15/02/2026
Wiele lat temu, kiedy pierwszy raz byłem na Sri Lance, trafiłem do mojego obecnego przyjaciela - Mahendry. Szybko okazało się, że jedyne co nas dzieli, to tysiące kilometrów między naszymi domami. Podobnie myślimy, podobnie patrzymy na świat. Mamy nawet podobne marzenia. 13 lutego, powiedział wtedy: „przyjdź jutro do naszego domu. Będziemy wspólnie gotować, a wieczorem, zabiorę cię na kolację, na jakiej jeszcze nie byłeś”. Zapomniał dodać, że będzie to kolacja, której nie zapomnę do końca życia.
Dziś, jeśli tylko mogę, planuję tak nasze lankijskie wyjazdy, żeby być na miejscu 14 lutego.
Wczoraj rano wspólnie zrobiliśmy zakupy na lokalnym rynku. Po południu pomagaliśmy z Olgą przyrządzać lankijskie potrawy i z tamtejszych produktów wyczarowaliśmy naszą warzywną sałatkę i mizerię.
… wszystko jest już zapakowane. Tuż po zachodzie słońca, wsiadamy w kilka aut, tuk-tuków i ruszamy, z całą, liczną rodziną.
Znów przypomina mi się ta sama droga. Byłem w nowym kraju, z dopiero co poznanymi ludźmi. Jechałem nocą, rozpadającą się furgonetką przez dżunglę. Nie wyglądało to wtedy na „rajską” przygodę.
Docieramy na miejsce. Wypakowujemy przygotowane wcześniej potrawy. W dużej sali, z rzędami stołów, rozkładamy talerze (właściwe to blaszane miski), do których za chwilę będziemy nakładać posiłek.
Witamy się z nauczycielami i opiekunami. Kiedy kolacja jest już gotowa, w absolutnej ciszy, wchodzą na salę dzieci. Jest ich 30, może 40. Nie wiem, bo za każdym razem, kiedy widzę tę scenę, moja tożsamość, moje zmysły poznawcze, moja buta białego człowieka, zapadają się, znikają na moment, na wieczność, bez śladu.
Jesteśmy w specjalnym ośrodku pobytu i nauki dla głuchoniemych dzieci.
Tu pauza - wyłącz na chwilę swoje europejskie myślenie. To nie ośrodek z terapeutami, specjalistycznym sprzętem, z kadrą nauczycielską przygotowaną do tej pracy. Nie. To dość ubogie, przypominające bardziej koszary niż szkołę zabudowania. To karnie idące parami dzieciaki, które według obowiązującego, buddyjskiego patrzenia na świat, musiały „nagrzeszyć” w poprzednich wcieleniach, żeby dziś, prawo karmy, upomniało się, odbierając im słuch, mowę, …godność i jakiekolwiek możliwości.
…
na środek sali, wychodzi najstarszy z grupy i w języku migowym, prowadzi modlitwę przed posiłkiem. W absolutnej ciszy, dzieciaki siadają na rozpadające się, plastikowe krzesła, przy zbitych z kilku desek podłużnych stołach i zaczynają posiłek. W jego trakcie, bezszelestnie poruszając dłońmi, wymieniają się krótkimi uwagami w języku, którego nigdy nie zrozumiem.
…cisza
łzy
opada wyblakła, postrzępiona kurtyna
Kilka uwag 😌
Ta historia jest prawdziwa (choć sam kolejnego dnia rano zastanawiam się, czy mogła wydarzyć się naprawdę).
Podjęliśmy z Olgą decyzję, że na filmie nie zobaczysz jego głównych bohaterów. Ponieważ nie mamy możliwości porozmawiać z nimi bezpośrednio, spróbujemy chociaż w taki sposób, okazać im odrobinę szacunku.
Usłyszysz też bardzo ważne słowa mojego przyjaciela:
„Karmienie tych dzieci, to nie dobroczynność. To NASZ PRZYWILEJ!”
„To co robimy, powoduje też szacunek naszej społeczności.”
„Jesteśmy dumni, że jesteśmy częścią tego działania.”
I tak bez fleszy, bez mediów społecznościowych, bez nadęcia, prosta lankijska rodzina, praktykuje najpiękniejszą Jogę i przestrzega prawa Dharmy.
…a na marginesie
Wczoraj przeczytałem, o nowym -przynajmniej dla mnie - „święcie” - 13 lutego. „Dzień kochania siebie”. Ileż plastikowych, „mileniarskich” słów, sformułowań, napadło na mnie z ekranu! 🤮. „Bądź dla siebie dobra/y”. „Pokochaj siebie za nic”. „Akceptujesz swoje zalety, pokochaj woje wady”.
I to wszystko na profilach miejsc, które w nazwie mają „studio” lub „szkoła” jogi, u ludzi którzy już nawet nie mówią o sobie instruktor, tylko nauczyciel.
Taka więc, moja konkluzja:
Zanim następnym razem, napiszesz, żeby „zabrać swoją psiapsi na jożkę”, starannie przygotowując swój wyjebany outfit, promując kolejną, zajebistą matę, skrapiając salę eterycznymi olejkami, zastanów się proszę, czy NA PEWNO jesteś nauczycielką/nauczycielem Jogi, czy może jednak podajesz elegancko zawinięte w pazłotko, popłuczyny, gnijące resztki czegoś, co kiedyś mogło być prawdą.