Alicja Chlasta, Alcha

Alicja Chlasta, Alcha Nazywam się Alicja Chlasta. Od ponad 20 lat pracuję z ludźmi jako coachka, mentorka i trenerka rozwoju osobistego. Wspieram w rozwoju od 2004 roku.

Jestem nauczycielką medytacji i przewodniczką Shinrin-Yoku.

„Nastawiam kompas” to mój ostatni projekt o mojej zmianie w życiu. Nazywam się Alicja Chlasta
JESTEM DYPLOMOWANĄ COACHKĄ, MENTORKĄ ORAZ TRENERKĄ ROZWOJU OSOBISTEGO. Ukończyłam prestiżowe Podyplomowe Studia Coachingu i Mentoringu organizowane przez Laboratorium Psychoedukacji oraz SWPS Uniwersytet Humanistycznospołeczny. Ponad 20 lat temu

założyłam Ośrodek Rozwoju Osobistego Alcha. Przez te wszystkie lata zorganizowałam setki warsztatów rozwojowo-psychologicznych: dla ciała, umysłu i ducha. Współpracowało ze mną wiele osób. Część z nich przez krótką chwilę; część związało się z ośrodkiem Alcha na wiele lat, jak zrobiła to Roshi Małgorzata Braunek, moja Nauczycielka i Mentorka, dr Preeti Agrawal czy znana psycholożka Katarzyna Miller, która współpracowała ze mną przez kilkanaście lat. Kilka lat pracowałam jako wolontariuszka w Telefonie Zaufania, gdzie uczestniczyłam w wielu szkoleniach dotyczących problemów społeczno-psychologicznych. W tym czasie ukończyłam również kurs „Kontakt w sytuacji pomagania” w renomowanym Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Przeszłam szkolenie „Żyć świadomie-Umierać po ludzku”, prowadzone przez Annę Dodziuk i Wojciecha Eichelbergera. Jestem nauczycielką medytacji. Byłam wieloletnią uczennicą Roshi Małgorzaty Braunek. Ukończyłam kurs mistrzowski – Siła obecności – z Ekhart’em Tolle. Jestem certyfikowaną przewodniczką Shinrin-Yoku. Kocham las, naturę i piesze wędrówki. Pasjonuję się psychologią, duchowością, rozwojem osobistym, głęboką ekologią oraz ochroną ziemi. Sporo czytam, fotografuję. Jestem laureatką kilku konkursów fotograficznych. Zawsze przy moim boku jest pies. Obecnie w drodze towarzyszy mi Zula.

Kiedy gubi mi się droga, idę do lasu.Idę tam, kiedy wydarza się coś trudnego, kiedy mam podjąć decyzję, kiedy pojawiają ...
19/08/2026

Kiedy gubi mi się droga, idę do lasu.

Idę tam, kiedy wydarza się coś trudnego, kiedy mam podjąć decyzję, kiedy pojawiają się wątpliwości albo moja własna droga zaczyna znikać we mgle myśli, analiz, przewidywań i wszystkich możliwych scenariuszy, które umysł potrafi produkować bez końca.
Las przywraca mnie ciszy. A cisza przywraca mnie sobie.

Po jakimś czasie spędzonym między drzewami zaczynam znowu czuć ziemię pod stopami, słyszeć własny oddech, zauważać światło przesuwające się po liściach, wiatr, zapach ściółki, ptaka odzywającego się gdzieś wysoko. Myśli tracą swoją władzę, a sprawy, które jeszcze przed chwilą wydawały się splątane, zaczynają układać się we właściwym kierunku.

Ostatnio dużo piszę tutaj o drodze. O kamperze, o pragnieniu ruszenia w świat, o trzeciej części życia, którą chcę przeżyć świadomie i po swojemu. Im więcej o tym myślę, tym wyraźniej widzę, że droga zaczyna się znacznie wcześniej niż w chwili przekręcenia kluczyka w stacyjce. Zaczyna się w momencie, w którym człowiek naprawdę słyszy siebie i rozpoznaje, dokąd chce iść.

Mnie w tym rozpoznawaniu od lat pomaga las.
Dlatego po wakacyjnej przerwie wracam do prowadzenia warsztatów właśnie od spotkania, które jest mi chyba szczególnie bliskie. We wrześniu poprowadzę „Zwolnij. Weekend z naturą, ciszą i obecnością”. Będziemy pracować właściwie w samej naturze, w Wigierskim Parku Narodowym, wśród drzew, tej szczególnej suwalskiej przestrzeni, która potrafi zrobić w człowieku miejsce na oddech.

Chcę przez te trzy dni podzielić się tym, do czego sama wracam, kiedy potrzebuję odzyskać kontakt ze sobą: ciszą, medytacją, kąpielą leśną, uważnością, rozmową i czasem spędzonym bez pośpiechu pośród drzew.

Są takie momenty w życiu, kiedy potrzebna staje się przestrzeń, w której można usłyszeć własną drogę. Do takiej przestrzeni zapraszam Was we wrześniu.

„Zwolnij. Weekend z naturą, ciszą i obecnością”
Wigierski Park Narodowy, 18-20 września 2026

Link do wydarzenia zostawiam w komentarzu.

A może jesteśmy po prostu potwornie zmęczeni?Wczoraj przeczytałam w „Wyborczej” tekst o zmęczeniu, które stało się doświ...
16/08/2026

A może jesteśmy po prostu potwornie zmęczeni?

