18/03/2026
W polskim systemie edukacji dużo mówi się o „szkole dla wszystkich”, czyli o edukacji włączającej, ale w praktyce największą uwagę kieruje się do tych uczniów, którzy mają największe trudności. Wśród licznych procedur, opinii i zaleceń, coraz częściej pomijane jest inne dziecko — to szczególnie uzdolnione. I właśnie ono często pozostaje na marginesie systemu.
Nie wynika to ze złej woli ani braku zaangażowania nauczycieli. Problemem jest raczej brak czasu, przestrzeni i rozwiązań systemowych, które traktowałyby rozwijanie talentów równie poważnie jak pomoc w trudnościach. Bo jeśli uczeń radzi sobie dobrze, zakłada się, że poradzi sobie dalej i dokona tego samodzielnie.
Trudno o większą niesprawiedliwość niż przekonanie, że zdolne dziecko nie potrzebuje wsparcia. Talent nie rozwija się sam. Talent wymaga prowadzenia, tak samo jak trudności, te dwie sfery różnią się metodyką i podejściem.
Polska szkoła coraz częściej dąży do wyrównywania poziomu w dół. Chodzi o to, by wszyscy nadążali, nikt nie czuł się gorszy i „było równo”. Tylko czy równość powinna oznaczać zatrzymanie rozwoju wszystkich?
Uczniowie ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi bez wątpienia zasługują na pomoc. Są wśród nich także dzieci uzdolnione, często w wybranej, ulubionej dziedzinie. Mówimy wtedy o umiejętnościach wyspowych. I nie interesuje je nic innego, więc „edukacja włączająca” przestaje się nimi zajmować. Na efekty nie trzeba długo czekać - młodzi ludzie tracą wiarę w siebie i motywację. Ich potrzeby nie są postrzegane jako pilne czy problemowe, więc łatwo je zignorować.
Jeśli edukacja ma być naprawdę dla wszystkich, powinna obejmować każdego — również tych, którzy mają potencjał, by w przyszłości zmieniać świat, o ile ktoś w porę dostrzeże, że oni także potrzebują wsparcia.