Alicja Chlasta, Alcha

  • Home
  • Alicja Chlasta, Alcha

Alicja Chlasta, Alcha Zwolnij... Wspieram w rozwoju od 2004 roku. Nazywam się Alicja Chlasta
JESTEM DYPLOMOWANĄ COACHKĄ, MENTORKĄ ORAZ TRENERKĄ ROZWOJU OSOBISTEGO.

Ukończyłam prestiżowe Podyplomowe Studia Coachingu i Mentoringu organizowane przez Laboratorium Psychoedukacji oraz SWPS Uniwersytet Humanistycznospołeczny. Ponad 20 lat temu założyłam Ośrodek Rozwoju Osobistego Alcha. Przez te wszystkie lata zorganizowałam setki warsztatów rozwojowo-psychologicznych: dla ciała, umysłu i ducha. Współpracowało ze mną wiele osób. Część z nich przez krótką chwilę; cz

ęść związało się z ośrodkiem Alcha na wiele lat, jak zrobiła to Roshi Małgorzata Braunek, moja Nauczycielka i Mentorka, dr Preeti Agrawal czy znana psycholożka Katarzyna Miller, która współpracowała ze mną przez kilkanaście lat. Kilka lat pracowałam jako wolontariuszka w Telefonie Zaufania, gdzie uczestniczyłam w wielu szkoleniach dotyczących problemów społeczno-psychologicznych. W tym czasie ukończyłam również kurs „Kontakt w sytuacji pomagania” w renomowanym Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Przeszłam szkolenie „Żyć świadomie-Umierać po ludzku”, prowadzone przez Annę Dodziuk i Wojciecha Eichelbergera. Jestem nauczycielką medytacji. Byłam wieloletnią uczennicą Roshi Małgorzaty Braunek. Ukończyłam kurs mistrzowski – Siła obecności – z Ekhart’em Tolle. Jestem certyfikowaną przewodniczką Shinrin-Yoku. Kocham las, naturę i piesze wędrówki. Pasjonuję się psychologią, duchowością, rozwojem osobistym, głęboką ekologią oraz ochroną ziemi. Sporo czytam, fotografuję. Jestem laureatką kilku konkursów fotograficznych. Zawsze przy moim boku jest pies. Obecnie w drodze towarzyszy mi Zula.

Po moim wpisie w Dniu Matki, sporo osób napisało, że prosi o taki z okazji Dnia Ojca.I cóż o tym ojcu?Trudno coś pisać, ...
23/06/2026

Po moim wpisie w Dniu Matki, sporo osób napisało, że prosi o taki z okazji Dnia Ojca.

I cóż o tym ojcu?

Trudno coś pisać, bo mój był takim Piotrusiem Panem. Taki typ dziecka z dużymi elementami awanturniczymi. W sensie poszukiwacz przygód i człowiek całkowicie niedojrzały. Mocno nas emocjonalnie przeczołgał. Ale do zabawy był najlepszy. Zabierał nas pod namiot i nie trzeba było go nigdy prosić o kolejną przygodę.

Z ojcami jest w ogóle jakoś dziwnie. Przez całe lata wystarczyło, że ojciec był, zarabiał i od czasu do czasu robił coś spektakularnego. Jak zabrał dzieci na wycieczkę, naprawił samochód albo załatwił sprawę, której nikt inny nie umiał załatwić, to już miał wokół siebie aurę bohatera. Codzienność zostawała matce. Ojcu łatwiej było dostać zachwyt, bo on często pojawiał się wtedy, gdy coś się działo. Matka była od tego, żeby właśnie nie działo się nic, nic złego. Taka szara eminencja, ponosząca cały trud.

Pamiętam, jak naszą osobówką, niebywale wygodną Warszawą, przejechał podczas powodzi jako ostatni drogę totalnie już zalaną. To znaczy przejechaliśmy, bo z tyłu miał czwórkę swoich dzieci, obok żonę i pieska, który siedział i obserwował wszystko z oparcia przedniego siedzenia. Woda sięgała nam do połowy łydek, a rwący nurt rzeki porywał samochód i wszystko co napotykał w swój żywioł. Nikt już po nas nie dał rady tego powtórzyć. Naszego przerażenia nie zapomnę już nigdy.

Kiedyś też zatrzymał się na środku drogi i z korbą do uruchamiania samochodu, (takie coś kiedyś istniało), poszedł rozdzielać sześciu rosłych chłopów, którzy katowali siódmego. Sam też ułomkiem nie był, bo miał ponad 180 cm i ze 100 kg. Nie zajmował się takimi szczegółami jak te, że ma w samochodzie żonę i małe dzieci i być może właśnie naraża je na niebezpieczeństwo.

Niczego się nie bał i wszystko potrafił załatwić. Miał gest i olbrzymie poczucie humoru. Gdy opowiadał kawały, to ludzie przez długi czas nie mogli opanować śmiechu. Uwielbiał dobre jedzenie i to, ile potrafił zjeść, stawało się legendą. W pracy zakładali się o to, że zje jajecznicę z 20 jaj i zapije to pół litrem śmietany. Ci, którzy te zakłady robili, wygrywali pół litra wódki, a on miał świetny posiłek. Kiedyś założył się, że przejdzie pieszo z Suwałk do Augustowa. To jest 32 km. Wszyscy z jego pracy samochodami towarzyszyli mu w tej drodze. Przeszedł, a za wygrane pieniądze kupił mojej siostrze Grażynie piękne białe kozaczki, o jakich marzyła każda nastolatka w obrębie 500 km.