Wczoraj przeczytałam w „Wyborczej” tekst o zmęczeniu, które stało się doświadczeniem ogromnej części współczesnego świata. O życiu w permanentnym trybie „włączenia”, w hałasie, powiadomieniach, nadmiarze informacji i ciągłym przerzucaniu uwagi z jednej rzeczy na drugą. O tym, że czasem warto zacząć bardzo prosto: robić jedną rzecz naraz. Jeść, kiedy jemy. Rozmawiać, kiedy rozmawiamy. Patrzeć przez okno, kiedy jedziemy autobusem. I nic więcej.

Ten tekst bardzo mnie zatrzymał, bo od lat czuję się zmęczona. Kiedy patrzę wstecz, widzę dużo pracy, obowiązków, trudnych wydarzeń, wyzwań i radzenia sobie. Widzę też za mało zwyczajnego odpoczynku. Nudy. Łażenia po łące. Siedzenia pod drzewem bez telefonu. Patrzenia na chmury. Robienia czegoś wyłącznie dlatego, że jest przyjemne i niczemu więcej nie służy.

Patrzę czasem na zwierzęta i myślę, że one wiedzą o życiu coś, o czym my zapomnieliśmy. Jedzą, śpią, przeciągają się, leżą w słońcu, obserwują, drzemią. Większą część swojego życia spędzają oszczędzając energię, a przecież my również jesteśmy zwierzętami. Tymczasem stworzyliśmy kulturę, w której odpoczynek trzeba uzasadnić, a bezczynność budzi poczucie winy.

Pracujemy przez większą część życia, często ponad siły, żeby zarabiać coraz więcej, a potem wydajemy te pieniądze na rzeczy, bez których jeszcze chwilę wcześniej całkiem dobrze żyliśmy. Kolejne buty, telefon, meble, bo poprzednie mają już dziesięć lat. Samochód, bo obecny ma trzy. Jeszcze jeden sprzęt, gadżet, rzecz, która przez chwilę daje przyjemność, by już za chwilę zniknąć w kącie lub na śmietniku.

Ogromny biznes żyje z tego, żebyśmy wciąż czegoś pragnęli. Reklama od dziesięcioleci opowiada nam, jak powinno wyglądać dobre życie, jaki dom oznacza sukces, jakim samochodem jeździ człowiek, któremu się powiodło, co trzeba mieć, nosić, kupić i gdzie bywać, żeby czuć, że żyje się wystarczająco dobrze. Korporacje zarabiają wtedy, kiedy my pozostajemy trochę niezadowoleni z tego, co już mamy, bo człowiek, któremu wystarcza, jest bardzo kiepskim konsumentem.

I tak zamieniamy własny czas na pracę, pracę na pieniądze, pieniądze na przedmioty, a potem znowu potrzebujemy pieniędzy, więc oddajemy kolejne godziny swojego życia. W tym wszystkim łatwo zgubić pytanie, ile właściwie kosztuje nas to, co kupujemy licząc nie w złotówkach, lecz w godzinach własnego życia.

Od jakiegoś czasu coraz częściej myślę o prostych przyjemnościach, bo chyba właśnie ich najbardziej mi brakuje. O przyjemności, przy której odpoczywa ciało, głowa i dusza. O kawie wypitej powoli. Leżeniu na trawie. Patrzeniu na wodę. Pójściu do lasu bez aplikacji mierzącej kilometry czy aparatu fotogarficznego. Zjedzeniu czegoś dobrego przy stole, bez telefonu obok. O popołudniu, po którym nie zostają zdjęcia do pokazania, za to zostaje człowiek trochę bardziej wypoczęty.

Napisz jaka jest Twoja najprostsza przyjemność, przy której naprawdę odpoczywasz: ciało, głowa i Ty cała/y?

Udostępnij ten tekst, jeśli czujesz, że przydałby się nam wszystkim trochę wolniejszy świat.

☕ Jeżeli cenisz moje pisanie i chcesz symbolicznie je wesprzeć, możesz postawić mi kawę. Każda taka kawa jest dla mnie małym znakiem: pisz dalej.
☕ Link zostawiam w komentarzu. ❤

Od kilku dni trwa burzliwa dyskusja po wypowiedzi Ewy Woydyłło o Idze Świątek i jej współpracy z psycholożką Darią Abram...
10/08/2026

Od kilku dni trwa burzliwa dyskusja po wypowiedzi Ewy Woydyłło o Idze Świątek i jej współpracy z psycholożką Darią Abramowicz. Padają pytania o granice publicznego oceniania drugiego człowieka, o odpowiedzialność osób występujących z pozycji zawodowego autorytetu oraz o to, jak łatwo kilka wypowiedzianych zdań może naruszyć kogoś, kogo życia, stanu psychicznego i osobistej historii właściwie się nie zna.

Przysłuchuję się tej dyskusji i myślę o własnym, zupełnie świeżym spotkaniu z profesjonalizmem i troską przedstawicieli suwalskiego świata zdrowia psychicznego.

W tej historii nazwisko pana psychiatry reprezentuje świat ptaków, a nazwisko pani psychoterapeutki, do której udałam się kilka dni później, należy do strefy wodnej, dzięki czemu moja podróż przez suwalską ochronę zdrowia psychicznego od początku miała wyraźnie przyrodniczy charakter. Zaczęłam od ptaka, następnie skierowano mnie do ryby, a przy odrobinie szczęścia mogłam jeszcze trafić do kogoś ze świata roślin i skompletować cały lokalny ekosystem terapeutyczny.

