05/09/2026
„Szkarłatna litera” Nathaniela Hawthorne’a.
Są książki, które się czyta.
I są takie, które przez jakiś czas czytają coś w nas o nas.
„Szkarłatna litera” jest dla mnie właśnie taką książką.
O przeżywaniu siebie. O miłości, która nie zawsze mieści się w tym, co wolno. O winie, która potrafi zamieszkać w człowieku tak głęboko, że zaczyna odbierać mu możliwość zwyczajnego życia.
I o tajemnicy.
Bo co właściwie dzieje się z człowiekiem, kiedy przez lata nosi w sobie coś, czego nie może albo nie chce wypowiedzieć?
Czy można żyć z poczuciem winy i nie pozwolić, żeby stało się ono całym naszym obrazem siebie?
Czy wyznanie przynosi wolność i ulgę?
A może czasem człowiek bardziej potrzebuje nauczyć się żyć ze swoją historią niż od niej się uwolnić?
Hester Prynne fascynuje mnie właśnie dlatego, że nie jest ani święta, ani potępiona. Jest kobietą, która doświadcza konsekwencji swoich wyborów, a jednak nie przestaje żyć. Nie przestaje kochać. Nie przestaje czynić dobra.
Możesz nie mieć wpływu na wiatr, który wieje ci prosto w twarz — a jednak możesz wybrać, kim będziesz.
I chyba właśnie to jest dla mnie najpiękniejsze w tej historii.
Nie samo pogodzenie się z losem.
Ale pogodzenie, które nie oznacza poddania.
Do tego jeszcze te suknie, hafty, krynoliny, surowa purytańska rzeczywistość i atmosfera dawnego świata.
A kiedy książka się kończy, jest trochę żal.
Bo zostają pytania, które wcale nie chcą się skończyć razem z historią.
I może właśnie dlatego warto czytać.