07/10/2025
Jarek ;)
Jarosław Szandrocho, fizjoterapeuta Śląska Wrocław, od trzydziestu lat dba o to, by piłkarze wracali do gry po kontuzjach, czasem w sposób niezwykły – wykorzystując choćby pijawki, które potrafią skrócić czas rekonwalescencji z dwóch tygodni do trzech dni. Jego doświadczenie obejmuje zarówno mistrzowskie sezony, jak i ciężkie chwile w niższych ligach, a każdy dzień pracy to balans między profesjonalizmem a nieprzewidywalnością życia klubu, o czym napisał Marcin Borzęcki w książce "Ludzie z cienia. O tych, którzy pracują na wynik drużyny piłkarskiej":
„W środowisku mówią o nim „Jarek pijawka”. Ktoś mógłby uznać, że jego metody leczenia – pijawkami właśnie – są zbyt szamańskie jak na medycynę sportową. On jednak przekonuje, że to znakomity sposób, by postawić piłkarza na nogi. Jarosław Szandrocho w dziale medycznym Śląska Wrocław pracuje już od 30 lat, a sporą część tego czasu poświęcił właśnie zgłębianiu tematu wykorzystania tych budzących raczej obrzydzenie żyjątek.
– Ktoś może kręcić nosem, pijawki potrafią jednak dokonywać cudów. Żeby to trafnie zilustrować: jeżeli piłkarz skręci staw skokowy i pojawią się duży ból oraz opuchlizna, to na ogół przerwę w uprawianiu sportu trzeba szacować na jakieś dwa tygodnie. Z pomocą pijawek można się z kolei uwinąć nawet w trzy dni. Oczywiście one wysysają krew i to w pewien sposób zmniejsza obrzęk, ale równie ważne, a nawet ważniejsze, jest to, co wstrzykują do organizmu. A są to związki chemiczne, które sprawiają, że kontuzja znika znacznie szybciej, ciało natomiast błyskawicznie się regeneruje.
Medycynę naturalną uznaje więc za bardzo ważną, właściwie kluczową w codziennej pracy. Jeśli ktoś patrzy na niego podejrzliwie i nie daje wiary tym metodom, Szandrocho zazwyczaj kontruje go prostym pytaniem: od ilu lat znane są naturalne metody leczenia, a od ilu te oparte na nowoczesnych technologiach? Starając się doprowadzić piłkarzy do zdrowia, sam korzysta z obu form, próbuje też szerzyć swoją wiedzę. Leczenie piłkarzy pijawkami polecał choćby kolegom po fachu działającym na co dzień w Pogoni Szczecin czy Jagiellonii Białystok i nie kryją oni zadowolenia z efektów. Sam pasjonuje się tym tematem od 2008 roku, gdy ukończył kurs hirudoterapii.
Jest związany ze Śląskiem od trzech dekad i przeżył z tym klubem już właściwie wszystko – zarówno mistrzostwo Polski, jak i spadek, europejskie puchary oraz grę na niższych poziomach rozgrywkowych, bogactwo i biedę. W pamięci utkwiły mu szczególnie lata spędzone w niższych ligach, gdy klub przeżywał ogromne problemy finansowe. Bez tęsknoty, ale jednak z dumą, że wrocławianom udało się dźwignąć, wspomina więc podbramkowe sytuacje, w których stawiała go rzeczywistość.
Dziś Szandrocho jest koordynatorem pionu medycznego i pracuje w komfortowych warunkach. Ma pod sobą i fizjoterapeutów, i lekarzy, rozdziela zadania, pomaga podwładnym, służy radą. Gdy jednak trafił do klubu w 1995 roku, wiele funkcji, dzisiaj oczywistych, wręcz nieodzownych w sztabach szkoleniowych, po prostu nie istniało. Był więc człowiekiem od wszystkiego, a realizację niektórych zadań ograniczał tylko czas. Zajmował się wieloma aspektami pracy, nie tylko związanej z medycyną, więc po latach może patrzeć na to z innej perspektywy. W mistrzowskim sezonie 2011/12 za zdrowie piłkarzy odpowiadało dwóch fizjoterapeutów, obecnie jest ich trzech, a on sam przeniósł się znad stołu do masażu za biurko, skąd koordynuje pracę zespołu. Nie ukrywa, że do pełni szczęścia przydałoby się jeszcze nieco rozbudować sztab, zna natomiast ograniczenia finansowe i cierpliwie czeka, aż będzie mógł zwerbować do ekipy osoby wykwalifikowane pod konkretne zadania – na przykład osteopatów.