No więc (podobno zdania nie zaczyna się od „no więc”), ale cała ta historia rozwija się w sposób, którego nie przewidują podręczniki dobrych zwyczajów, więc gramatyka będzie musiała jakoś to przeżyć. No więc zdecydowałam się pójść do psychiatry. W Suwałkach. To miasto, mimo całej swojej urokliwości, za każdym razem, gdy pozostaję w nim dłużej niż trzy miesiące, działa na mnie w taki sposób, że wizyta u specjalisty zaczyna wydawać się rozsądnym pomysłem.

Poszłam pełna nadziei, że po śmierci mamy, brata i ukochanej Zuli, po kolejnych stratach, żałobie, wyczerpaniu i utracie poczucia sensu ktoś pomoże mi wreszcie złapać oddech.

Wizyta trwała trochę ponad godzinę. Pan pytał i notował, właściwie przez całe spotkanie patrząc w komputer, więc chwilami miałam wrażenie, że uczestniczę w terapii par: ja, psychiatra i jego laptop, przy czym laptop otrzymywał zdecydowanie najwięcej uwagi. Nie usłyszałam, czym dokładnie są sporządzane notatki, gdzie będą przechowywane ani w jaki sposób są chronione, choć mówiłam o sprawach osobistych, bolesnych i należących do najbardziej intymnych obszarów mojego życia. Po godzinnym spotkaniu z komputerem wyszłam biedniejsza o 350 zł, bogatsza o receptę na lek przeciwdepresyjny oraz polecenie psychoterapeutki, również suwalskiej.

Pierwsze kroki skierowałam do apteki, wykupiłam lek i wróciłam do domu szczęśliwa, ponieważ uwierzyłam, że po miesiącach psychicznej udręki, pojawiła się konkretna pomoc. Po czterech dniach wystąpiły u mnie na tyle silne i niepokojące objawy, że zadzwoniłam do przedstawiciela ptasiego świata i dokładnie opisałam, co się ze mną dzieje. Usłyszałam, że nie wolno mi dalej przyjmować tego leku, gdyż wystąpił u mnie zespół serotoninowy. Zapytałam więc, co mam przyjmować w zamian.
– A musi pani? – zapytał lekarz.
– Nie wiem – powiedziałam. – Przecież to pan zapisał mi ten lek.

Aby ustalić inne leczenie, miałam umówić się na kolejną wizytę, za następne 350 zł. Podczas pierwszego spotkania mówiłam, że jednym ze źródeł mojego obecnego stanu są chwilowe problemy z finansami, dlatego propozycję leczenia tych problemów poprzez dalsze pomniejszanie mojego konta uznałam za metodę odważną, nowatorską i przekraczającą moje aktualne możliwości terapeutyczne.

Pomyślałam więc, że do psychiatry chwilowo nie wrócę, ale spróbuję pracy z poleconą przez niego psychoterapeutką. Jej oferta wydawała mi się bardzo bliska temu, czego potrzebowałam. Pracuje w nurcie egzystencjalnym i logoterapii, metody stworzonej przez Viktora Frankla, autora „Człowieka w poszukiwaniu sensu”. Chciałam przyjrzeć się właśnie temu sensowi, kierunkowi, w którym pragnę pójść, oraz decyzjom dojrzewającym we mnie od dłuższego czasu. Jestem w okresie, który w tradycji hinduistycznej nazywany jest vanaprasthą, trzecim etapem życia, kiedy człowiek stopniowo domyka obowiązki związane z gromadzeniem, zabezpieczaniem i organizowaniem materialnej strony istnienia, a coraz więcej uwagi kieruje ku wolności, duchowości, transcendencji i pytaniu, co naprawdę pragnie zrobić z czasem, który mu pozostał. Chciałam przyjrzeć się temu, czy sprzedaż mieszkania, zakup kampera i wyruszenie w drogę są głębokim pragnieniem prowadzącym mnie ku pełniejszemu życiu, czy pomysłem zrodzonym z żałoby, zmęczenia i potrzeby ucieczki. Pomyślałam, że psychoterapeutka pracująca w nurcie egzystencjalnym będzie właściwą osobą, aby towarzyszyć mi w rozpoznawaniu tej granicy.

Umówiłam się na konsultację. Pani przez godzinę uważnie mnie słuchała, była żywa, zaangażowana i pełna entuzjazmu. Zgodziła się, podjąć prowadzenia mojej terapii, podała cztery kolejne terminy i rozstałyśmy się z jasnym planem dalszej pracy. Wyszłam z gabinetu podbudowana, szczęśliwa, a przede wszystkim pełna nadziei, że znalazłam człowieka, przy którym będę mogła spokojnie przejść przez trudny okres mojego życia.

Po tygodniu, krótko przed kolejnym spotkaniem, otrzymałam mail: "Dzień dobry Pani Alicjo, bardzo Panią przepraszam, ale po przeanalizowaniu naszej pierwszej rozmowy i poddaniu jej superwizji uznałam jednak, że nie podejmę się prowadzenia Pani psychoterapii, co wiąże się z anulowaniem ustalonych wcześniej terminów. Trudno byłoby mi precyzyjnie wyjaśnić powody, ale proszę o zaufanie, że kieruje mną profesjonalizm i troska, aby uzyskała Pani możliwie najlepszą pomoc.

Mam nadzieję, że znajdzie Pani odpowiedniego dla siebie specjalistę. Proszę o potwierdzenie zapoznania się z wiadomością i opłacenie pierwszej konsultacji w wysokości 180 zł. Życzę Pani wszystkiego dobrego i pozdrawiam".

