22/04/2026
O tym trzeba wiedzieć- choroby psychiczne można skutecznie leczyć. Wciąż za mało się o tym pisze i mówi.
Anna Grajny: Warto wiedzieć coś, czego ludzie nie są zwykle świadomi, jeśli chodzi o schizofrenię. Oczywiście różne są jej rodzaje, różne przypadki, ale często osoby cierpiące na to schorzenie przez lata – a nawet do końca życia – pozostają w remisji, tzn. funkcjonują normalnie, bez objawów.
Tak jest od ponad dekady ze mną, dlatego całkiem niedawno założyłam działalność gospodarczą, na którą składają się dwa rodzaje działalności – tłumaczenia literackie z japońskiego na polski, a także tłumaczenia przysięgłe z języka angielskiego.
Przemysław Wilczyński: Co ta praca Pani daje?
AG: Daje sens. Dzięki niej rosnę, czuję się potrzebna. Nie jest to łatwe, bo wielu zleceń na razie nie mam, a w tych najłatwiejszych tekstach tłumaczy zaczyna zastępować sztuczna inteligencja. Ale idę do przodu, rozwijam się. Nie muszę już pracować, jak się zdarzało, poniżej swoich kompetencji czy wykształcenia. Np. przez jakiś czas wykonywałam pracę fizyczno-porządkową. (…) Teraz, gdy mam zlecenie, czuję moc. I sprawczość, która pomaga mi utrzymać się w zdrowiu. Wykonuję coś, do czego się latami przygotowywałam. Jestem potrzebna. Jestem samodzielna.
PW: Co poza pracą najbardziej pomagało i pomaga?
AG: Bliscy i rozmowy z nimi. Zwłaszcza z rodzeństwem i mamą. Rodzina nie ma podobnych do mnie problemów. Ryzyko, że weźmie się chorobę po rodzicu, a mój tata też cierpiał na schizofrenię, określane jest na mniej więcej jeden do trzech. Jest nas troje, wypadło na mnie. (…) Z mamą z kolei sporo chodziłam na spacery. Przechodziłyśmy ze sobą wszystkie zakątki parku w Kobierzynie. A potem, gdy już byłam w domu, ale nadal zdrowiałam, też razem wędrowałyśmy. W ogóle spacery, aktywność fizyczna, to jest coś, co bardzo w kryzysie i po kryzysie pomaga.
PW: A znajomi? Przyjaciele?
AG: Wiele kontaktów się pourywało, także z mojej winy – bałam się odrzucenia, więc sama zrywałam relacje.
PW: Ma Pani spory dystans do choroby, to też się przydaje?
AG: To przyszło dopiero z czasem. Wcześniej choroba była dla mnie tragedią. I źródłem poczucia winy. Myślałam o sobie: złodziejka, pasożyt – że nie mam prawa studiować, pracować, a jeśli to robię, zabieram miejsce innym. (…) W akceptowaniu siebie pomagały przyjaźnie, także z osobami podobnie jak ja cierpiącymi. Jedna z moich przyjaciółek miała nawet cięższą sytuację. Jesteśmy dla siebie wsparciem. (…)
PW: A psychoterapia?
AG: Była bardzo istotna! Pomogła mi zaakceptować siebie i wyjść z poczucia winy. Biadoliłam, że sama to wszystko spowodowałam. Długo było tak: ja swoje, terapeutka swoje, w końcu zrozumiałam, że to, jak potoczyło się moje życie, to nie moja wina.
Rozmowa dla Tygodnika Powszechnego 31.03.2026
fot Siora Photography