22/07/2026
🤔
Zmiany... chyba nigdy nie pytały mnie o zgodę.
W filozofii buddyjskiej mówi się, że jednym ze źródeł cierpienia jest przywiązanie...Do ludzi. Do miejsc. Do wyobrażeń. Do tego, jak powinno być...
Łatwo o tym mówić, kiedy siedzi się na poduszce do medytacji. Trochę trudniej, kiedy pakuje się kartony i zamyka drzwi miejsca, które przez ostatnie osiemnaście lat było moim domem...
Ostatnio często słyszę czy mi nie szkoda, nie żal , dlaczego ?
I wiecie, co najczęściej odpowiadam?
Nie wiem..
I naprawdę coraz bardziej lubię to moje "nie wiem". Nie jako niewiedzę, ale jako zgodę, że nie wszystko trzeba od razu rozumieć.
Przez te lata bardzo przywiązywałam się do oczekiwań. Do pełnej sali. Do tego, że skoro wkładam całe serce, to ludzie zostaną.
A przecież życie płynie swoim rytmem..
Pełna sala potrafi z czasem stać się pustą.. Nie dlatego, że ktoś zawinił. Po prostu dlatego, że wszystko się zmienia. My się zmieniamy. Nasze potrzeby się zmieniają.
Najpierw (jak to ja )szukałam winy w sobie..
Może za mało. Może za dużo. Może źle prowadzę. Może powinnam być bardziej energiczna. Albo spokojniejsza. Bardziej uśmiechnięta. Mniej wzruszona...
Słyszałam też różne opinie. Że mój układ nerwowy jest rozregulowany, bo przecież "widać to na nagraniach".
No cóż... zgrozo! Okazało się, że mówienie do telefonu i pokazywanie siebie w internecie wcale nie jest takie łatwe i bezstresowe. Kto próbował, ten wie. A jeśli komuś wychodzi naturalnie... to być może oglądamy dopiero dwusetne nagranie. 😉
Ale wydarzyło się też coś znacznie ważniejszego.
Zmieniła się moja praktyka.
I ja zaczęłam się zmieniać.
Ludzie, którzy kiedyś wydawali mi się przeciwko mnie, przestali być moimi wrogami. Nie dlatego, że oni się zmienili.
Ja w końcu pozwoliłam im być takimi, jacy są.
I sobie również.
Nie będę udawać, że nic nie czuję.
Bo czuję.
Jest żal. Jest smutek. Bywa niezgoda. Czasem nawet taka porządna, z tupnięciem nogą.
Ale jednocześnie myślę sobie...
To jest chyba najpiękniejszy egzamin z tego wszystkiego, o czym przez te lata mówiłam na macie.
Co ja naprawdę z tej maty zabieram do życia?
Czy joga kończy się wtedy, kiedy zwijam matę?
Czy właśnie wtedy dopiero się zaczyna?
Od sierpnia część tej drogi przenosi się do przestrzeni online.
Jeszcze jakiś czas temu powiedziałabym: "Nie, to nie dla mnie."
Dziś myślę: dlaczego nie sprawdzić?
Może spotkamy się w Waszych domach. Z kubkiem herbaty, psem lub kotem przechodzącym przez matę i w piżamowych spodniach, których i tak nikt nie zobaczy😉
I to nie będzie gorsza joga.
Po prostu... inna.
Coraz częściej łapię się na tym, że z ogromną ciekawością obserwuję samą siebie.
Bez oceniania.
Z łagodnością.
I wiecie co?
To jest naprawdę fascynujące.
Nie wiem, dokąd prowadzi mnie ta droga.
Nie wiem, co czeka za następnym zakrętem.
Ale jedno wiem na pewno.
Gdybym sześć lat temu nie postawiła stóp na macie, nie byłabym dziś tą kobietą, którą jestem.
I za to jestem życiu ogromnie wdzięczna.
A cała reszta?
No cóż...
Nie wiem.
I pierwszy raz w życiu czuję, że to "nie wiem" jest naprawdę pięknym miejscem do bycia 🤍
P.S
Ostatnio przypomniałam sobie takie zdanie :
Umysł ,,nie wiem" - umysłem pierwotnej mądrości..🙏
Kasia .