Napisałam do psychoterapeutki, opisując, jak się z tym czuję, i zwróciłam uwagę, że osoba znajdująca się w kryzysie, której specjalistka odmawia dalszej pracy, potrzebuje przynajmniej jasnego domknięcia oraz informacji, gdzie może szukać pomocy. Minął ponad tydzień. Odpowiedzi nie otrzymałam. Samą decyzję terapeutki potrafię przyjąć. Człowiek ma prawo rozpoznać granice swoich kompetencji, możliwości albo gotowości do pracy z konkretną osobą. Najtrudniejsze pozostaje dla mnie to, w jaki sposób ta decyzja została przeprowadzona.
Podczas konsultacji otrzymałam jasną deklarację rozpoczęcia terapii i cztery terminy, a następnie psychoterapeutka wycofała się mailem, bez rozmowy, bez spotkania domykającego, bez choćby ogólnego wyjaśnienia oraz bez wskazania miejsca, w którym mogłabym otrzymać dalszą pomoc. Podczas spotkania mówiłam o depresji, żałobie po kilku śmierciach, utracie sił, poczuciu osamotnienia i trudnym momencie życia, dlatego szczególnie gorzko zabrzmiało dla mnie zdanie o „profesjonalizmie i trosce, abym uzyskała możliwie najlepszą pomoc”, za którym pojawiły się anulowane terminy, numer konta i nadzieja, że odpowiedniego specjalistę znajdę sobie sama.

Bilans mojej wyprawy przez suwalski świat zdrowia psychicznego wygląda następująco: 350 zł za spotkanie z psychiatrą, 180 zł za konsultację psychoterapeutyczną, koszt leków, kilka dni bardzo złego samopoczucia i powrót dokładnie do miejsca, z którego wyruszyłam. Jestem uboższa o 600 zł, za to bogatsza o doświadczenie, że człowiek może zdobyć się na ogromny wysiłek, opowiedzieć obcej osobie o śmierci, żałobie, depresji, lęku i utracie sensu, a następnie zostać sam ze swoim życiem, ponieważ ptak odsyła go na kolejną płatną konsultację, ryba odpływa po superwizji, a przedstawiciel świata roślinnego nawet nie zdąży pojawić się na horyzoncie.

Publiczna dyskusja o słowach Ewy Woydyłło dotyka więc dla mnie sprawy znacznie szerszej niż jedna niefortunna wypowiedź. Dotyka ogromnej władzy, jaką otrzymuje człowiek, kiedy drugi człowiek siada naprzeciwko niego i mówi: cierpię, gubię się, nie daję już sobie rady, pomóż mi. W tej relacji występuje różnica sił. Po jednej stronie siedzi osoba posiadająca gabinet, wykształcenie, zawodowy język i pozycję specjalisty. Po drugiej człowiek, który często przez wiele miesięcy zbierał odwagę, aby przekroczyć próg, opowiedzieć o najbardziej bolesnych miejscach swojego życia i powierzyć komuś resztkę nadziei. Profesjonalizm objawia się również w sposobie patrzenia na człowieka, dobierania słów, wycofywania się z podjętej decyzji, kończenia kontaktu i pozostawiania dalszej drogi. Troska nabiera znaczenia wtedy, gdy za jej deklaracją pojawia się dobre działanie.

Bardzo Was proszę, napiszcie w komentarzach o swoich doświadczeniach z psychiatrami, psychologami i psychoterapeutami. Czy otrzymaliście pomoc, która naprawdę Was podniosła? Czy spotkaliście specjalistę, przy którym czuliście się bezpieczni i traktowani poważnie? Czy zdarzyło się Wam zostać z rachunkiem, receptą, anulowanym terminem i własnym kryzysem?

Dajcie również znać, gdzie według Was przebiega granica odpowiedzialności terapeuty. Czy wystarczy powiedzieć: „Nie podejmę się pracy, mam nadzieję, że znajdzie pani kogoś odpowiedniego”? Czy osoba, której odmówiono pomocy po rozmowie o depresji, żałobie i utracie sensu, powinna otrzymać konkretne wskazanie dalszej drogi?

Kiedy kobieta po sześćdziesiątce mówi, że chce ruszyć w świat, większość ludzi zaczyna mówić jej o wieku, chorobach, pie...
05/08/2026

Kiedy kobieta po sześćdziesiątce mówi, że chce ruszyć w świat, większość ludzi zaczyna mówić jej o wieku, chorobach, pieniądzach, samotności i wszystkim, co może się wydarzyć. Niewielu pyta, co wydarzy się z nią, kiedy zostanie.

„Powiedz, co zamierzasz wreszcie robić
z twoim jedynym zwariowanym i cennym życiem?”
To słowa Mary Oliver z wiersza „Letni dzień” w przekładzie Czesława Miłosza. W filmie „NYAD” pojawia się wersja, która jest mi bliższa „Powiedz, co zamierzasz zrobić ze swoim jedynym dzikim i drogim życiem?”.

Wczoraj obejrzałam „NYAD”, film oparty na historii Diany Nyad, która w wieku 64 lat przepłynęła z Kuby na Florydę. Niemal 180 kilometrów otwartego oceanu, ponad pięćdziesiąt godzin w wodzie. Po raz pierwszy podjęła tę próbę jako młoda kobieta. Nie udało się. Wróciła do tego marzenia po ponad trzydziestu latach. Cztery razy musiała zrezygnować z powodu pogody, prądów, wyczerpania i meduz. Za piątym razem dopłynęła.

