10/08/2026
Od kilku dni trwa burzliwa dyskusja po wypowiedzi Ewy Woydyłło o Idze Świątek i jej współpracy z psycholożką Darią Abramowicz. Padają pytania o granice publicznego oceniania drugiego człowieka, o odpowiedzialność osób występujących z pozycji zawodowego autorytetu oraz o to, jak łatwo kilka wypowiedzianych zdań może naruszyć kogoś, kogo życia, stanu psychicznego i osobistej historii właściwie się nie zna.
Przysłuchuję się tej dyskusji i myślę o własnym, zupełnie świeżym spotkaniu z profesjonalizmem i troską przedstawicieli suwalskiego świata zdrowia psychicznego.
W tej historii nazwisko pana psychiatry reprezentuje świat ptaków, a nazwisko pani psychoterapeutki, do której udałam się kilka dni później, należy do strefy wodnej, dzięki czemu moja podróż przez suwalską ochronę zdrowia psychicznego od początku miała wyraźnie przyrodniczy charakter. Zaczęłam od ptaka, następnie skierowano mnie do ryby, a przy odrobinie szczęścia mogłam jeszcze trafić do kogoś ze świata roślin i skompletować cały lokalny ekosystem terapeutyczny.
No więc (podobno zdania nie zaczyna się od „no więc”), ale cała ta historia rozwija się w sposób, którego nie przewidują podręczniki dobrych zwyczajów, więc gramatyka będzie musiała jakoś to przeżyć. No więc zdecydowałam się pójść do psychiatry. W Suwałkach. To miasto, mimo całej swojej urokliwości, za każdym razem, gdy pozostaję w nim dłużej niż trzy miesiące, działa na mnie w taki sposób, że wizyta u specjalisty zaczyna wydawać się rozsądnym pomysłem.
Poszłam pełna nadziei, że po śmierci mamy, brata i ukochanej Zuli, po kolejnych stratach, żałobie, wyczerpaniu i utracie poczucia sensu ktoś pomoże mi wreszcie złapać oddech.
Wizyta trwała trochę ponad godzinę. Pan pytał i notował, właściwie przez całe spotkanie patrząc w komputer, więc chwilami miałam wrażenie, że uczestniczę w terapii par: ja, psychiatra i jego laptop, przy czym laptop otrzymywał zdecydowanie najwięcej uwagi. Nie usłyszałam, czym dokładnie są sporządzane notatki, gdzie będą przechowywane ani w jaki sposób są chronione, choć mówiłam o sprawach osobistych, bolesnych i należących do najbardziej intymnych obszarów mojego życia. Po godzinnym spotkaniu z komputerem wyszłam biedniejsza o 350 zł, bogatsza o receptę na lek przeciwdepresyjny oraz polecenie psychoterapeutki, również suwalskiej.
Pierwsze kroki skierowałam do apteki, wykupiłam lek i wróciłam do domu szczęśliwa, ponieważ uwierzyłam, że po miesiącach psychicznej udręki, pojawiła się konkretna pomoc. Po czterech dniach wystąpiły u mnie na tyle silne i niepokojące objawy, że zadzwoniłam do przedstawiciela ptasiego świata i dokładnie opisałam, co się ze mną dzieje. Usłyszałam, że nie wolno mi dalej przyjmować tego leku, gdyż wystąpił u mnie zespół serotoninowy. Zapytałam więc, co mam przyjmować w zamian.
– A musi pani? – zapytał lekarz.
– Nie wiem – powiedziałam. – Przecież to pan zapisał mi ten lek.
Aby ustalić inne leczenie, miałam umówić się na kolejną wizytę, za następne 350 zł. Podczas pierwszego spotkania mówiłam, że jednym ze źródeł mojego obecnego stanu są chwilowe problemy z finansami, dlatego propozycję leczenia tych problemów poprzez dalsze pomniejszanie mojego konta uznałam za metodę odważną, nowatorską i przekraczającą moje aktualne możliwości terapeutyczne.
Pomyślałam więc, że do psychiatry chwilowo nie wrócę, ale spróbuję pracy z poleconą przez niego psychoterapeutką. Jej oferta wydawała mi się bardzo bliska temu, czego potrzebowałam. Pracuje w nurcie egzystencjalnym i logoterapii, metody stworzonej przez Viktora Frankla, autora „Człowieka w poszukiwaniu sensu”. Chciałam przyjrzeć się właśnie temu sensowi, kierunkowi, w którym pragnę pójść, oraz decyzjom dojrzewającym we mnie od dłuższego czasu. Jestem w okresie, który w tradycji hinduistycznej nazywany jest vanaprasthą, trzecim etapem życia, kiedy człowiek stopniowo domyka obowiązki związane z gromadzeniem, zabezpieczaniem i organizowaniem materialnej strony istnienia, a coraz więcej uwagi kieruje ku wolności, duchowości, transcendencji i pytaniu, co naprawdę pragnie zrobić z czasem, który mu pozostał. Chciałam przyjrzeć się temu, czy sprzedaż mieszkania, zakup kampera i wyruszenie w drogę są głębokim pragnieniem prowadzącym mnie ku pełniejszemu życiu, czy pomysłem zrodzonym z żałoby, zmęczenia i potrzeby ucieczki. Pomyślałam, że psychoterapeutka pracująca w nurcie egzystencjalnym będzie właściwą osobą, aby towarzyszyć mi w rozpoznawaniu tej granicy.
