16/07/2026
Mój urlop powoli się kończy. Od poniedziałku możecie mnie spotkać na miejscu w gabinecie. Jednak miałam chwilę, żeby podzielić się swoimi przemyśleniami na temat duchowości i pewnych pułapkach, których sama doświadczałam i pewnie nie raz doświadczę😉
Duchowość i pseudoduchowość – gdzie przebiega granica?
W ostatnich latach powstają festiwale, warsztaty, kursy, kręgi rozwojowe i niezliczone metody obiecujące uzdrowienie, szczęście oraz wewnętrzny spokój. Jednak czy na pewno tak jest?
Na podstawie własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że "duchowość" często staje się formą ucieczki. To przestrzeń, w której oddajemy odpowiedzialność za swoje życie, swoje traumy i swoje doświadczenia komuś innemu. Zaczynamy wierzyć, że pojawi się nauczyciel, guru, terapeuta czy uzdrowiciel, który naprawi nas za nas. Szukamy szybkich rozwiązań, gotowych recept i obietnic natychmiastowej przemiany.
Tak przez pewien czas było ze mną. Aż do momentu, kiedy zrozumiałam, że prawdziwa duchowość wygląda inaczej. Nie polega na przekazywaniu odpowiedzialności na zewnątrz, lecz na stopniowym odzyskiwaniu jej dla siebie. Jest drogą ku większej świadomości siebie, swoich emocji i życiowych doświadczeń. To proces, w którym przestajemy pytać: „Kto mnie uratuje?”, a zaczynamy pytać: „Jak mogę lepiej zrozumieć siebie i swoje życie?”.
Często mówi się o konieczności „przepracowania” traum czy trudnych doświadczeń. Osobiście nie przepadam za tym określeniem. Sugeruje ono, że istnieje jakiś punkt końcowy. Że już coś zamkniemy i nie trzeba będzie do tego wracać. Znacznie bliższe jest mi słowo „objąć”. Objąć swoje doświadczenia oznacza przyjąć je do świadomości, uznać, zrozumieć ich wpływ na nasze życie i przestać przed nimi uciekać. Nie chodzi o walkę z przeszłością, lecz o spotkanie się z nią.
Nie mówię też, że wszystko musimy robić sami. Na ścieżce rozwoju potrzebujemy ludzi, którzy będą nas wspierać. Potrzebujemy terapeutów, mentorów, nauczycieli czy przyjaciół. Różnica polega na tym, że ich rolą nie jest przejęcie odpowiedzialności za nasze życie, lecz pomoc w odnalezieniu własnej siły i własnych odpowiedzi. Prawdziwe wsparcie nie uzależnia od siebie, lecz prowadzi do większej samodzielności.
Pojawiając się na różnych festiwalach, warsztatach, szukając odpowiedzi i wsparcia przy moim precesie, zauważyłam, że współczesny rynek duchowości coraz częściej przypomina dobrze prosperujący biznes. Duchowość staje się produktem. Niektórzy zarabiają ogromne pieniądze na ludzkim smutku, samotności i poczuciu zagubienia. Sprzedawane są kolejne metody, kolejne inicjacje i kolejne obietnice szybkiego przebudzenia.
Nie oznacza to, że każde płatne wydarzenie czy każdy nauczyciel działa nieuczciwie. Sama lubię bywać na festiwalach, słuchać pięknych koncertów czy doświadczać bliskości z drugim człowiekiem poprzez różne warsztaty. Warto jednak zachować czujność. Jeśli ktoś obiecuje natychmiastowe uzdrowienie i pełne rozwiązanie wszystkich problemów, albo wyjątkową wiedzę dostępną tylko dla wybranych za $$$, warto zadać sobie pytanie, czy mamy do czynienia z duchowością, czy raczej z dobrze zapakowanym produktem.
Być może najważniejsze pytanie brzmi: czym właściwie jest duchowość?
Czy jest zbiorem technik, rytuałów i warsztatów? Czy jest kolejną tożsamością, którą możemy sobie przypisać? A może jest czymś znacznie prostszym – uczciwym spotkaniem z samym sobą?
Dla mnie duchowość zaczyna się tam, gdzie kończy się ucieczka. Tam, gdzie przestajemy szukać wybawicieli i zaczynamy brać odpowiedzialność za własne doświadczenia. Tam, gdzie zamiast odrzucać swoje rany, uczymy się je obejmować. I tam, gdzie rozwój nie jest próbą stania się kimś innym, lecz coraz głębszym poznawaniem tego, kim naprawdę jesteśmy.
Wiem, że dziś tego dużo, ale jak już się rozpisałam😆 to jest jeszcze coś, co możemy w kręgach duchowych spotkać.
To o czym też często słyszę, to „wysokie wibracje”, pozytywna energia i konieczność utrzymywania się w stanie radości. Zastanawiam się jednak, czy właśnie tego szukamy. Doświadczyłam nawet tego, że byłam smutna czy zła i otrzymałam informację, że w tym miejscu ważne są tylko pozytywne wibracje. To tak jakbyśmy mieli się zarazić emocjami jak katarem. Spotykam ludzi, którzy tak bardzo boją się "niskich wibracji", że postanawiają się izolować od świata.
I pojawiło się we mnie pytanie.
Czy celem człowieka jest nieustanne odczuwanie szczęścia? I czy życie polega na tym, aby zawsze być uśmiechniętym, spokojnym i pozytywnie nastawionym? A może jest dokładnie odwrotnie – może chodzi o gotowość do spotkania się z całym doświadczeniem życia, również z bólem, smutkiem, lękiem czy złością?
Coraz częściej mam wrażenie, że kult „wysokich wibracji” też bywa formą ucieczki. Jeśli za wszelką cenę próbujemy utrzymać się w radości, możemy zacząć wypierać te części siebie, które również domagają się uwagi. Wtedy pozytywność przestaje być autentyczna.
W moim odczuciu duchowość nie polega na tym, by być tylko w świetle, lecz także na tym, by mieć odwagę wejść w swój cień. Nie po to, żeby w nim utknąć, ale po to, żeby go objąć, poczuć. Bo dopiero wtedy stajemy się całością.
Dlatego na masażu zawsze mówię, że to jest przestrzeń na wszystkie emocje. Nie zawsze jest kolorowo i radośnie. Jednak z całą pewnością potrzebnie.
Sama mówię, że Lomi lomi Nui jest rytuałem. I to jest temat na kolejny raz, bo już dojeżdżam do celu podróży😙🤗
Mahalo!
Jeśli dotrwałaś/eś do końca- dziękuję🙏