Ten film nie jest wybitnym dziełem filmowym, a jednak poruszył mnie mocniej niż wiele znacznie lepszych produkcji, ponieważ opowiada o kobiecie, która nie uznała swojego wieku za powód, by zrezygnować z tego, co wciąż ją wołało. Wiedziała, że może nie dopłynąć, że może zginąć.

Mam 67 lat i chcę wyruszyć w drogę. Rozważam sprzedaż mieszkania, zakup kampera i życie, w którym będę mogła przemieszczać się, pisać, poznawać nowe miejsca, budzić się pod innym niebem i sprawdzać, dokąd zaprowadzi mnie własny kompas. Chcę pojechać przez Francję do Santiago de Compostela, jak najdłużej trzymając się wybrzeża. Chcę nocować nad oceanem, pić rano kawę przy otwartych drzwiach kampera, chodzić po ciepłym piasku i patrzeć na wodę, która nie ma końca.

Mam przy tym ogromną liczbę lęków, wątpliwości i obiekcji. Boję się o zdrowie, pieniądze, samotność, awarię samochodu, obce kraje i własne siły. Ludzie dokładają do tej listy kolejne powody. Przypominają mi, ile mam lat, jak zachowuje się ciało po sześćdziesiątce, co może stać się w drodze i jak rozsądnie byłoby pozostać w bezpiecznym miejscu.

Wszystko to może się wydarzyć. Mogę zachorować, przestraszyć się, stracić pieniądze, zawrócić, rozczarować się albo odkryć, że życie w kamperze jest trudniejsze, niż sobie wyobrażałam. Mogą na mnie napaść, okraść, zamordować.

Mogę również zostać w domu i przez kolejne lata coraz bardziej oddalać się od siebie.

Cenę pozostania znam bardzo dobrze. Jest nią smutek, depresja, ciągły brak siły, poczucie utknięcia i świadomość, że własne życie przesuwa się obok mnie. Wiem, że mogłabym siedzieć na kanapie, brać kolejne leki, próbować uciszyć tęsknotę i przekonywać siebie, że rozsądek jest ważniejszy od pragnienia, które wraca każdego dnia. Wiem również, że takie życie byłoby dla mnie powolnym gaśnięciem.

Owszem, mogę zginąć w drodze, ale mogę też przestać żyć, pozostając bezpiecznie w domu.

Pytanie Mary Oliver nie daje mi spokoju. "Co zamierzam zrobić ze swoim jedynym dzikim i drogim życiem?'" Zamierzam potraktować je poważnie. Zamierzam nastawić kompas i wyruszyć w drogę.

A Wy co powiedzielibyście kobiecie, która w wieku 67 lat chce sprzedać mieszkanie, kupić kampera i ruszyć przed siebie: „uważaj na siebie” czy jedź?

Ile razy troska o czyjeś bezpieczeństwo staje się odbieraniem mu odwagi?

☕ Jeżeli cenisz moje pisanie i chcesz symbolicznie je wesprzeć, możesz postawić mi kawę. Każda taka kawa jest dla mnie małym znakiem: pisz dalej.
☕ Link zostawiam w komentarzu.

Tekst: Alicja Chlasta

Jak silne musiałoby być marzenie, żebyś zdecydowała się/zdecydował przekroczyć ten most?Dzisiaj będzie o strefie komfort...
02/08/2026

Jak silne musiałoby być marzenie, żebyś zdecydowała się/zdecydował przekroczyć ten most?

Dzisiaj będzie o strefie komfortu, o której pisałam trochę w poprzednim wpisie, opowiadając o swoim marzeniu związanym z kupnem kampera, możliwą sprzedażą mieszkania i samotnym wyruszeniem w drogę w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat.
Jedna z osób napisała pod tamtym postem: „Czy w strefie komfortu nie może być przyjemnie i miło? Przecież ona daje tyle możliwości i radości z życia”.

Oczywiście, że może. Właśnie na tym polega jej istota.
Strefa komfortu obejmuje wszystko, co znamy: naszą codzienność, nawyki, miejsca, ludzi, sposób życia, drobne przyjemności oraz mniejsze i większe radości. Tworzą ją sytuacje, w których potrafimy się poruszać, ponieważ znamy ich zasady, wiemy, czego możemy się spodziewać, i mniej więcej przewidujemy, co się wydarzy. To świat oswojony, swojski i własny, zbudowany na naszym doświadczeniu, wychowaniu, wiedzy, dotychczasowych wyborach oraz sposobach radzenia sobie z życiem. Znajdujemy w nim bezpieczeństwo, odpoczynek i poczucie stabilności. Ryzyko pozostaje niewielkie, ponieważ poruszamy się po znanym terenie.
Strefa komfortu może być dobrym miejscem. Może dawać spokój, spełnienie i głęboką radość życia. Człowiek potrzebuje przestrzeni, w której może odetchnąć, odzyskać siły i poczuć oparcie. Trudność pojawia się wtedy, gdy znajomy świat staje się całym dostępnym światem, a bezpieczeństwo zaczyna wyznaczać granice temu, czego sobie pragniemy, na co sobie pozwalamy i za czym tęsknimy.

Poza strefą komfortu znajduje się cała reszta.
Wszystko, czego jeszcze nie spróbowaliśmy, czego nie umiemy, czego nie rozumiemy, czego pragniemy i czego czasem się boimy. Znajdują się tam doświadczenia, których nie potrafimy jeszcze przewidzieć, miejsca, których nie znamy, ludzie, których jeszcze nie spotkaliśmy, oraz części nas samych, które mogą ujawnić się dopiero w nowych okolicznościach.