Pytany wprost o zarobki na tym stanowisku, Szandrocho odpowiada, że widełki finansowe wahają się pomiędzy pięcioma a ośmioma tysiącami złotych miesięcznie. Oczywiście, jak na polskie warunki to nie jest mała suma. Ale trzeba jednak wiedzieć, z czym wiąże się ta praca, by trafnie ocenić, czy takie wynagrodzenie jest adekwatne do włożonego wysiłku.
– Ile trzeba zapłacić za prywatną wizytę u fizjoterapeuty? Przyjmijmy, że 150 złotych. Jeżeli pracuje się osiem godzin dziennie, a z tego nawet dwie godziny chce się mieć luzu na obiad, kawę i odpoczynek, to wypada sześć wizyt dziennie. W skali 20-dniowego miesiąca pracy pensja jest więc nieporównywalnie większa – tłumaczy mój rozmówca.
Przerwy w trakcie dnia? Owszem, są. W środku dnia ta główna, obiadowa, ale po niej znów zawodnicy schodzą się do gabinetu. Rachunek jest w tym przypadku prosty – jeżeli piłkarzy jest w kadrze 25, bo tak to zazwyczaj wygląda, a fizjoterapeutów trzech, to na każdego przypada mniej więcej ośmiu graczy. By móc poświęcić odpowiednio dużo uwagi każdemu z nich, trzeba po prostu siedzieć w klubie do późnego wieczora – nie ma innego wyjścia, bo doba nie jest z gumy. A przecież po wszystkim musisz ogarnąć swoje stanowisko, posprzątać, a potem sporządzić raport medyczny dla trenera i rozpisać plany na kolejne dni. Od poniedziałku do piątku jest się więc całe dnie poza domem, a w weekendy… W weekendy również. Zwłaszcza gdy drużynę czeka mecz wyjazdowy i w sobotni poranek trzeba wsiąść do autokaru, przejechać pół Polski, a do rodziny wrócić dopiero w niedzielny wieczór.
– Moja żona ma anielską cierpliwość, zresztą wiedziała, na co się pisze, skoro kilkadziesiąt lat temu zabrałem ją na pierwszą randkę na mecz Śląska z Wisłą Kraków, i to jeszcze na taki, który skończył się awanturą: bijatyki, wyrywane krzesełka, latające nad głowami ławki. Wydaje się natomiast, że jeżeli nie ma nas cały czas w domu, to byłoby fajnie, gdyby tym rodzinom brak bliskiego rekompensowały choćby świetne zarobki. A tak niestety nie jest. To niedoceniana praca. Wystarczy sobie pomyśleć, co by było, gdyby na przykład Leo Messi w ważnym momencie sezonu złapał kontuzję i miał pauzować trzy miesiące. Chyba że miałby tak sprawnego fizjoterapeutę, że ten przywróciłby go do zdrowia po miesiącu. Czy ten fizjoterapeuta nie miałby dużego udziału w sukcesach piłkarza i drużyny? Miałby, ogromny. U nas w lidze dobra lub zła praca osób odpowiedzialnych za zdrowie zawodników też może mieć wpływ na miejsce zespołu w tabeli. I na ogół ma, ale niestety nikt się z tym za bardzo nie liczy – gorzko opisuje codzienność w tej pracy Szandrocho.
Wiele o realiach tej profesji mówi zresztą jego własna historia. Gdy pewnego razu jego brat cioteczny brał ślub w urzędzie stanu cywilnego, Śląsk w hotelu obok miał zgrupowanie. Fizjoterapeuta był wówczas na placu boju sam, innego specjalisty po prostu w sztabie nie było, więc ubłagał trenera, by mógł wyskoczyć wyłącznie na samą ceremonię i zaraz po niej wrócić do piłkarzy. Szkoleniowiec się zgodził, ale nie było już czasu na szukanie właściwych ciuchów i przebieranie się – na pamiątkowych zdjęciach Szandrocho stoi więc pomiędzy mężczyznami w garniturach i kobietami w sukniach ubrany w dres Śląska Wrocław”.
Książka "Ludzie z cienia. O tych, którzy pracują na wynik drużyny piłkarskiej" jest dostępna na ⏩ https://bit.ly/trenerka-ludziezcienia
📷 Sebastian Borowski; zdjęcie pochodzi z prywatnego archiwum autora