W tamtych czasach przemoc w szkołach była normą. Przemoc ze strony nauczycieli. W mojej podstawówce szczególnie wyróżniały się dwie nauczycielki, Czarnecka matematyczka i Oberek. Nie pamiętam, czego uczyła ta druga, ale biła dzieci i upodlała bez umiaru. Mnie i mojego rodzeństwa żadna z nich nigdy nie odważyła się dotknąć, gdyż mój ojciec podczas wywiadówki powiedział do nich, że jak ośmielą się podnieść rękę na któreś z jego dzieci, to będą miały z nim do czynienia. Żadna nie zaryzykowała. Nawet wtedy, gdy mój brat Sławek otwierał drzwi do klasy, w której akurat miałam matematykę i mówił: cześć Ala. Po czym zamykał je ze spokojem.

Piotruś Pan wygrywał w moim ojcu zawsze wtedy, gdy w grę wchodziły pieniądze. Nigdy nie potrafił ich przeliczać czy odkładać na czasy trudniejsze. Wydawał je natychmiast co do grosza, a wraz z mamą zarabiali całkiem nieźle. Skutek był taki, że często tych pieniędzy po prostu nie było. Pamiętam, jak za pierwsze swoje pobory kupił dla nas wielki kosz czekolad, wędzonego łososia, prawdziwy kawior i masę innych przysmaków. Wszystko wtedy było strasznie drogie i trudne do dostania. Resztę, która mu została, wydał na elektryczne szczoteczki do zębów dla całej rodziny. Przez kolejny miesiąc mama mocno się uwijała, żebyśmy nie chodzili głodni. Tę lekkość do pieniędzy mam z pewnością po nim. Przez 60 lat nie jestem w stanie ogarnąć tematu.

On też zadecydował, że całą rodzinę przeniesie z jednego końca Polski na drugi. Byle dalej od rodziny. Zostawiliśmy wszystkich bliskich, którzy byli naszym światem, i zamieszkaliśmy na końcu świata, zupełnie sami. Miałam wówczas 2-3 lata i do tej pory nie potrafię odnaleźć swojego miejsca, które pozwoliłoby mi się ukorzenić. To też jest ojcostwo, o którym rzadziej się mówi. Decyzja podjęta z rozmachem przez jednego człowieka, a potem całe życie innych ludzi, którzy próbują się w tej decyzji jakoś urządzić.

Wszyscy zazdrościli mi takiego ojca. Wszyscy. Był dowcipny, hojny i podobno nowoczesny. Pozwalał nam na dużo. Ja widziałam drugą stronę, bo nie wiem, czy pamiętacie, wszystko ma dwie strony.

Widziałam człowieka, który lubił wypić. Pamiętam jego ciche dni, podczas których chodziliśmy przestraszeni, gdyż nie wiedzieliśmy, dlaczego się do nas nie odzywa. Teraz już wiem, że nazywa się to cichymi dniami i jest zaliczane do przemocy emocjonalnej. Pamiętam, jak bił pasem moich braci, a „prokurator”, czyli właśnie ten pas, leżał zawsze pod ręką na wypadek, gdyby trzeba było przywołać nas do porządku.

Pamiętam, że w domu nie robił kompletnie nic. Nic. To jest teraz chyba niewyobrażalne. Czasami, gdy mu się coś poprzestawiało, szedł po swoich imieninach i pomagał w zmywaniu. Za każdym razem słyszałam, jak mówi do mamy, jakiego ma dobrego męża. Inni się awanturują, biją, a on pomaga.

Myślę, że każdy z Was ma lub zna wiele takich historii. Ojców, których wszyscy lubili poza domem, bo byli zabawni i mieli gest. Ojców, którzy w towarzystwie błyszczeli, a w domu potrafili milczeniem ustawić cały dzień. Ojców, którzy umieli obronić dziecko przed obcym człowiekiem, ale nie zawsze umieli zobaczyć, co sami robią swoim dzieciom. I to jest właśnie ten kłopot z pamięcią. Ona nie chce się ładnie ułożyć po jednej stronie.

Do tego wszystkiego zadziwiającym był fakt, że to on podejmował najważniejsze decyzje. Te o samochodzie albo o tym, gdzie będzie mieszkała cała rodzina. Mamie zostawiał decyzje dotyczące dzieci. No, ale tak właśnie działa patriarchat. Tak właśnie ustawili się mężczyźni. Scedowali na kobiety wszystkie obowiązki, sobie zostawiając przyjemności i władzę.

Cóż chciałabym życzyć ojcom w dniu ich święta?

Żebyście chodzili na terapię. I żebyście zobaczyli, w jakim uwikłaniu jesteście. Bo to, że teraz zaczynacie być inni, więcej angażować się w domu i mówić o partnerstwie, nie jest wyłącznie waszą zasługą. To jest zasługa kobiet, które zaczęły bardziej walczyć o siebie. To one powiedziały stop. To one powiedziały: chcesz zjeść, to sobie ugotuj. Chcesz mieć czyste gacie, to je sobie upierz.

No to tyle w tym temacie. W temacie Dnia Ojca.
Z chęcią przeczytam wasze odczucia, w tej sprawie.

Na zdjęciach moja mama i tata, na początku swojej drogi bycia małżeństwem, rodzicem.

☕ Jeżeli lubisz moje pisanie i chcesz symbolicznie wesprzeć mnie w tym, możesz postawić mi kawę. Będzie mi bardzo miło, bo każda taka kawa jest dla mnie nie tylko kawą, ale też małym znakiem: pisz dalej.
☕ Link zostawiam w komentarzu.

Nasza miłość do przyrody kończy się tam, gdzie zaczyna się nasza wygoda.To jest dla mnie punkt wyjścia po komentarzu pod...
22/06/2026

Nasza miłość do przyrody kończy się tam, gdzie zaczyna się nasza wygoda.

To jest dla mnie punkt wyjścia po komentarzu pod moim postem o ścieżce rowerowej, która ma powstać w malutkiej wioseczce Wigry, położonej w Wigierskim Parku Narodowym. Ktoś napisał: „Kocham las i przyrodę, zbieram psy i koty, ale niestety ta droga wymaga poszerzenia i ścieżki pieszym i rowerom, absolutnie jestem na tak, klasztor i WPN nie jest zaściankiem, dobra infrastruktura być musi”.