Każdy człowiek ma własną strefę komfortu, zbudowaną z osobistych doświadczeń, przekonań, lęków, odwagi i dotychczasowych wyborów. Dla jednej osoby podróżowanie po świecie jest zwyczajną częścią życia, a rozmowa o własnych uczuciach staje się wielkim wyzwaniem. Dla kogoś innego mówienie o sobie przychodzi naturalnie, a samotny wyjazd, zmiana pracy, wystąpienie przed ludźmi albo podjęcie ważnej decyzji wymagają ogromnej odwagi. Granica strefy komfortu przebiega w każdym z nas w innym miejscu, dlatego poznawanie jej wymaga uważności skierowanej na siebie, własne reakcje i własne pragnienia.

Zróbcie proste ćwiczenie. Wypiszcie wszystko, co należy do waszej strefy komfortu: ludzi, miejsca, sytuacje, czynności, role, wybory i sposoby życia, które dobrze znacie. Zobaczcie, co daje wam spokój, co jest przewidywalne, w czym czujecie się pewnie i swobodnie. Potem spójrzcie na tę listę i zadajcie sobie pytanie: gdzie znajdują się moje marzenia?

Czy mieszczą się w życiu, które prowadzę dzisiaj, czy znajdują się poza jego obecnymi granicami?

Jestem przekonana, że wiele naszych najważniejszych marzeń znajduje się poza strefą komfortu. Czasem leżą kilka kroków dalej, a czasem tak daleko, że przez lata oglądamy je wyłącznie w wyobraźni. Marzenie prowadzi nas ku doświadczeniu, którego jeszcze nie znamy, dlatego razem z pragnieniem pojawiają się niepewność, napięcie i lęk. Gdy coś staje się w pełni oswojoną częścią codzienności, przestaje być odległym marzeniem i staje się naszym życiem.

Warto więc zapytać siebie: ile jestem gotowa albo gotowy zrobić, aby sięgnąć po to, o czym marzę od wielu lat? Jak daleko jestem gotowa wyjść poza znany świat? Jakiego pierwszego kroku wymaga ode mnie moje marzenie?

Moje marzenia również znajdują się poza tym, co dzisiaj znam i co daje mi poczucie bezpieczeństwa. Kupno kampera, ewentualna sprzedaż mieszkania i samotne wyruszenie w drogę w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat oznaczają dla mnie zmianę całego sposobu życia. Ta decyzja dotyka mojego przywiązania do miejsca, codziennych rytuałów, finansów, poczucia stabilności i obrazu samej siebie. Widzę przed sobą wolność, przestrzeń, podróż, nowe miejsca, spotkania i możliwość życia bliżej tego, czego obecnie potrzebuję. Czuję ekscytację i czuję lęk, ponieważ zbliżam się do granicy własnego, dobrze znanego świata.

Lęk pojawiający się przy nowym doświadczeniu nie zawsze oznacza zagrożenie. Często informuje, że wchodzimy na teren, którego jeszcze nie znamy, nad którym nie mamy pełnej kontroli i dla którego nie stworzyliśmy dotąd własnych sposobów działania. Umysł wypełnia wtedy puste miejsca wyobrażeniami, a wyobrażenia potrafią stać się bardziej przerażające niż samo doświadczenie.

Strefa komfortu zmienia się razem z nami. Każde nowe doświadczenie, które poznajemy, oswajamy i włączamy do swojego życia, poszerza jej granice. Pierwsza samotna podróż może budzić ogromne napięcie, kolejna przynosi więcej spokoju, a po pewnym czasie podróżowanie staje się naturalną częścią codzienności. Pierwsze wystąpienie przed ludźmi może odebrać głos, kolejne uczy obecności, oddychania i zaufania do siebie. Pierwsza odważna decyzja tworzy doświadczenie, do którego możemy sięgnąć przy następnej.

W ten sposób mała, znajoma przestrzeń może stopniowo pomieścić coraz więcej świata, możliwości, umiejętności, relacji i spełnionych marzeń. To, co dzisiaj znajduje się poza strefą komfortu, jutro może stać się jej częścią. Wtedy możemy sięgnąć po kolejne doświadczenie i ponownie przesunąć granicę własnego życia.

Wychodzenie poza strefę komfortu nie zawsze wymaga wielkiego skoku. Czasem wystarczy jeden mały krok: rozmowa, którą długo odkładamy, samodzielne pójście w nowe miejsce, zapisanie się na zajęcia, powiedzenie własnego zdania, poproszenie o pomoc, wykonanie trudnego telefonu albo zrobienie czegoś w odmienny sposób niż zwykle.

Zachęcam was, abyście badali swoją strefę komfortu i każdego dnia robili coś, przy czym pojawia się choćby odrobina niepewności. Zróbcie to z ciekawością, aby sprawdzić, jak jest naprawdę. Zobaczcie, czy dane doświadczenie rzeczywiście jest trudne i nieprzyjemne, czy taki obraz stworzył lęk przed nieznanym. Bezpośrednie doświadczenie daje wiedzę, której nie daje samo myślenie. Pokazuje, ile potrafimy, czego potrzebujemy i gdzie naprawdę przebiegają nasze granice.

Strefa komfortu może pozostać miejscem odpoczynku, bezpieczeństwa i radości, a jednocześnie rozszerzać się wraz z nami. Możemy wracać do tego, co znane, i wychodzić ku temu, co nowe. Możemy czerpać siłę z własnych korzeni i pozwalać sobie na kolejne doświadczenia.