Umówiłam się na konsultację. Pani przez godzinę uważnie mnie słuchała, była żywa, zaangażowana i pełna entuzjazmu. Zgodziła się, podjąć prowadzenia mojej terapii, podała cztery kolejne terminy i rozstałyśmy się z jasnym planem dalszej pracy. Wyszłam z gabinetu podbudowana, szczęśliwa, a przede wszystkim pełna nadziei, że znalazłam człowieka, przy którym będę mogła spokojnie przejść przez trudny okres mojego życia.
Po tygodniu, krótko przed kolejnym spotkaniem, otrzymałam mail: "Dzień dobry Pani Alicjo, bardzo Panią przepraszam, ale po przeanalizowaniu naszej pierwszej rozmowy i poddaniu jej superwizji uznałam jednak, że nie podejmę się prowadzenia Pani psychoterapii, co wiąże się z anulowaniem ustalonych wcześniej terminów. Trudno byłoby mi precyzyjnie wyjaśnić powody, ale proszę o zaufanie, że kieruje mną profesjonalizm i troska, aby uzyskała Pani możliwie najlepszą pomoc.
Mam nadzieję, że znajdzie Pani odpowiedniego dla siebie specjalistę. Proszę o potwierdzenie zapoznania się z wiadomością i opłacenie pierwszej konsultacji w wysokości 180 zł. Życzę Pani wszystkiego dobrego i pozdrawiam".
Napisałam do psychoterapeutki, opisując, jak się z tym czuję, i zwróciłam uwagę, że osoba znajdująca się w kryzysie, której specjalistka odmawia dalszej pracy, potrzebuje przynajmniej jasnego domknięcia oraz informacji, gdzie może szukać pomocy. Minął ponad tydzień. Odpowiedzi nie otrzymałam. Samą decyzję terapeutki potrafię przyjąć. Człowiek ma prawo rozpoznać granice swoich kompetencji, możliwości albo gotowości do pracy z konkretną osobą. Najtrudniejsze pozostaje dla mnie to, w jaki sposób ta decyzja została przeprowadzona.
Podczas konsultacji otrzymałam jasną deklarację rozpoczęcia terapii i cztery terminy, a następnie psychoterapeutka wycofała się mailem, bez rozmowy, bez spotkania domykającego, bez choćby ogólnego wyjaśnienia oraz bez wskazania miejsca, w którym mogłabym otrzymać dalszą pomoc. Podczas spotkania mówiłam o depresji, żałobie po kilku śmierciach, utracie sił, poczuciu osamotnienia i trudnym momencie życia, dlatego szczególnie gorzko zabrzmiało dla mnie zdanie o „profesjonalizmie i trosce, abym uzyskała możliwie najlepszą pomoc”, za którym pojawiły się anulowane terminy, numer konta i nadzieja, że odpowiedniego specjalistę znajdę sobie sama.
Bilans mojej wyprawy przez suwalski świat zdrowia psychicznego wygląda następująco: 350 zł za spotkanie z psychiatrą, 180 zł za konsultację psychoterapeutyczną, koszt leków, kilka dni bardzo złego samopoczucia i powrót dokładnie do miejsca, z którego wyruszyłam. Jestem uboższa o 600 zł, za to bogatsza o doświadczenie, że człowiek może zdobyć się na ogromny wysiłek, opowiedzieć obcej osobie o śmierci, żałobie, depresji, lęku i utracie sensu, a następnie zostać sam ze swoim życiem, ponieważ ptak odsyła go na kolejną płatną konsultację, ryba odpływa po superwizji, a przedstawiciel świata roślinnego nawet nie zdąży pojawić się na horyzoncie.
Publiczna dyskusja o słowach Ewy Woydyłło dotyka więc dla mnie sprawy znacznie szerszej niż jedna niefortunna wypowiedź. Dotyka ogromnej władzy, jaką otrzymuje człowiek, kiedy drugi człowiek siada naprzeciwko niego i mówi: cierpię, gubię się, nie daję już sobie rady, pomóż mi. W tej relacji występuje różnica sił. Po jednej stronie siedzi osoba posiadająca gabinet, wykształcenie, zawodowy język i pozycję specjalisty. Po drugiej człowiek, który często przez wiele miesięcy zbierał odwagę, aby przekroczyć próg, opowiedzieć o najbardziej bolesnych miejscach swojego życia i powierzyć komuś resztkę nadziei. Profesjonalizm objawia się również w sposobie patrzenia na człowieka, dobierania słów, wycofywania się z podjętej decyzji, kończenia kontaktu i pozostawiania dalszej drogi. Troska nabiera znaczenia wtedy, gdy za jej deklaracją pojawia się dobre działanie.
Bardzo Was proszę, napiszcie w komentarzach o swoich doświadczeniach z psychiatrami, psychologami i psychoterapeutami. Czy otrzymaliście pomoc, która naprawdę Was podniosła? Czy spotkaliście specjalistę, przy którym czuliście się bezpieczni i traktowani poważnie? Czy zdarzyło się Wam zostać z rachunkiem, receptą, anulowanym terminem i własnym kryzysem?
Dajcie również znać, gdzie według Was przebiega granica odpowiedzialności terapeuty. Czy wystarczy powiedzieć: „Nie podejmę się pracy, mam nadzieję, że znajdzie pani kogoś odpowiedniego”? Czy osoba, której odmówiono pomocy po rozmowie o depresji, żałobie i utracie sensu, powinna otrzymać konkretne wskazanie dalszej drogi?