Właśnie rozpoczęła się pod tą inwestycję wycinka drzew, w okresie lęgowym ptaków. I ktoś kto kocha zwierzęta i przyrodę pisze takie słowa: Kocham przyrodę, ale dobra infrastruktura być musi”.

I ja, wielka miłośniczka i samozwańcza obrończyni przyrody wreszcie załapałam tę oczywistość. Nasza miłość do przyrody kończy się tam, gdzie zaczyna się nasza wygoda. Tak było, jest i będzie. Przyroda nie ma szans z tym aksjomatem. Możemy mówić, że kochamy las, drzewa, zwierzęta, a potem przychodzi moment, w którym pojawia się coś, dzięki czemu nasze życie stanie się przyjemniejsze i łatwiejsze. Taka na przykład kawa wypita na szczycie góry, ścieżka rowerowa, droga, która skróci czas dojazdu o kilka godzin, punkt widokowy, parking w środku lasu, pensjonat w szczególnie pięknym przyrodniczo miejscu, możliwość zrzucenia ptasich gniazd, gdyż za chwilę te ptaki będą srały nam na głowę, szlak turystyczny, który umożliwi nam dojście do miejsc szczególnie atrakcyjnych przyrodniczo.

Tak właśnie to działa. Najpierw ktoś jedzie gdzieś pięć godzin wąską drogą i narzeka, że jest daleko, ciasno i niewygodnie. Potem wycina się drzewa, niszczy miejsca, w których od lat żyły ptaki i zwierzęta. Przez chwilę widać pnie, świeżą ziemię i ten brutalny ślad przejścia człowieka przez przyrodę. Mijają dwa albo trzy lata i człowiek jedzie już cudowną dwupasmówką dwie i pół godziny. Jest szybciej. Jest wygodniej. Na miejsce dojeżdża mniej zmęczonym. I wtedy pojawia się zachwyt: jaka świetna droga. Jaka cudowna, k***a ta droga jest.

I już nie myślimy, że tam był las, drzewa, całe życie innych istot, tych które teraz wchodzą do miast, budząc przerażenie lub zachwyt. Wszystko jedno, tych zwierząt nie powinno w tych miastach być. Powinny być w miejscach, które im odebraliśmy pod super wygodną i szybką drogę.

Wygoda jest jedną z najsilniejszych sił tego świata. Potrafi nazwać ingerencję rozwojem. Sprawić, że człowiek naprawdę wierzy, że kocha przyrodę, a jednocześnie zgadza się na kolejne jej niszczenie pod własne potrzeby.

Obok wygody często pojawia się infrastruktura, słowo, które brzmi poważnie. Brzmi nowocześnie. Brzmi tak, że po jego wypowiedzeniu dalsza rozmowa jest już zbędna. Dobra infrastruktura być musi. Park narodowy nie jest zaściankiem. Klasztor nie jest zaściankiem. Region ma się rozwijać. Ludzie mają się wygodnie przemieszczać. Turyści mają mieć dostęp. Wszystko brzmi bardzo rozsądnie, dopóki nie stanie się w miejscu, w którym idą pod piłę drzewa i ptaki je zamieszkujące tracą właśnie domy, patrząc jak giną ich dzieci.

Infrastruktura zawsze, ale to zawsze będzie stała w opozycji do przyrody. Infrastruktura ma nam ułatwiać życie. Sprawić by było łatwo, przyjemnie i wygodnie. To ona doprowadzi przez cenne obiekty przyrody drogi dojazdowe. To ona w malutkiej wioseczce, w której sezon turystyczny trwa 2 miesiące, wybuduje ścieżki rowerowe niszcząc piękną wiejską drogę pośród drzew. To ona zniszczy zbocza pięknych gór, poprowadzi kolejki i wyciągi narciarskie. Infrastruktura. Gdy już sprawi, że gdzieś dojedziesz, postawi tam dla Ciebie pensjonaty, restauracje, toalety, punkty widokowe, sklepy z pamiątkami, kafeterie i co tam jeszcze trzeba by było Ci wygodnie i miło.

To od niej zaczyna się podporządkowanie miejsca człowiekowi. Zaczyna się myślenie, że każde piękne miejsce trzeba bardziej udostępnić, poprawić, ułatwić i przygotować pod nasze potrzeby. W końcu człowiek chce wszędzie dojechać. Chce wszędzie dojść. Chce wszędzie wejść. Chce na szczycie góry napić się kawy. Chce w środku lasu mieć wygodną trasę. Chce przy jeziorze mieć wszystko przygotowane tak, żeby nie musiał znieść zbyt wiele niewygody.

Infrastruktura. Dla ludzi młodych, dla bogatych, dla dzieci, dla naszych piesków i kotków, dla ludzi starszych, dla tych, którzy sami nie są w stanie dojść i dla tych, którym po prostu dojść się nie chce, gdyż są zbyt wygodni.

Ja wiem, że pewnych rzeczy nie da się odwrócić. Wiem, że nie zamieszkamy wszyscy w lesie. Wiem, że istnieją drogi i ludzie muszą się przemieszczać. Tylko na litość boską, nie wprowadzajmy infrastruktury w każdy najmniejszy zakątek świata. Nie wprowadzajmy jej tam, gdzie przyroda jeszcze oddycha własnym rytmem. Nie wprowadzajmy jej tam, gdzie ruch turystyczny trwa tak naprawdę przez krótki sezon i w skali dużej turystyki nie jest aż tak nasilony. Nie wprowadzajmy jej tam, gdzie miejsce funkcjonuje dobrze właśnie dlatego, że nie zostało jeszcze do końca urządzone pod człowieka.