Być może właśnie tam, tuż poza granicą tego, co oswojone, czeka życie, o którym marzycie od lat. Być może prowadzi do niego jeden mały krok wykonany dzisiaj.

☕ Jeżeli cenisz moje pisanie i chcesz symbolicznie je wesprzeć, możesz postawić mi kawę. Każda taka kawa jest dla mnie małym znakiem: pisz dalej.
☕ Link zostawiam w komentarzu.

Tekst: Alicja Chlasta
Zdjęcie: Pexels

Wyjść daleko poza strefę komfortuBardzo daleko.W wieku 67 lat człowiek ma sporą skłonność do uszczelniania granic wokół ...
26/07/2026

Wyjść daleko poza strefę komfortu
Bardzo daleko.

W wieku 67 lat człowiek ma sporą skłonność do uszczelniania granic wokół tego, co budował przez całe życie. Zna swoje potrzeby, swoje lęki i możliwości organizmu, ma ulubiony kubek, kocyk, własne łóżko, sprawdzone miejsca, ludzi i sposoby radzenia sobie z codziennością. Duża część z nas tak ma. Czas emerytury przedstawia się przecież jako spoczęcie na laurach i spokojne zbieranie plonów, chociaż czasem trudno ustalić, jakie właściwie miałyby to być plony i dlaczego należałoby już tylko na nich poprzestać.

Podróżowanie z biurami podróży, wieczne wypoczywanie w zamkniętych ośrodkach turystycznych, bawienie wnuków czy nadmierna pomoc dorosłym dzieciom, udzielana z ich wolą albo bez niej, zwykle mieści się w granicach dobrze znanego życia. Człowiek jest zajęty, przemieszcza się, bywa potrzebny, wraca z opalenizną i zdjęciami, lecz nadal pozostaje w tej samej strefie klimatycznego dobrostanu. Wszystko jest w miarę przewidywalne, ryzyko ograniczone, a po powrocie czeka własne łóżko i dotychczasowy porządek. Dalekie wyjście poza strefę komfortu zaczyna się tam, gdzie przestajemy mieć pewność, że wrócimy do siebie takimi samymi ludźmi.

Od kilku miesięcy obserwuję Krzysztofa Baranowskiego i jego trzeci samotny rejs dookoła świata. Po morzach i oceanach. W wieku 88 lat. Z takiej podróży można już nie wrócić. W taką podróż podobno w tym wieku się już nie wyrusza, ponieważ należy siedzieć w domu, pilnować leków, oglądać wiadomości, jechać do sanatorium albo, jeśli ma się pieniądze, odpoczywać w Hiszpanii w hotelu all inclusive. On jednak wyruszył, świadomy swojego wieku, kondycji, samotności i tego, czym jest ocean. Z całą pewnością wyszedł daleko poza swoją strefę komfortu, chociaż podejrzewam, że dla człowieka, który większość życia spędził na morzu, trudniejsze mogłoby być pozostanie w domu i czekanie.

Siedzę więc trochę w tych swoich latach i coraz wyraźniej czuję, że nie wyobrażam sobie, abym mogła przesiedzieć w nich kolejny rok. W tym, co już oswojone, znane i daje się pogłaskać oraz pomiziać za uchem. Z życiem, które niczym nie zaskakuje, ponieważ każdy jego fragment został wcześniej rozpoznany i zabezpieczony. Z życiem, w którym już wszystko wiadomo, które już nie jest w stanie zaskoczyć. Takie życie może być przyjemne, ciepłe i wygodne, ale po pewnym czasie staje się ciepłym gównem, które śmierdzi nudą, powolnym więdnięciem i wyszukiwaniem na siłę celu oraz poczucia potrzebności. Człowiek urządza się w nim coraz lepiej, dostawia kolejne podpórki i nazywa spokojem coś, co od dawna jest zastojem.

Wyjście daleko poza strefę komfortu dla każdego oznacza coś innego. Każdy ma własną granicę lęku, przywiązania i bezpieczeństwa. Dla kogoś będzie to odejście z pracy, zakończenie związku, pokazanie światu własnej twórczości albo rozpoczęcie życia bez stałego adresu. Ciekawa jestem, czym dla Was jest to naprawdę daleko. Co musielibyście zrobić, żeby poczuć, że przekroczyliście granicę, za którą kończy się znane życie, a dalszego ciągu nie da się wcześniej ułożyć i zabezpieczyć?

U mnie ta dal odsłania się coraz wyraźniej. Widzę już, czego chcę, i widzę lęki, które natychmiast się przy tym uruchamiają. Pisałam o tym kilkakroć. Chcę kupić kampera i wyruszyć w świat. Przed siebie, bez dokładnego planu i specjalnych zabezpieczeń. Im mniej, tym lepiej, ponieważ każde kolejne zabezpieczenie szybko zamienia się w sznur przywiązujący człowieka do miejsca. Nawet duży kamper zaczyna mi się kojarzyć z balastem. Widzę raczej coś mniejszego i bardziej mobilnego, czym wjadę do miasta, zmieszczę się na zwykłym parkingu, zatrzymam przy bocznej drodze i przejadę tam, gdzie wielki dom na kołach nie miałby szans się dostać.

