć potencjał”.
Musiał umieć.
I przez te wszystkie lata obserwuję coś, o czym coraz mniej osób chce mówić: systematyczne obniżanie wymagań.
Najpierw zaczęliśmy odpuszczać uczniom. Potem zaczęliśmy odpuszczać rodzicom. Następnie zaczęliśmy odpuszczać sobie nawzajem.
Bo dziecko się stresuje.
Bo rodzic będzie niezadowolony.
Bo ocena może obniżyć samoocenę.
Bo trzeba być empatycznym.
Bo trzeba dostosować wymagania.
I oczywiście – empatia jest potrzebna. Tylko że gdzieś po drodze pomyliliśmy wspieranie dziecka z rezygnacją z wymagania od niego czegokolwiek.
Dzisiaj wchodzą do szkoły rodzice, którzy sami wychowali się już w rzeczywistości obniżonych wymagań. I pojawia się problem jeszcze większy.
Jak mają wymagać od szkoły wysokiego poziomu, skoro sami nie zawsze wiedzą, jak ten wysoki poziom wygląda?
Jeżeli ktoś nie musiał się nauczyć tabliczki mnożenia, ortografii, gramatyki, podstaw matematyki czy samodzielnego formułowania myśli, to może zwyczajnie nie zauważyć, że jego dziecko również tego nie potrafi.
Wystarczy, że dziecko jest zadowolone.
Wystarczy, że „jakoś sobie radzi”.
Wystarczy, że „przecież ma dostęp do informacji”.
Tylko że dostęp do informacji nie jest wiedzą, a Google nie jest nauczycielem.
I dlatego coraz częściej obserwuję paradoks: rodzice mają ogromne oczekiwania wobec szkoły, ale jednocześnie coraz mniejsze oczekiwania wobec własnych dzieci.
Chcą, żeby szkoła była nowoczesna, przyjazna, kreatywna i bezstresowa.
Tylko czasem zapominają, że edukacja ma również tę mało popularną funkcję, że człowiek ma po jej zakończeniu coś potrafić.
Nie wszystko można „wypracować”.
Nie wszystko można „dostosować”.
Nie każdą lukę można przykryć opinią, że dziecko „ma swój styl uczenia się”.
A nauczyciel, który mówi: „To dziecko po prostu tego nie umie”, coraz częściej staje się problemem.
Bo łatwiej zmienić wymagania niż przyznać, że trzeba nadrobić braki.
I tak powstaje mechanizm, który obserwuję od lat.
Każde kolejne pokolenie dostaje trochę mniej wymagań, a następnie wychowuje kolejne pokolenie według jeszcze niższych standardów.
Najgorsze nie jest nawet to, że poziom spada.
Najgorsze jest to, że po pewnym czasie przestajemy zauważać, że spadł.
A wtedy człowiek, który nie potrafi już ocenić jakości edukacji, zaczyna z ogromną pewnością siebie oceniać nauczycieli.
I właśnie dlatego komentarze typu „dzieci są coraz głupsze i leniwe” są może brutalne, ale dotykają pewnego realnego problemu.
Tyle że ja, jako stary nauczyciel, powiedziałbym inaczej:
Nie wiem, czy dzieci są głupsze. Wiem natomiast, że od lat coraz mniej od nich wymagamy.
A to są dwie zupełnie różne rzeczy.