W Suwałkach mamy bardzo prosty przykład tego samego myślenia. Plac Marii Konopnickiej został kiedyś przebudowany tak, jak wtedy rozumiano nowoczesność. Wycięto większość drzew i położono beton. Przez lata to miejsce latem było patelnią. Teraz po kilkunastu latach zrywa się beton i sadzi nowe drzewka, bo nagle okazało się, że w mieście potrzebny jest cień! że drzewa zatrzymują wilgoć w ziemi! że dają tlen! że zmniejszają kurz i alergie! że mają działanie antystresowe! że wspierają zdrowienie! Eureka!

Nota bene te drzewka są nasadzane właśnie teraz, na początku lata, a nie jesienią jak wskazuje logika i fachowcy. Latem będzie się je podlewało litrami wody, której mamy deficyt, by nam nie uschły. Ot taka logika władz Suwałk odpowiedzialnych za zieleń w mieście. Ale to tylko na marginesie i już wracam do głównego wątku.

Bardzo porusza mnie zdanie: „kocham las i przyrodę, ale dobra infrastruktura być musi”. Bo właśnie w tym „ale” najczęściej kończy się nasza miłość do przyrody. Kończy się tam, gdzie zaczyna się nasz komfort. Kończy się tam, gdzie trzeba wybrać pomiędzy przyrodą a wygodą.

Dzisiaj, gdy byłam z tym zdaniem przez większą część dnia, uświadomiłam sobie, że jeśli kocham przyrodę to z miłości do niej godzę się na to, że nie wypiję kawy w każdym miejscu. Godzę się na to, że nie wszędzie dojdę i nie wszystko zobaczę. Godzę się na to, że pewnych miejsc nigdy nie zobaczę. Godzę się na to, że przyjdzie mi znosić trudy i uciążliwości wąskiej, wiejskiej drogi, która nie będzie poszerzana ani infrastrukturyzowana, ale za to będą wzdłuż tej drogi piękne drzewa, śpiewające ptaki i jezioro obok, co w lecie jest bardzo miłym zestawem.

Miłość do przyrody czy wygoda? Mam coraz mniej złudzeń. Większość z nas wybierze wygodę. Nawet wtedy, gdy wcześniej będzie protestować. Nawet wtedy, gdy przez chwilę będzie jej szkoda drzew. Nawet wtedy, gdy powie, że kocha las. Bo kiedy ta droga już powstanie, kiedy ścieżka będzie równa, kiedy przejazd będzie szybszy, a smak kawy doskonały bardzo łatwo będzie powiedzieć: jak dobrze, że to zrobili.

A potem zostanie już tylko infrastruktura. I nasze piękne opowieści o miłości do przyrody, która kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się nasza wygoda.

I pytanie, z którym chcę Cię zostawić: z jakiej wygody jesteś w stanie zrezygnować z miłości do przyrody, a co jest jednak dla Ciebie ważniejsze od niej.

☕ Jeżeli lubisz moje pisanie i chcesz symbolicznie wesprzeć mnie w tym, możesz postawić mi kawę. Będzie mi bardzo miło, bo każda taka kawa jest dla mnie nie tylko kawą, ale też małym znakiem: pisz dalej.
☕ Link zostawiam w komentarzu.

Na zdjęciu infrastuktura czyli luksusowy 5-gwiazdkowy kompleks położony nad brzegiem zatoki w Risan w Czarnogórze. Zdjęcie znalezione w necie.

Każdego roku 21 czerwca udostępniam ten mój wpis sprzed wielu lat. Dzisiaj zaczyna się lato. To najdłuższy dzień w roku ...
21/06/2026

Każdego roku 21 czerwca udostępniam ten mój wpis sprzed wielu lat. Dzisiaj zaczyna się lato. To najdłuższy dzień w roku i dzień moich imienin. Dokładnie 26 lat temu, w tym dniu zrobiłam sobie prezent. Rzuciłam palenie.

Paliłam ostro od piętnastego roku życia. Dochodziłam do dwóch paczek dziennie. Papieros musiał być mocny. Przez wiele lat wierzyłam, że palę dlatego, że lubię, ponieważ ta opowieść pozwalała mi nie widzieć własnego uzależnienia.

Rzucałam palenie już kilka razy, ale tamtego roku, 20 czerwca wieczorem usiadłam w wielkim fotelu by zapalić ostatniego papierosa. Gdzieś tam nie wierzyłam, że rzucę to palenie. Gdzieś tam, część mnie bojkotowała cały ten pomysł i wówczas moja wielka niezniszczalna popielniczka, która przetrwała wiele przeprowadzek i upadków, spadła na ziemię i roztrzaskała się na tysiące kawałków. To był mocny znak!

W każdą rocznicę rzucenia palenia, dziękuję tamtej mnie za to, że wytrwała, że zrobiła to dla mnie, tej z przyszłości, że dała radę pomimo trzęsawki, rozwalenia emocjonalnego, tycia, rozchwiania, kilku załamań. Jestem niewyobrażalnie wdzięczna tamtej kobiecie, która powiedziała w pewnym momencie - stop! Która w pewnym momencie podjęła decyzję wybrania siebie.

Z dzisiejszej perspektywy wiem, że tamta decyzja uratowała mi życie. W moim paleniu było uzależnienie, które podszywało się pod przyjemność. Był w nim także głęboki brak szacunku do własnego istnienia. Każdy kolejny papieros niósł zgodę na powolne niszczenie siebie. Rzucenie palenia zaczęło się w chwili, w której uznałam, że moje życie ma wartość i zasługuje na ochronę.