Coraz częściej myślę o Volkswagenie Californii, chociaż rozważam również inne podobne samochody. Wystarczy mi niewielka przestrzeń do spania, podstawowe wyposażenie i zewnętrzny prysznic. Brak możliwości wygodnego nocowania podczas mroźnej zimy specjalnie mnie nie martwi, ponieważ nie mam ochoty przebywać tam, gdzie jest akurat zima. Chcę samochodu, który da mi wolność i pozwoli ruszyć, zamiast stać się kolejną rzeczą wymagającą pieniędzy, opieki i podporządkowania jej życia.

Nie planuję, ile czasu miałaby trwać ta podróż ani dokąd dokładnie pojadę. Chcę ruszyć tam, gdzie zimą jest ciepło, i wybierać dalszą drogę wtedy, gdy już będę w podróży. Bez spiny. Być może będzie to droga, z której nigdy nie wrócę. Mogę umrzeć gdzieś po drodze, ponieważ w moim wieku śmierć jest całkiem realną możliwością, której nie zamierzam omijać w rozważaniach. Mogę też po prostu nie wrócić do życia, które znam teraz. Do jego układu, przestrzeni, przyzwyczajeń, codziennych zajęć i wszystkich powodów, dla których dotąd zostawałam na miejscu.

Chcę wyjechać tak daleko poza swoją strefę komfortu, żeby podczas tej podróży pękła bańka, która zamyka mnie w przyzwyczajeniach, stereotypach i przekonaniu, że dobrze wiem, kim jestem oraz na co mnie stać. Ta wiedza powstawała przez kilkadziesiąt lat i wiele razy pomagała mi podejmować rozsądne decyzje, lecz teraz coraz częściej ogranicza to, co w ogóle biorę pod uwagę. Chcę zobaczyć, jak sobie poradzę w życiu, którego wcześniej nie przećwiczyłam, bez ludzi i miejsc potwierdzających codziennie moją dotychczasową wersję siebie.

Pomimo wielu lat indywidualnej terapii, praktyk buddyjskich, własnego rozwoju mam świadomość, że nadal tkwię w mojej bańce. Po uszy w niej tkwię.

Mam przeczucie, że kolejnej zimy nie dam już rady spędzić wewnątrz tej bańki. Coraz mocniej czuję pośpiech, ponieważ mam coraz mniej czasu i w tej sprawie pośpiech jest trochę wskazany. Mogę jeszcze przez kilka lat dopracowywać warunki, zbierać pieniądze, analizować ryzyko i czekać na odpowiedni moment, po czym któregoś dnia obudzić się z ciałem, które już na tę podróż nie pozwoli. Mogę też ruszyć z tym, co mam, i przyjąć, że idealnego momentu prawdopodobnie nigdy nie będzie.

Z perspektywy czasu, który mi pozostał, mam do wyboru tkwić w tym, w czym jestem, albo wyruszyć w swoją osobistą podróż dookoła świata. Gdy myślę o tej drugiej możliwości, widzę siebie jako szczęśliwą siedemdziesięciolatkę, która przestała bać się życia i zaczęła czerpać pełnymi garściami z dni, które ma. Widzę kobietę, która budzi się rano i sprawdza, gdzie jest, zamiast sprawdzać, co kolejny raz powinna zrobić. Nie wiem, czy będę wtedy zdrowa, silna i zachwycona każdym dniem. Wiem, że będę miała poczucie, że naprawdę spróbowałam.

Z takiej podróży raczej już się nie wraca do dawnej siebie. Można wrócić pod ten sam adres, przespać się we własnym łóżku i wypić kawę z ulubionego kubka, lecz człowiek, który zobaczył, że potrafi żyć inaczej, nie wejdzie spokojnie z powrotem do starej bańki, nie uszczelni jej i nie będzie udawał, że jest to najlepsze możliwe miejsce. Właśnie tego chcę, chociaż właśnie to budzi we mnie największy lęk.

Na pierwszy etap swojej podróży wybrałabym Camino de Santiago de Compostela. Od dawna pragnę odbyć tę ponadreligijną pielgrzymkę. To nic, że samochodem. Moje Camino może wyglądać po mojemu, ponieważ jego sens nie zależy wyłącznie od liczby kilometrów przebytych pieszo. Ważniejsze będzie dla mnie opuszczenie domu, ruszenie bez pewności, co wydarzy się dalej, i sprawdzenie, kim stanę się po drodze.

Później zrobię kolejny krok. Jeszcze nie wiem, w którą stronę.

Będę teraz częściej pisała o tym, na jakim etapie jestem, ponieważ to marzenie powoli przechodzi w konkretne działania. Obecnie szukam sposobu na zakup Volkswagena Californii albo innego niewielkiego kampera, robię rozeznanie w możliwościach sponsoringu i sprawdzam, czego naprawdę potrzebuję, żeby ruszyć. Prowadzę też zbiórki na Postaw Kawę i Zrzutce. Linki do obu zamieszczam w komentarzu.

No cóż, zima już niedługo. Moje 68 urodziny są 3 stycznia. Nastawiam kompas. W końcu moje buddyjskie imię to Doskonała Droga i to ona wzywa mnie teraz najpełniej.

Tekst: Alicja Chlasta
Zdjęcie: AI :)

Adres

Srodmiescie

Godziny Otwarcia

Wtorek 11:00 - 15:00
Środa 11:00 - 15:00
Czwartek 11:00 - 15:00
Piątek 11:00 - 15:00

Telefon

+48608028124

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Alicja Chlasta, Alcha umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Praktyka

Wyślij wiadomość do Alicja Chlasta, Alcha:

Skróty

Udostępnij