07/07/2026
Brawo! Wspaniałe podsumowanie. Dziękuję Pani Profesor.
Zaczyna się zwykle podobnie. Ktoś czuje się źle od miesięcy. Jest zmęczony, ma wzdęcia, bóle brzucha, gorszą koncentrację, czasem wysypkę albo apetyt na słodycze. Lekarze zlecili morfologię, badanie kału, czasem gastroskopię, a wyniki wyszły prawidłowe.
Wtedy ten ktoś trafia do gabinetu medycyny alternatywnej, gdzie po kilku minutach rozmowy i teście biorezonansem słyszy rozpoznanie: pasożyty. Dostaje dwunastotygodniowy protokół oczyszczania, zioła, dietę bez cukru i glutenu oraz comiesięczne kontrole. Za całą kurację płaci kilka tysięcy złotych. Problem polega na tym, że nikt nie wykonał badania, które faktycznie wykrywa pasożyty, a rozpoznanie postawiono na podstawie objawów pasujących do niemal każdej przewlekłej dolegliwości.
I mówię od razu: pasożyty jelitowe istnieją i bywają realnym problemem. Na świecie zakażonych jest ponad miliard ludzi, głównie w krajach o złych warunkach sanitarnych. W krajach takich jak Polska zakażenia też się zdarzają, ale rzadziej, częściej są to pierwotniaki niż robaki, a do zakażenia dochodzi zwykle po podróżach albo przez skażoną żywność i wodę. Pytanie nie brzmi więc, czy pasożyty istnieją, tylko jak często rzekomo się je wykrywa i ile objawów się im przypisuje.
Kluczowa jest jedna rzecz, którą w medycynie się odróżnia, a w gabinetach „odrobaczania" nie. Obecność pasożyta to nie to samo co choroba przez niego wywołana. Nawet realne zakażenie często nie daje żadnych objawów. W jednym z badań u pacjentów podstawowej opieki w Europie Zachodniej jakiegokolwiek pasożyta znaleziono u około jednej trzeciej osób, ale w większości były to pierwotniaki o niepewnym znaczeniu klinicznym. Natomiast jednoznacznie chorobotwórcze pasożyty stwierdzono u ok. 7% osób. Sama obecność mikroorganizmu w kale nie oznacza więc choroby, którą trzeba leczyć. Zakażenie rozpoznaje się na podstawie objawów, wywiadu i badań, najczęściej badania kału, a w części przypadków testów serologicznych lub molekularnych. Nie działa to na zasadzie „coś wykryto, więc trzeba to zwalczać". Decyzja o leczeniu zależy od gatunku pasożyta i sytuacji danego pacjenta.
Narracja o pasożytach ma kilka powtarzalnych chwytów. Zaczyna się nie od kryteriów rozpoznania, tylko od listy objawów: zmęczenie, bóle głowy, wzdęcia, problemy skórne, bezsenność, drażliwość, „mgła mózgowa", zgrzytanie zębami, apetyt na słodycze. Lista jest tak szeroka, że ktoś, kto od miesięcy czuje się źle, prawie zawsze rozpozna u siebie kilka pozycji. To nie diagnostyka, tylko mechanizm znany z horoskopów, w którym ogólny opis pasuje do wielu osób naraz.
Osobny wątek to tak zwane "rope worms", czyli rzekome „robaki sznurowe". Krążą zdjęcia zawartości toalety i pasm wydalanych po lewatywach czy płukaniach jelita, przedstawiane jako nowy, nieznany medycynie pasożyt. Analizy pokazują co innego. To nie są organizmy, tylko pasma śluzu jelitowego, złuszczonego nabłonka i resztek pokarmowych, wydalane najczęściej po agresywnych zabiegach oczyszczania. Badany materiał zawierał niemal wyłącznie ludzkie DNA, bez śladu budowy robaka, czyli bez mięśni, układu nerwowego i przewodu pokarmowego. Te „dowody" są artefaktem samej procedury, a nie żadnym pasożytem.
Do tego dochodzą niezwalidowane testy. Biorezonans, elektroakupunktura, analiza „częstotliwości" czy interpretacja zdjęć krwi nie wykrywają pasożytów w żadnym sensie, w jakim robi to badanie kału. Ich rola jest inna. Mają dostarczyć pozornie obiektywnego potwierdzenia tezy postawionej z góry i uzasadnić sprzedaż kolejnych preparatów. Cała opowieść jest przy tym tak zbudowana, że nie da się jej obalić. Jeśli po kuracji pojawiają się nudności czy osłabienie, mówi się o „wyrzucaniu pasożytów". Jeśli nie ma poprawy, oznacza to, że inwazja była „zbyt duża" i trzeba powtórzyć dłuższy protokół. Każdy możliwy wynik pasuje do tej narracji.
Jest jeszcze jedna grupa, o której trzeba powiedzieć osobno. U części osób przekonanie o inwazji pasożytów nie ustępuje mimo prawidłowych badań i braku jakiegokolwiek pasożyta. W medycynie opisuje się to jako urojeniowe zarażenie, czyli utrwalone, fałszywe przekonanie o zakażeniu, pomimo dowodów na jego nieobecność. Zalicza się tu także tak zwaną chorobę Morgellonów. Tacy pacjenci odczuwają pełzanie czy kłucie skóry, próbują „usuwać" domniemane organizmy i doprowadzają do rozdrapań i wtórnych zakażeń, a przy tym unikają psychiatry i tracą zaufanie do medycyny. Dla rynku „odrobaczania" to grupa szczególnie podatna, bo zamiast właściwej pomocy dostaje potwierdzenie inwazji i kolejne kuracje.
Na koniec najważniejsze, bo „odrobaczanie na wszelki wypadek" nie jest obojętne dla zdrowia. Leki przeciwrobacze mają swoje wskazania, dawki i przeciwwskazania, a przyjmowanie ich bez rozpoznanego zakażenia naraża na działania niepożądane bez żadnej korzyści. Długie lewatywy, restrykcyjne diety i wielotygodniowe kuracje ziołowe potrafią uszkadzać błonę śluzową jelita, prowadząc do odwodnienia oraz zaburzeń elektrolitowych.
Jest też druga, mniej widoczna szkoda. Jeżeli wszystkie objawy zrzuca się na pasożyty, odkłada się szukanie prawdziwej przyczyny. Zmęczenie, bóle brzucha, biegunki czy spadek masy ciała mogą wynikać z chorób zapalnych jelit, celiakii, zespołu jelita drażliwego, niedoborów, zaburzeń hormonalnych albo zaburzeń lękowych i depresyjnych. Część z nich, takich jak choroba Leśniowskiego-Crohna czy celiakia, wymaga wczesnego rozpoznania, bo nieleczona prowadzi do powikłań. Czas spędzony na kolejnych protokołach oczyszczania to czas, w którym nie zostaje postawiona prawdziwa diagnoza.
Jeśli objawy są realne i uporczywe, odpowiedzią nie jest kolejny protokół oczyszczania, tylko wizyta u lekarza. Zakażenia pasożytnicze nie da się rozpoznać samodzielnie na podstawie objawów ani zdjęć z toalety. Rozpoznanie stawia lekarz na podstawie wyników badań.
Źródła będą podane w naszej nowej książce, w rozdziale o pseudodiagnostyce.