Dzisiaj ta rocznica przychodzi do mnie w szczególnym momencie, ponieważ moje ciało i psychika pokazują mi coraz wyraźniej, jak bardzo moje obecne życie zostało zdominowane smutkiem i obowiązkiem. Znowu znalazłam się w starej roli kobiety ze ścierką, która ma zadbać o miejsce i dopilnować, żeby innym było dobrze. Moje piękne mieszkanie w Suwałkach pracuje dla mnie na Booking i ma ocenę 9,7, z której jestem dumna. Za tą oceną stoję jednak ja ze swoją nieustanną gotowością do pracy. Dbam o każdy szczegół, ponieważ chcę, żeby wszystko było piękne. Utrzymanie tego standardu coraz częściej kosztuje mnie więcej, niż mam siły dać. Mieszkanie wynajmuję, gdyż chcę kupić kampera. I myślę też o tym, że może je sprzedam, by mieć pieniądze na spełnienie marzenia. Jednak jest to decyzja ważka i trudna, gdyż stoi za nią poczucie bezpieczeństwa i pewnej przynależności, więc póki co próbuję trochę z tym pobyć na takich warunkach.

Miałam tego lata pisać i odpoczywać. To zdanie miało być obietnicą odzyskania siebie. Chciałam jeździć do Folwark i przy kawie pisać mądre i dobre teksty, pływać w Koleśnym, ale przede wszystkim całymi dniami siedzieć w lesie w Krzywem. Tymczasem moje lato po raz kolejny stało się pracą.

Przez trzy miesiące chodziłam do Azylu dla Starszych Psów rano i po południu. Dawałam swoją pracę zwierzętom, które potrzebowały troski, choć sama coraz bardziej potrzebuję odpoczynku. Teraz odzywają się plecy, a osłabione ciało domaga się zatrzymania. Jutro znowu jadę przygotować mieszkanie dla gości. Ocena 9,7 niesie presję, że zawsze muszę dać z siebie wszystko, również wtedy, gdy sama funkcjonuję na granicy sił.

Widzę, że ten sam schemat wraca w różnych miejscach mojego życia. Okoliczności się zmieniają, a ja znowu stoję ze ścierką w ręku zamiast pisać. Troszczę się o wygodę innych ludzi, podczas gdy sama mieszkam bez komfortu i odkładam swoje życie na później. Od lat marzę o zamieszkaniu blisko lasu. Coraz częściej to marzenie przyjmuje konkretny kształt kampera, który byłby moim małym domem i pozwoliłby mi ruszyć w drogę. Widzę w nim miejsce do pisania. Widzę siebie budzącą się rano przy lesie i pijącą kawę przed otwartymi drzwiami. Czuję, że miałabym wtedy przy sobie własną przestrzeń i mogłabym zatrzymywać się tam, gdzie naprawdę chcę być.

Chęć kupienia kampera wyrasta z potrzeby odzyskania wpływu na własne życie. Nie chodzi wyłącznie o podróżowanie. Chodzi o dom, który nie przywiązywałby mnie do pracy ponad siły i nie zmuszał do ciągłego przenoszenia się z jednego przypadkowego pokoju do drugiego. Kamper stał się dla mnie obrazem życia prostszego, w którym dzień zaczyna się od mojego pytania o to, czego potrzebuję, zamiast od kolejnego obowiązku.

Mam sześćdziesiąt siedem lat i coraz dotkliwiej czuję, że moje życie ma swój kres. Przez wiele lat wierzyłam, że odpoczynek przyjdzie wtedy, gdy wszystko zostanie zrobione. Dzisiaj wiem, że praca zawsze znajdzie następną rzecz, którą trzeba się zająć. Życie może minąć podczas doprowadzania świata do porządku.

Rok temu wstawałam rano, brałam kawę i Zulę, a potem jechałyśmy do lasu. Była szósta. Dzień dopiero się zaczynał, a ja czułam, że należę do własnego życia. Teraz nie ma Zuli. Miejsce, do którego jeździłyśmy, jest niszczone przez wycinkę oraz prowadzone prace. Ani razu nie pojechałam rano do lasu, choć puszczę mam bardzo blisko. Bez Zuli ten dawny rytuał utracił swój kształt. Kawa i las były częścią naszej wspólnej obecności. Dzisiaj jej brak siada obok mnie wszędzie tam, gdzie kiedyś byłyśmy razem.

W tym ważnym dla mnie dniu: pierwszy dzień lata, ta rocznica i imieniny zrobiłam sobie prezent: Przenocowałam jako gościni w moim pięknym i luksusowym mieszkanku, a potem pojechałam na śniadanie do Folwark. Często bywałam tam z Zulą. Obie to lubiłyśmy. Zula jest tam ciągle obecna, mojej pamięci, we wspomnieniach, w trawie na której leżała, gdy szłam popływać, w zapachu jeziora. Dzisiaj zrobiłam coś miłego dla tamtej dzielnej kobiety, która 26 lat temu rzuciła palenie. Zrobiłam to również dla siebie dzisiejszej, przepracowanej i trochę zagubionej.

Kiedy wracam myślami do tamtej siebie siedzącej w wielkim fotelu z ostatnim papierosem, rozumiem, że wybieranie życia nie jest decyzją podejmowaną raz na zawsze. Po 26 latach znowu stoję w miejscu, w którym potrzebuję powiedzieć: stop. Tamta kobieta przestała zabijać siebie papierosami. Dzisiejsza musi przestać oddawać siebie pracy, która zabiera jej wszystkie siły. Ta dzisiejsza, musi nauczyć się radości i jak to ostatnio powiedziała moja Tarocistka Suzan, ma przestać być wojowniczką na rzecz hedonistki. Hedonistka, jakie to słowo jest dla mnie trudne do realizacji. Dla mnie, kobiety ze ścierką do sprzątania.

Chcę potraktować poważnie Alicję, która pragnie pisać i mieszkać blisko lasu. Chcę zatrzymać rozpęd, zanim minie kolejne lato. Moje życie nie może czekać, aż wszystko inne zostanie dopilnowane. Dzisiejsze decyzje będą kiedyś codziennością tej mnie, która przyjdzie po mnie. Chciałabym, żeby spojrzała na mnie z taką samą wdzięcznością, z jaką ja patrzę dzisiaj na kobietę, która 26 lat temu zgasiła ostatniego papierosa.

Obiecuję to sobie, w ten pierwszy dzień lata, w najkrótszą noc i najdłuższy dzień w roku, w swoje imieniny, świętując tę 26 rocznicę. Dla tamtej bardzo dzielnej, dla tej dzisiaj, dla tej z przyszłości.

Kamper jest częścią tej obietnicy, którą składam dzisiaj sobie. Ma być moim małym domem blisko lasu i przestrzenią do pisania oraz życia w drodze. Jeśli chcesz pomóc mi je spełnić, w komentarzu wrzucam link do zbiórki.

Po niemal każdym moim poście otrzymuję od Was sporo prywatnych wiadomości. Wszystkie czytam, choć nie na wszystkie jeste...
14/06/2026

Po niemal każdym moim poście otrzymuję od Was sporo prywatnych wiadomości. Wszystkie czytam, choć nie na wszystkie jestem w stanie odpowiedzieć, ponieważ czasem zwyczajnie nie nadążam już za komentarzami i wiadomościami. Bardzo się jednak cieszę, że piszecie, dzielicie się swoimi historiami, przemyśleniami i pytaniami. :)

Dzisiaj zatrzymała mnie wiadomość od pana Marka:

„Kawa kawą. Ale kto robi te zdjęcie na Pani wpisach, które zamierzam czytać. Pozdrawiam Marek. P.S. Te konie z 3 czerwca są niesamowite – autor zdjęcia?”

Otóż autorką zdjęcia koni jestem ja. Podobnie jak wszystkich pozostałych zdjęć, które zamieszczam przy swoich tekstach. Nigdy ich nie podpisywałam, ponieważ wydawało mi się oczywiste, że skoro publikuję u siebie własny tekst i własne zdjęcie, to oba wyszły spod mojej ręki. Jak widać, oczywistość jest rzeczą bardzo osobistą. :)

Wszystko, co tutaj publikuję, jest mojego autorstwa. Gdy przytaczam cudze słowa, podaję ich autora. Cudzych zdjęć nie zamieszczam wcale. Może jednak nadszedł czas, żebym zaczęła podpisywać także swoje fotografie. Pomyślę o tym, choć trochę bawi mnie perspektywa podpisywania siebie pod samą sobą. :)

Po wczorajszym tekście o przyrodzie myślę jeszcze mocniej o tym, że troska o świat zaczyna się bardzo wcześnie, od sposobu, w jaki uczymy dzieci patrzeć na drzewo, mech, kamień, ślad zwierzęcia, kroplę rosy i całe drobne życie, które zwykle umyka podczas szybkiego spaceru. Dziecko, które uczy się zauważać, z czasem zaczyna rozumieć, że las jest domem wielu istnień, a zachwyt nad przyrodą naturalnie prowadzi do szacunku i potrzeby jej chronienia.

Z tej właśnie myśli powstała „Magia lasu” – zestaw 24 kolorowanek, które zapraszają dzieci do zatrzymania, uważnego patrzenia, dotykania, słuchania i odkrywania natury wszystkimi zmysłami. Każdej ilustracji towarzyszy proste zaproszenie do leśnej praktyki, dzięki któremu kolorowanie może stać się początkiem prawdziwego spotkania z lasem.

Pomysł, koncepcja i teksty są mojego autorstwa. Piszę to wyraźnie, zanim pan Marek zdąży wysłać kolejną wiadomość. :)

„Magia lasu” jest dostępna w formie pliku PDF zawierającego 24 kolorowanki A4 do samodzielnego wydrukowania. Link do zakupu zamieszczam w komentarzu.

Największą pychą naszego czasu jest przekonanie, że skoro człowiek czegoś pragnie, przyroda ma obowiązek się przed nim r...
12/06/2026

Największą pychą naszego czasu jest przekonanie, że skoro człowiek czegoś pragnie, przyroda ma obowiązek się przed nim rozstąpić.

Droga ma być szersza. Ścieżka ma być równiejsza. Las ma być bezpieczniejszy. Błoto ma zniknąć. Korzeń ma nie przeszkadzać. Martwe drewno ma zostać usunięte. Każdy widok ma zostać doprowadzony do takiego standardu, żeby człowiek nie musiał uznać żadnej granicy. Przyroda ma zostać poprawiona, wyrównana, oznaczona, udostępniona i przystosowana. I nikomu do głowy nie przyjdzie, że to my jesteśmy częścią przyrody, a nie przyroda jest naszą własnością służącą do zaspokajania naszych kaprysów. Że nie wszędzie dojdziemy, dojedziemy, że nie każdy widok będzie nam dane zobaczyć, że nie wszystko ma być dla nas.

Od kilku dni, dyskutuję na jednej z suwalskich stron o remoncie ścieżek w Wigierskim Parku Narodowym i o tym, co dzieje się nad Sucharami, w jednym z tych miejsc, które miały w sobie wyjątkową delikatność, dzikość i ten szczególny rodzaj piękna, którego nie uraczysz w zbyt wielu miejscach na ziemi.

W moim odczuciu dokonuje się tam teraz dewastacja cennego fragmentu Parku. Wycina się drzewa, poszerza leśne ścieżki, utwardza je, równa, wysypuje żwirek, "porządkuje" , robi dojścia, kładki, tablice, miejsca odpoczynku i wszystko to zostaje wpisane w język dostępności dla osób niepełnosprawnych, troski, edukacji i środków unijnych. Oficjalnie brzmi to pięknie, bo któż odważy się zaprotestować przeciwko dostępności dla osób ze szczególnymi potrzebami, osób z niepełnosprawnościami, osób starszych, rodziców z dziećmi w wózkach....

I właśnie tutaj zaczynają się schody.

Dostępność jest ważna. Empatia jest ważna. Godność osób z niepełnosprawnościami jest ważna. Kontakt z lasem, wodą, ciszą, cieniem i pięknem jest ważny dla każdego człowieka. Park Narodowy powinien szukać mądrych sposobów udostępniania przyrody osobom, które potrzebują wsparcia. Ta dostępność ma jednak swoją granicę, a tą granicą jest sama przyroda, jej delikatność, jej krajobraz, jej rytm, prawo do trwania w kształcie innym niż nasza wygoda.

Park Narodowy może i powinien myśleć o dostępności, także poprzez kładki, utwardzone fragmenty tras, punkty widokowe, tablice, audioprzewodniki czy dojścia przystosowane dla wózków, ale nie wynika z tego obowiązek doprowadzenia każdego człowieka do każdego pięknego miejsca, ponieważ w Parku Narodowym udostępnianie jest zawsze wtórne wobec ochrony przyrody.

Parki Narodowe powołuje się przede wszystkim po to, żeby chronić przyrodę i działania Parków powinny być podporządkowane jej ochronie, bo człowiek w takim miejscu jest gościem, a nie właścicielem terenu, który można przerabiać zgodnie z kolejnym projektem unijnym, kolejnym programem, kolejną pulą pieniędzy i kolejnym wyobrażeniem o tym, jak powinien wyglądać las dostępny dla ludzi.

Władysław Cywiński, człowiek Tatr, taternik, ratownik TOPR, wybitny przewodnik i jeden z najważniejszych obrońców gór i przyrody, powiedział kiedyś: "Nie ma ważniejszej sprawy niż ochrona przyrody Tatr, Polski, Ziemi". Był zdecydowanym zwolennikiem, podobnie jak Stefan Chałubiński, ochrony ścisłej. I zawsze twierdził, że nie każdy wszędzie musi dotrzeć, zwłaszcza gdy ma się to odbywać kosztem przyrody. W tym jednym zdaniu mieści się coś, czego dzisiaj dramatycznie nam brakuje: pokora wobec świata większego od nas.

Przywykliśmy myśleć, że skoro coś istnieje, mamy do tego prawo. Skoro jest piękne, powinniśmy to zobaczyć. Skoro jest daleko, trzeba zrobić dojazd. Skoro ścieżka jest trudna, trzeba ją ułatwić. Skoro nie możemy wejść, świat powinien zostać poprawiony tak, by to wejście było możliwe. Skoro mamy pieniądze z Unii, trzeba je wykorzystać. Skoro można ustawić tablicę, trzeba ją ustawić. Skoro można wysypać żwirek, trzeba wysypać żwirek...

I w tym wszystkim brakuje jakieś dojrzałości i zgody na to, że są miejsca, do których nie dojdziemy. Są widoki, których nie zobaczymy. Są ścieżki, których nasze nogi już nie przejdą. Są jeziora, bagna, torfowiska, skały, góry i leśne zakątki, które mają prawo istnieć bez naszej obecności.

Piszę to bardzo osobiście. Mam 67 lat i coraz mocniej czuję, że są miejsca, do których już nie wrócę. Kocham Tatry. Przeszłam je wzdłuż i wszerz własnymi nogami. Pracowałam w schronisku nad Morskim Okiem. Znam tamte poranki, drogi, światło na skałach, zapach mokrego kamienia, chłód wody, zmęczenie po podejściu, ciężar plecaka i szczęście, które przychodziło po wysiłku. Znam noce pod ugwieżdżonym niebem.

Dzisiaj wiem, że nad Morskim Okiem prawdopodobnie już nie będę. Nie dam rady tam dojść. Nie mam już takiej siły. Mogłabym powiedzieć, że przecież powinnam mieć prawo zobaczyć jeszcze raz miejsce, które kocham. Mogłabym powiedzieć, że skoro jestem starsza, ktoś powinien mi to ułatwić. Mogłabym wsiąść na wóz i pozwolić, żeby konie ciągnęły mnie razem z tłumem ludzi, którzy też chcą tam dotrzeć za wszelką cenę. Mogłabym, ale nie zrobię tego z miłości do tego miejsca.

Czasami płaczę nad tym, że już tam nie pójdę. Naprawdę płaczę. Zdarza się, że budzę się w nocy z tęsknotą za miejscami, które kiedyś były częścią mojego życia, a dzisiaj są już za daleko. Całkowicie poza moim zasięgiem.

I godzę się na to.

Tak samo nie wezmę już psiego szczeniaka, choć ostatnio jako wolontariuszka w psim azylu, opiekowałam się siedmioma szczeniaczkami i serce natychmiast przykleiło mi się do każdego z nich. Wszystkie bym wzięła. Wszystkie bym tuliła, karmiła, nosiła, kochała. I żadnego nie wezmę, bo mam 67 lat. Taki pies może żyć piętnaście lat. Gdy będzie stary i będzie potrzebował całej mojej siły, cierpliwości, pieniędzy i obecności, ja będę miała ponad osiemdziesiąt lat. Mogę już wtedy nie mieć siły zadbać o siebie, a co dopiero o starego psa, który będzie odchodził.

To boli. Bardzo boli. Ale dojrzałość polega także na uznaniu takich granic. I właśnie tego uznania granicy najbardziej brakuje mi dzisiaj w naszej relacji z przyrodą.

Mount Everest jest dewastowany, bo wszyscy chcą stanąć na szczycie. Alpy są zabudowywane, rozjeżdżane i udostępniane coraz mocniej, bo wszyscy chcą wjechać, wejść, zobaczyć, zaliczyć. Tatry duszą się od tłumów, bo każdy chce mieć prawo do tego samego widoku, tej samej ścieżki, tego samego zdjęcia. Wszędzie powtarza się ten sam gest: człowiek staje przed przyrodą i mówi „chcę”, a potem buduje drogę, kolejkę, parking, kładkę, schody, barierkę, punkt widokowy, aplikację, tablicę i całą infrastrukturę swojego pragnienia.

Tylko że przyroda nie jest od spełniania naszych pragnień. Przyroda nie jest scenografią. Nie jest produktem turystycznym. Nie jest obiektem edukacyjnym ustawionym pod człowieka. Nie jest usługą, którą trzeba udostępnić wszystkim, wszędzie i za wszelką cenę.

Przyroda jest większym porządkiem, z którego wyrastamy i do którego należymy. Jest domem milionów istnień, także tych, których nie widzimy, nie rozumiemy i nie umiemy nazwać. Jest ziemią, wodą, korzeniem, mchem, grzybnią, śladem zwierzęcia, martwym drewnem, lęgowym spokojem ptaków, cieniem starego drzewa, zapachem torfowiska, cichym trwaniem jeziora, które nie potrzebuje naszej obecności.

Dlatego tak bardzo niepokoi mnie to, co dzieje się nad Sucharem. Nie dlatego, że komuś żałuję dostępu do natury. Nie dlatego, że nie rozumiem potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Nie dlatego, że chcę kogokolwiek zostawić poza światem przyrody. Właśnie dlatego, że rozumiem, jak ważny jest kontakt z przyrodą, chcę, żeby przyroda pozostała przyrodą.

Przez lata nad Suchar można było dojść zwykłą leśną drogą. Chodzili tam ludzie starsi, rodzice z dziećmi, osoby z ograniczeniami ruchowymi, grupy z opiekunami, spacerowicze, mieszkańcy i turyści. To miejsce było dostępne w takim zakresie, w jakim las bywa dostępny: z korzeniami, z nierównością, z miękką ziemią, z błotem po deszczu, z liśćmi, z cieniem, z powalonym pniem, na którym można usiąść, z tym wszystkim, co sprawia, że człowiek naprawdę wchodzi do lasu, a nie na urządzony trakt rekreacyjny.

Nad jednym z tych Sucharów postawiono kilka lat temu tablice edukacyjne związane z dostępnością i komunikacją alternatywną. Te same tablice postawiono 600 m bliżej, przy siedzibie Parku. Zniszczono dla nich jedną z najpiękniejszych polan leśnych, o której jeden z pracowników tegoż Parku powiedział kiedyś, że dla niego jest to świątynia lasu. Zgadzam się z nim. Ta polana była świątynią. Do czasu gdy nie wjechały na nią spychacze, wyrównujące teren, nie wysypano ton żwiru, który teraz kaleczy stopy, wszystkich miłośników chodzenia na boso, i nie postawiono tam krawężników chroniących tę dziwną konstrukcję by się nie obsypywała.

Uważam, że stawianie tych tablic w obu miejscach jest niepotrzebne. Przy siedzibie Parku mają sens. Nad Suchar ludzie przychodzą przede wszystkim po kontakt z przyrodą, z ciszą, z wodą, z krajobrazem, z tym szczególnym charakterem miejsca. Edukacja o dostępności i komunikacji alternatywnej ma sens, ale jej miejsce i skala powinny być dobrane tak, żeby nie przykrywały samej przyrody. Przy siedzibie Parku takie tablice są zrozumiałe. W najdelikatniejszym krajobrazowo miejscu nad Sucharem stają się dla mnie kolejnym znakiem nadmiaru, kolejnym elementem infrastruktury, która zabiera temu miejscu ciszę, prostotę i naturalny charakter.

Środki unijne przeznaczane na równe, utwardzone dojścia w najcenniejszych miejscach można byłoby przeznaczyć na parki miejskie, które naprawdę służą ludziom każdego dnia. Na drzewa, łąki kwietne, ławki pod koronami drzew, dzikie fragmenty, miejsca odpoczynku blisko domów, szkół, ośrodków, rodzin i osób starszych. Na przestrzenie, w których osoby z niepełnosprawnościami mogłyby codziennie doświadczać zieleni, ptaków, zapachu ziemi i ulgi, bez konieczności przerabiania delikatnych fragmentów parku narodowego na coraz bardziej urządzoną przestrzeń.

Tak, park może i powinien myśleć o dostępności. Może robić kładki, utwardzone fragmenty tras, punkty widokowe, tablice, audioprzewodniki czy dojścia przystosowane dla wózków. Z tego jednak nie wynika obowiązek doprowadzenia każdego człowieka do każdego pięknego miejsca, ponieważ w parku narodowym udostępnianie zawsze powinno być wtórne wobec ochrony przyrody.

Nie każde piękne miejsce musi zostać doprowadzone do standardu równej ścieżki. Nie każda leśna droga musi zostać wysypana żwirem. Nie każdy pień musi zostać zastąpiony ławką. Nie każda cisza musi zostać opisana tablicą. Nie każdy fragment dzikości musi zostać oswojony, objaśniony, oznakowany i udostępniony.

Czasem największym aktem szacunku wobec przyrody jest zatrzymać się. Czasem największym aktem dojrzałości jest powiedzieć sobie: tu już nie wejdę. Czasem największym aktem miłości jest zostawić miejsce w spokoju.

Na zdjęciu jeziorko Suchar, o którym piszę, jeszcze przed tym, gdy zostało dostosowana do łatwiejszego użytkowania przez nas.

Jeżeli lubisz moje pisanie i chcesz symbolicznie wesprzeć ten nowy etap, możesz postawić mi kawę. Będzie mi bardzo miło, bo każda taka kawa jest dla mnie nie tylko kawą, ale też małym znakiem: pisz dalej.
☕ Link zostawiam w komentarzu.

Address


Opening Hours

Tuesday 11:00 - 15:00
Wednesday 11:00 - 15:00
Thursday 11:00 - 15:00
Friday 11:00 - 15:00

Telephone

+48608028124

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Alicja Chlasta, Alcha posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Contact The Practice

Send a message to Alicja Chlasta, Alcha:

  • Want your practice to be the top-listed Clinic?

Share